Antybiotyki w terapii stwardnienia bocznego zanikowego.

Stwardnienie boczne zanikowe, ALS, to potworna choroba. Zostawia chorego i jego rodzinę bez nadziei na wyleczenie, z perspektywą powolnego pogarszania stanu zdrowia. Nic dziwnego, że namnożyło się oszustów, oferujących cudowne metody lecznicze.

Jedna z nich to antybiotykoterapia. Według hochsztaplerów, choroba ta jest wywołana bakteriami – a to boreliozą, a to chlamydią, zależy co akurat jest modne. W internecie można natknąć się na dziesiątki ofert klinik, opisujących „niesamowitą skuteczność” – tylko jakoś nigdy nie zamieszczają dokumentacji medycznej tych wyleczonych osób.

Wczoraj natknąłem się na ciekawe badanie. Jak się okazuje, podejrzewa się, że jedną z przyczyn choroby jest odkładanie się pewnego białka w niektórych regionach układu nerwowego. Mniejsza o szczegóły, zainteresowani mogą sięgnąć do źródeł. Co jest ciekawe, jeden z antybiotyków zapobiega w pewnym stopniu odkładaniu się tego białka. I to właśnie ten, który jest oferowany przez internetowych oszustów – ceftriakson, czyli popularny biotrakson. Działał w próbach klinicznych ma myszach, które miały genetyczną modyfikację powodującą odkładanie się wspomnianego białka i w związku z tym rozwój choroby podobnej do stwardnienia bocznego zanikowego.

To naprawdę niesamowita okazja – lek, który postanowiła przetestować oficjalna medycyna jest dokładnie tym samym, w dokładnie takich dawkach, jakie sprzedają ciężko chorym ludziom oszuści. Gdyby zadziałał, okazałoby się, że okłamując swoich pacjentów – nieświadomie ratowali im życie.

Są wstępne wyniki próby klinicznej:

https://clinicaltrials.gov/ct2/show/study/NCT00349622

Chorych podzielono na 2 grupy, 2/3 z nich otrzymywało wlewy, 1/3 placebo, ani lekarze, ani pacjenci nie wiedzieli kto dostawał aktywny lek a kto przysłowiową wodę z kranu. Dawki były naprawdę solidne – 2 gramy 2 razy dziennie, czyli w sumie 4 gramy biotraksonu, codziennie przez przynajmniej rok.

Chyba każdy zgodzi się, że takie dawki są wystarczające by wybić każdą infekcję bakteryjną, jaka by nie była. Nawet gdyby prawdą były histeryczne opowieści o tym, że boreliozę nieraz trzeba leczyć 5 lat, to w grupie 340 pacjentów którzy otrzymali antybiotyk znalazłby się ktoś, kto wyzdrowieje po roku, albo chociaż znacznie poprawi mu się stan zdrowia.

Każdy może sam sprawdzić, jakie uzyskano efekty. W powyższym linku wystarczy kliknąć na „study results”. Dla nie znających angielskiego – nie było efektów. Uzyskano delikatne, minimalne zmniejszenie tempa rozwoju choroby (pacjenci umierali średnio po 664 dniach zamiast po 581), czyli to, czego należało się spodziewać po zastosowaniu leku zmniejszającego w niewielkim stopniu odkładanie się szkodliwych białek. Nikogo nie wyleczono, u nikogo nie cofnęła się choroba.

Naprawdę warto to sobie wziąć do serca, porównać twardy fakt jakim jest powyższa próba kliniczna z tym, co można wyczytać na stronkach prywatnych gabinetów lekarskich i klinik, z tym całym „wyleczyliśmy ze stwardnienia bocznego zanikowego mnóstwo osób, uwierzcie nam i oddajcie nam swoją kasę, ale nie pokażemy wam dokumentacji medycznej wyleczonych, bo nie”.

(o, jest drugi link, w przystępniejszej formie)

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4216315/

(edycja)

Warto wspomnieć o pewnej ciekawostce – niektóre tetracykliny mają silne działanie chroniące komórki nerwowe, w badaniach na zwierzętach ratowały ich mózgi przed chorobami degeneracyjnymi (nie, nie ma to nic wspólnego z bakteriami, działały przy schorzeniach wywołanych modyfikacją genetyczną czy przy podaniu toksyn niszczących mózg). Doksycyklina wykazuje takie działanie, w badaniach pomagała chorym na stwardnienie rozsiane. Oznacza to, że w tym wypadku oszuści wmawiający pacjentom, że ich choroba wywołana jest bakteriami faktycznie niechcący im pomogli.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Krytyka metaanalizy wpływu tłuszczu nasyconego na zdrowie.

Trafiłem w sieci na bardzo ciekawą krytykę metaanalizy, która to metaanaliza miała udowodnić, że tłuszcz nasycony nie szkodzi. Jako że wiele osób powołuje się na tego typu badania, warto wiedzieć, jakie tam popełniono błędy. Autor wypunktował je bezbłędnie.

Dla nie znających angielskiego, streszczenie kilku punktów.

Po pierwsze – w badaniach z reguły uwzględnia się „inne czynniki ryzyka”. Dla przykładu, wiadomo, że jeśli ktoś stosuje dietę powszechnie uważaną za niezdrową, można się spodziewać, że z większym prawdopodobieństwem będzie również palił i pił – jeśli ludzie nie dbają o zdrowie, często jadą po całości. Gdyby okazało się, że ta dieta jest jednak zdrowa – w badaniach w dalszym ciągu wychodziłoby, że szkodzi, bo po prostu palacze i alkoholicy doprowadziliby do zafałszowania wyników.

W 8 z 20 badań, które uwzględniono w metaanalizie, jako „inny czynnik ryzyka” uwzględniono wysoki poziom cholesterolu. Błąd polega tu na tym, że to nie jest inny czynnik – taka dieta podnosi poziom cholesterolu, więc badania polegały tak naprawdę na tym, że wykluczono z nich te osoby, którym tłuszcz najmocniej zaszkodził. Ma to tyle sensu, co badanie szkodliwości palenia tytoniu, ale z wykluczeniem osób, które zachorowały na raka płuc.

Usunięto też z badań osoby, które były chore na serce lub cukrzycę. Znowu narzuca się porównanie do badań dotyczących szkodliwości palenia, z których usunięto osoby z rakiem płuc.

Kolejny błąd to zebranie wszystkich rezultatów razem. Jak to autor ładnie przedstawił, wyobraźmy sobie dwa badania dotyczące wpływu życia wysokości na śmiertelność. W jednym z nich badamy osoby, które żyją na wysokości od 500 do 1000 metrów nad poziomem morza, dzielimy ich na 5 grup, co 100 metrów. Wychodzi, że wysokość nie ma wpływu na śmiertelność, każdy przeżył. W drugim – przyglądamy się osobom, które żyją na wysokości od 8000 do 20 000 metrów, tym razem dzielimy na grupy co 3000 metrów. I znowu wysokość nie ma wpływu – wszyscy umarli. Jeśli teraz połączymy te badania, wyjdzie, że bez względu na to jak wysoko żyjemy, nie będzie to miało żadnego wpływu na zdrowie. Jeśli jednak je rozdzielimy i popatrzymy oddzielnie, widać, że wpływ będzie gigantyczny.

Tak też zrobiono w metaanalizie. Połączono dwa badania, jedne z Japonii, gdzie spożycie tłuszczu nasyconego było tak niskie, że praktycznie wszyscy badani spożywali rekomendowaną ilość (poniżej 10% kcal dziennie), oraz z Finlandii, w którym to badaniu nawet osoba z najniższym spożyciem w dalszym ciągu jadła tego więcej, niż Japończyk z najwyższym. W jednym i w drugim badaniu wyszło, że spożycie nie ma wpływu, ale – jeśli je rozdzielić, różnica była i to dosłownie ośmiokrotna.

Jakby to jeszcze bardziej obrazowo przedstawić – wyobraźmy sobie dwa badania, gdzie ocenia się wpływ papierosów na zdrowie. W jednym będą to osoby palące od 7 do 10 papierosów dziennie, w drugim – od 25 do 30. Można się spodziewać, że ani pierwsze, ani drugie badanie nie wykaże wpływu ilości wypalonych papierosów na stan zdrowia. Żeby to wykazać, trzeba porównać osoby które nie palą ani jednego z tymi, które palą 30.

Z metaanalizy powycinano niewygodne rzeczy. Dla przykładu, Nurses’ Health Study miał we wnioskach zdanie „zastąpienie 5% energii z tłuszczu nasyconego przez 5% energii z tłuszczu nienasyconego redukuje ryzyko choroby serca o 42%”. Śladu po tym nie było w omawianej pracy.

(słowo ode mnie) Coś, co jest oczywiste – ludzie uwielbiają kłamać, szczególnie gdy pyta się ich „czy zdrowo się odżywiasz”. Dlatego wszelkie badania oparte na kwestionariuszach z definicji nie są wiele warte – dopóki nie przepisze się komuś całej diety od A do Z, albo – jeszcze lepiej – nie obserwuje się go 24 godziny na dobę, nie wiemy, czy mamy do czynienia z dietą pacjenta, czy z jego fantazjami na temat tego, jak chciałby się odżywiać.

Problemem są też interakcje między różnymi składnikami odżywczymi, a także fakt, że tłuszcz nasycony można zastąpić na przykład słodyczami, co oczywiście będzie bardzo niezdrowe, ale nie będzie można powiedzieć, że tłuszcz przez to stał się zdrowy – jest po prostu mniej niezdrowy.

Na koniec warto przyjrzeć się badaniu, które jako jedno z dwóch wykazało bardzo duży związek tłuszczy nasyconych z chorobami serca – Oxford Vegetarian.

W badaniu Oxford postarano się o to, by osoby biorące udział miały w miarę zbliżoną dietę, ale znacznie różniącą się poziomem spożywanego tłuszczu. Innymi słowy, wzięto do niego członków towarzystwa wegetarian oraz – jako porównanie – ich rodziny. Gwarantowało to (na tyle, na ile można cokolwiek zagwarantować), że będą to osoby z podobnymi zwyczajami, tak żywieniowymi jak i i innymi – czyli będą piły podobną ilość kawy, siedziały równie długo przed telewizorem czy równie często chodziły na spacery. Zadeklarowani wegetarianie bardzo rzadko oszukują, jak ktoś taki mówi, że nie je tłustego mięsa, to zazwyczaj faktycznie go nie je.

Przedział spożycia był bardzo duży – około 300% pomiędzy najniższym a najwyższym spożyciem (w metaanalizie zazwyczaj było to około 50% lub mniej).

Wniosek, jaki z tego można wysnuć jest dość smutny – jeśli ktoś chce, to może udowodnić wszystko, jeśli tylko dobierze sobie odpowiednio przeprowadzone badania.

Linki do analizy:

https://www.drmcdougall.com/misc/2014nl/mar/chowdhuryp1.pdf

https://www.drmcdougall.com/misc/2014nl/apr/chowdhurypart2.pdf

https://www.drmcdougall.com/misc/2014nl/may/chowdhuryp3.pdf

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

Jak trudne czasem bywają diagnozy…

Cały czas obiecuję sobie, że zacznę w końcu regularnie pisać. No niestety – życzenia swoje, życie swoje. Nie zarabiam na tym blogu, nie sprzedaję ciężko chorym osobom bezwartościowych proszków, takich jak witamina C, nie wmawiam ludziom że wszyscy mają jedną i tę samą chorobę, przypadkiem tę, którą ja akurat leczę. Nie sprzedaję cudownych diet ani nie daję płatnych wykładów. Innymi słowy – wolny czas, który mam poświęcam na to, z czego będę miał osobiste korzyści.

Dziś mam trochę luźniej, skrobnę parę słów. Trochę jako ciekawostkę, a trochę jako przestrogę dla tych, którzy szukają łatwego rozwiązania.

Niecały rok temu, na forum zarejestrował się gość o nicku „Nortek”. Opisał swoje schorzenie – miał tyle objawów, że ciężko je wszystkie ogarnąć. Wcześniej szukał pomocy na innych forach – oczywiście na każdym „eksperci” wkręcali mu, że ma właśnie tę chorobę, o której oni akurat piszą i kierowali do ich specjalnego lekarza, który za jedyne kilkaset zł przepisze recepty. Między innymi próbowano go wkręcić w boreliozę, miał nawet jakieś dodatnie wyniki testów. Jak zauważył, że na antybiotyki w ogóle nie reaguje – użył mózgu, poczytał badania (nie fora i blogi, badania robione przez naukowców), zobaczył że jeśli borelioza faktycznie jest, to zawsze jest też reakcja na leki, uznał że jej nie ma. Była to jedna z najlepszych decyzji w jego życiu, może nawet mu to życie uratowała.

Zaczęło się skakanie od lekarza do lekarza, jak to w Polsce – premiowana jest wytrzymałość. Dla przykładu, gdy piąty lekarz pod rząd twierdził, że jego złe samopoczucie gdy szybko wstaje to nerwica – poszedł do szóstego, ten wykonał prosty test, okazało się, że to jednak nie nerwica tylko niedociśnienie ortostatyczne. Po miesiącach zbywania i odsyłania od jednego konowała do drugiego, trafił na ogarniętych lekarzy którzy zrobili mu dokładne badania w szpitalu. I w końcu tam trafiono na przyczynę.

Okazało się, że jest to schorzenie zwane „wrodzony przerost nadnerczy”. Nietypowa przypadłość, bardzo rzadko spotykana – w skrócie, nadnercza nie pracują w niej jak powinny, poziom jednego z hormonów rośnie wręcz horrendalnie – jest niekiedy tysiące razy wyższy, niż u zdrowego człowieka. Choroba nie daje żadnego konkretnego objawu, który można łatwo rozpoznać (w sumie daje kilka które nieczęsto występują w innych przypadłościach, na przykład bardzo wczesny rozwój owłosienia łonowego oraz bóle stóp, tyle że Nortek zapomniał o tym napisać, gdyby to zrobił to możliwe, że nawet ja bym go naprowadził na trop, jako że spotkałem się z tym wcześniej). Co gorsza, wszystkie wyniki krwi u chorych są bardzo dobre, dopóki nie zrobi się jednego, konkretnego testu. Oznacza to, jeśli ktoś ma ten przerost, może przez kilka lat biegać po lekarzach i nie dostać diagnozy.

Żeby nie było za łatwo – okazuje się, że niedociśnienie ortostatyczne towarzyszące tej przypadłości bierze się prawdopodobnie stąd, że organizm z jakiegoś powodu nie jest w stanie zamienić jednej z form witaminy D3 w inną. Konia z rzędem temu, kto znajdzie lekarza w Polsce wiedzącego o tej zależności.

Mamy więc chorego, który ma prawie wszystkie wyniki bardzo dobre, ale dziesiątki objawów – mgłę umysłową, dziwne bóle stawów, zawroty głowy, wszystkie objawy niedoboru witaminy D3 chociaż jej poziom w badaniu jest bardzo dobry, rozjechane tylko te wyniki, które powinny spaść przy niedoborze D3, no ale jej poziom jest OK…

Tacy właśnie ludzie najczęściej padają ofiarami różnych internetowych naciągaczy – „na pewno masz grzybicę układową!”, „na pewno zatrułeś się rtęcią!”, „na pewno masz niedobór B12!”, „na pewno masz boreliozę!”. „na pewno masz chlamydię!”… nie wiem, co tam jeszcze jest dzisiaj modne. Padają też często ofiarą niedouczenia i zwykłego olewactwa lekarzy – ile razy Nortek usłyszał, że na pewno ma nerwicę, to tylko on wie.

Nie dajcie się wkręcić w „jedną, jedyną chorobę”, nie dajcie się też zbywać lekarzom. Czasem trzeba naprawdę długo i wytrwale szukać, zanim się znajdzie to, co człowiekowi dolega.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

„Struktura wody”, czyli jak poznać szarlatana.

Jest kilka pewnych metod na odróżnienie, który człowiek wie, co mówi, a który gada totalnie od rzeczy – czy z chęci okłamania, czy po prostu ze zwykłej głupoty. Na przykład, jeśli ktoś używa na określenie zwykłych, codziennych zjawisk słowa „kwant” – od razu wiemy, że nie wie nic ani o fizyce kwantowej, ani o tych zwykłych, codziennych zjawiskach. „Zafałszowano wszystkie badania!” – tu jest mały kruczek, bo fałszerstwa faktycznie są w jedną i w drugą stronę, ale ich skala w rzeczywistości jest dość niewielka i dotyczą jednostkowych przypadków. Dziwnym trafem zawsze fałszuje się wyniki skuteczności tego, co nam dany osobnik chce sprzedać… Moje osobiście ulubione brzmi: „woda ma strukturę!” czy „woda ma pamięć!”.

Jeśli ktoś coś takiego wygaduje, to zawsze z jednego z dwóch powodów – albo chce Wam sprzedać jakieś „cudowne maszynki” do erm… zmiany struktury tudzież gotową wodę coś „pamiętającą”, albo po prostu ma braki w edukacji na poziomie pierwszej klasy gimnazjum.

Szkoła to bardzo ważne miejsce. Ludziom wydaje się, że te wszystkie nudne rzeczy które tam uczą są do niczego nie potrzebne, po co komu wiedzieć co to jest atom, czym się różni od cząsteczki – a to są właśnie te najważniejsze informacje. Dzięki nim nie wpadniemy w ręce pierwszego lepszego oszusta.

Jeśli ktoś uwierzył w „strukturę wody”, to znaczy że ma pewne braki gdzieś z okolicy starej podstawówki czy początków nowego gimnazjum, dlatego – niestety – muszę zrobić mały wykład z podstaw fizyki i chemii.

Cały świat materialny, wszystko czego możemy dotknąć składa się z atomów. Atomy łączą się w cząsteczki. Można powiedzieć, że atomy są jak piłeczki pingpongowe, a cząsteczki – jak te same piłeczki, ale sklejone ze sobą. W zależności od tego, jaka jest temperatura otoczenia, cząsteczki te poruszają się z różną szybkością. Jeśli temperatura jest bardzo niska – delikatnie sklejają się one ze sobą (ale nie tak mocno, jak atomy sklejające się w cząsteczkę), mamy wtedy do czynienia z ciałem stałym. Podgrzewając – sprawiamy, że zaczynają drgać, gdy te drgania będą na tyle silne, by rozerwać te „sklejenia”, cząsteczki zaczynają się przemieszczać – na tyle wolno jednak, że w dalszym ciągu są blisko siebie. Tu dochodzą takie terminy jak napięcia powierzchniowe, ale zostawmy to dla starszych klas. Wreszcie po podgrzaniu powyżej pewnego poziomu, szybkość ruchu cząsteczek rośnie tak bardzo, że odrywają się od siebie i zaczynają latać we wszystkich kierunkach – mamy do czynienia z gazem. Nadmuchany balon ma taki kształt właśnie dlatego, że te cząsteczki „obijają” go od środka. Jeśli włożymy go do pomieszczenia z wysokim ciśnieniem – cząsteczek obijających go od zewnątrz będzie więcej, balon sflaczeje. Jeśli nadmuchamy go ciepłym powietrzem – cząsteczki zaczną latać szybciej, w określonej przestrzeni będzie go mniej (powietrze będzie dosłownie rzadsze) i balon będzie „lżejszy od powietrza”.

Owe „ruchy cząsteczek” mają nawet swoją nazwę – „ruchy Browna”. Każda jedna cząstka drga i próbuje się przemieszczać. Jest to prawdziwe nawet dla ciał stałych – w podstawówce mieliśmy taki eksperyment, polecono nam napisać coś długopisem na kawałku gumy. Po jakimś czasie (czasem miesiącach albo latach) tekst się „rozjeżdżał” – cząsteczki atramentu wędrowały sobie powolutku.

W cieczach te „ruchy Browna” są bardzo aktywne i bardzo chaotyczne. Każda cząstka dosłownie skacze jak oszalała, w całkowicie losowych kierunkach, wędrując swobodnie gdzie tylko chce. To, co widzimy jako spokojną szklankę wody, w odpowiednio dużym powiększeniu przypominałoby rój zwariowanych pszczół. Zaprowadzenie w tym jakiegokolwiek ładu i porządku jest fizycznie niemożliwe.

Jak by to wyjaśnić… wyobraźmy sobie piłeczkę pingpongową, w której ktoś zamontował mechanizm, który sam „skacze” – odbija ją, za każdym razem w innym kierunku. Ot, taka sprężyna. A teraz wyobraźmy sobie miliard takich piłeczek, wszystkie uruchomione. W jaki sposób ktokolwiek chciałby to uporządkować? Nie da się „zmusić” cząsteczki, by poruszała się w określonym kierunku, gdyż ze swojej natury każda cząsteczka jest chaotycznie wirującym i skaczącym w losowe strony tworem. No chyba że ktoś wierzy w to, że atomy mają mózgi i można im coś „wytłumaczyć”, ale to już naiwność na poziomie czterolatka. Nie da się też sprawić, by w jakikolwiek sposób łączyły się w grupy – wtedy nie mamy już cieczy, tylko ciało stałe, a w najlepszym wypadku coś zbliżonego do koloidu, co po prostu widać gołym okiem. A nawet gdyby jakimś cudem wytworzyła się struktura, na przykład w polu magnetycznym – znika ona w ciągu jednej milionowej sekundy po tym, jak to pole magnetyczne przestaje działać.

Na tym filmie przepięknie widać efekty ruchów Browna, szczególnie w drugiej części – pyłki trawy w wodze są uderzane i pchane przez cząsteczki wody, każdy z nich w losowym kierunku, jednak nie „wędrują” one, gdyż są na tyle duże, że statystycznie z jednej i drugiej strony będzie je „bombardować” podobna ilość obijających się o nie cząstek wody:

Może jednak wyjaśnię, czym jest napięcie powierzchniowe, bo jakiś szarlatan będzie mógł próbować wykorzystać nieznajomość jego mechanizmu do „udowodnienia”, że pojawia się struktura. Cząsteczki poruszają się jak szalone, a jednak po zmieszaniu wody z oliwą, jedna i druga ciecz trzyma się „w kupie” i nie miesza z inną. Jak to możliwe, skoro tak skaczą?

Odpowiada za to zjawisko o trudnej nazwie „kohezja” – w bardzo dużym uproszczeniu, cząsteczki przyciągają się wzajemnie. Dlatego gdy przestają się ruszać i są „ciałem stałym”, zamieniają się w coś, co jest twarde i ciężko to złamać, zamiast w proszek. Oczywiście różne rodzaje cząsteczek mają różną siłę przyciągania, ale skupmy się na wodzie. Każda cząsteczka wody „ciągnie” do siebie inne cząstki. I wszystko jest OK, dopóki jest nimi otoczona. Jeśli jednak jest ona na powierzchni – jest ciągnięta jedynie do wewnątrz. W efekcie tworzy się coś w rodzaju „błony” na samej powierzchni wody, złożonej z cząstek, które są przyciągane do środka, oczywiście ta błona nie jest nieruchoma i cząsteczki w niej dalej „tańczą”, ale nie chcą jej opuszczać, wolą cofnąć się do wewnątrz, są wtedy zastępowane innymi… i tak w kółko.

To wyjaśnia, dlaczego kropla wody upuszczona na nawoskowany przedmiot dalej pozostaje kroplą, cząsteczki wosku bardzo słabo przyciągają się z cząsteczkami wody i nawzajem się „nie lubią”. Wyjaśnia to też, dlaczego krople wody są właśnie kroplami, a nie kwadratami, trójkątami czy gwiazdkami wody – „lubiące” się cząsteczki zbijają się w kształt, który ma najmniejszą powierzchnię, bo najmniej cząsteczek chce być na tej powierzchni. Dzięki temu zjawisku nartniki, czyli „pająki skaczące po wodzie” mogą się po niej bez problemu poruszać.

Podsumowując – zjawisko napięcia powierzchniowego, czyli to które sprawia, że niekiedy dwie ciecze nie mieszają się ze sobą, nie ma nic wspólnego z żadną „strukturą”, cząsteczki tych cieczy w dalszym ciągu chaotycznie sobie skaczą.

Na koniec – prosty eksperyment, który każdemu (mam nadzieję) uzmysłowi to, że woda tylko z pozoru jest czymś spokojnym i nieruchomym, a w dużym powiększeniu to kipiący chaos ciągle skaczących na wszystkie strony molekuł, bardziej przypominający rój owadów niż cokolwiek innego.

Trzeba wziąć słoik czy butelkę z wodą, postawić gdzieś, aż  się całkowicie uspokoi. Gdy już będziemy mieć pewność, że nasza woda jest spokojna i nieruchoma – z góry upuszczamy jedną kroplę farby akwarelowej czy atramentu. Powstanie bardzo ładny efekt, kropla opadnie, zostawi po sobie ślad i tak dalej. Zostawiamy to tak na kilka dni albo nawet godzin. Będzie wyraźnie widać, że granice farby, wcześniej wyraźne – pozacierały się, „wędruje” ona sobie powoli po naszym naczyniu. Farby wodne to substancje, które dość łatwo mieszają się z wodą (ich cząsteczki się „lubią”), ale same są dość nieruchome – dlatego farba po wyschnięciu (czyli usunięciu wody) zostaje na miejscu i nie „rozlewa” się dalej po płótnie. Przemieszczanie, które widzimy w naszym małym niby-akwarium to efekt pchania cząstek farby przez wodę, która jak szalona skacze z miejsca na miejsce, mieszając się ze sobą. Jest to identyczne zjawisko jak na filmie podanym wyżej – tyle, że cząsteczki farby są miliony razy mniejsze od pyłków traw, pyłek jest uderzany przez miliony cząstek z jednej i taką samą ilość z drugiej strony, jest bardzo mało prawdopodobne, że akurat cały milion tylko z jednej strony będzie przemieszczał się w jednym kierunku.

Na tej samej zasadzie rozchodzą się zapachy, tylko oczywiście dużo szybciej – są „przepychane” przez cząsteczki powietrza.

To wszystko, co wyżej napisałem dotyczy zarówno wszelkiego rodzaju „strukturyzatorów”, jak i homeopatii.

Mam nadzieję, że ten wpis uratuje chociaż jedną osobę przed zostania ofiarą oszustwa – z doświadczenia wiem jednak, że ludzie ogarnięci szałem religijnym nie słuchają głosu rozsądku.

Opublikowano Bez kategorii | 9 komentarzy

Fałszowanie badań

Trochę za długo znęcałem się nad różnymi nie działającymi „alternatywami”, pora pojeździć po tej normalnej, oficjalnej medycynie.

W jaki sposób fałszuje się badania? Rzadko kiedy robi się to wprost. Takie oszustwa zbyt łatwo wykryć, konsekwencje mogą być niewspółmierne do zysków. Ale system można obejść na wiele sposobów, bardzo często zupełnie zgodnie z prawem.

Wyobraźmy sobie próbę kliniczną szczepionki przeciw grypie. Bardzo chcemy udowodnić, że ona działa. Część pacjentów dostała normalny zastrzyk, część placebo. Ale wyniki nie są takie piękne – ci, którzy dostali placebo rzadziej chorowali! Co zrobić? Sprawdza się inne parametry! Ile dni zwolnienia z pracy brali zaszczepieni, ile ci z placebo? Która grupa rzadziej chorowała na potwierdzoną laboratoryjnie grypę? Która rzadziej na przeziębienia? Która miała mniej dni gorączki? Wybierając odpowiednio dużą ilość parametrów, można znaleźć w końcu taki, który się poprawił – i napisać wielkimi kulfonami „szczepionka jest skuteczniejsza od placebo!”.

Co zrobić, gdy wyniki są druzgocące, testowany lek po prostu szkodzi i żadną miarą nie da się wykazać, że zrobił cokolwiek dobrego? Żaden problem! Badanie przerywamy pod sam koniec, albo kończymy ale wyniku nigdzie nie publikujemy. Nie ma wyników, nie ma problemu!

To wszystko jest takie kłopotliwe, trzeba wybierać, przebierać, kombinować… a można przecież prościej. Można tak ustawić warunki, żeby badanie nie miało prawa nic wykazać, albo żeby dało wynik jakiego oczekujemy. W jednym z badań nad skutecznością omega 3 zastosowano jako placebo bardzo dobrze działającą na serce oliwę z oliwek. Przy badaniu skuteczności witaminy D3 podawano ją w środku lata, albo w dawkach, które nie miały prawa zadziałać. Podobnie przy testowaniu skuteczności oleju z wiesiołka – chorzy dostali go tyle, że nie mogło to w żaden sposób wpłynąć na ich zdrowie. Chcąc wykazać działanie statyn, można podawać je wśród populacji, gdzie jest bardzo dużo przypadków genetycznych chorób dla których statyny mają bardzo silne działanie – wtedy „statystyczny” człowiek będzie miał bardzo dużą poprawę, na tej zasadzie, na jakiej w fabryce gdzie szef zarabia 100 000 a pracownik 700 zł, statystyczna wypłata wynosi 12 000 zł.

Pora na przykłady:

Na pierwszy ogień pójdą okryte złą sławą SSRI, selektywne inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny, jeden z najczęściej przepisywanych leków. Badania wykazują, że są one niesamowicie skuteczne i bezpieczne. Ale ktoś przyjrzał się tym badaniom dokładniej:

http://www.nejm.org/doi/full/10.1056/NEJMsa065779#t=article

Najważniejszy fragment: co prawda 94% badań przyniosło pozytywne wyniki, ale gdy uwzględniono również te z nich, które nie zostały opublikowane – w zaledwie 51% przypadków leki okazały się skuteczniejsze od placebo. W praktyce oznacza to, że ich skuteczność równała się skuteczności wody z kranu. Żeby było ciekawiej, nawet te pozytywny wyniki były często efektem zmiany badanego parametru.

crazy-829178_960_720

Oczywiście każdy, kto brał SSRI wie, że te kapsułki „coś” robią. Ten gigantyczny odsetek nieudanych prób klinicznych nie brał się z tego, że one nic nie robiły – owszem, w jakiś sposób działały. Na przykład – pacjenci którzy je brali znacznie częściej popełniali samobójstwa. Mieli skutki uboczne, które ciągnęły się całymi latami po odstawieniu. Odczuwali znaczne pogorszenie objawów. Mieli znacznie częściej nawroty choroby.

Statyny, popularne „tabletki na cholesterol”.

Mamy bardzo  podobną sytuację jak wyżej, ktoś przyjrzał się wykonanym do tej pory próbom klinicznym:

http://journals.plos.org/plosmedicine/article?id=10.1371/journal.pmed.0040184

Część prób była prowadzona przez producentów leków, część – przez niezależne, rządkowe ośrodki, porównano tutaj statyny z innymi lekami. Jak się okazuje, gdy skuteczność pastylki sprawdzał ich producent, szansa na to, że wynik będzie pozytywny była aż dwadzieścia razy (!) wyższa, niż gdy badali je niezależni naukowcy. Co więcej, im dokładniej było prowadzone badania i im rygorystyczniej przestrzegano procedur, tym niższa była szansa powodzenia. Statyny oczywiście w jakimś stopniu działają, ale nawet jeśli przyjąć oficjalne dane, zapobiegną jednej śmierci pacjenta na rok jeśli będzie je brało 1000 osób – czyli przez 30 lat ich brania statystyczny Kowalski będzie miał ryzyko śmierci zmniejszone o 3%.

Kochane szczepionki przeciw grypie.

syringe-957260_960_720

I w tym wypadku warto się przyjrzeć temu, jaka jest różnica między wynikami badań w zależności od tego, kto je przeprowadza:

http://www.bmj.com/content/338/bmj.b354

Łatwo się domyśleć wyniku – badania rządkowe dwukrotnie rzadziej wykazywały, że szczepionki przyniosły pozytywny efekt. Dochodzi tu jeszcze jeden aspekt, o którym nie wspomniałem, tak zwany „impact factor” – jest to taka jakby „reputacja” wydawnictwa. Im wyższy jest ten wskaźnik, tym bardziej liczą się wyniki badań pod nim opublikowanych. Te badania, które były sponsorowane przez producenta i dały lepsze wyniki, zostały opublikowane w najbardziej cenionych wydawnictwach, chociaż wcale nie były najlepiej przeprowadzone, a wprost przeciwnie.

Na koniec dwie ciekawostki, sytuacje, w których dwa badania prowadzone przez dwie różne grupy naukowców dały skrajnie różne wyniki.

Pierwsza z nich dotyczy wlewów dożylnych z EDTA:

http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/2108254

W badaniu tym podzielono pacjentów na 2 grupy, jedna dostała EDTA, druga placebo. Ale już po 10 sesjach poprawa była tak dramatyczna (podwojenie, a czasem potrojenie wydolności tlenowej), że nie było możliwości utrzymania tajemnicy placebo, zarówno lekarze, jak i pacjenci widzieli, kto dostaje lek. Uznano, że nieetycznym byłoby kontynuowanie próby w ten sposób i pacjenci otrzymujący wcześniej placebo również dostali EDTA, odczuwając identyczną poprawę.

Dla porównania próby prowadzone przez agencje rządowe (przykład, przykład) nie wykazały żadnego efektu.

To jeszcze można tłumaczyć oszustwem tych „alternatywnych”, ale co zrobić, gdy wyniki na podstawie których ustala się oficjalne terapie stoją w sprzeczności z całą posiadaną wiedzą medyczną? Co więcej, różnica między wynikiem a obecnym stanem wiedzy czy nawet zwykłym rozsądkiem jest po prostu horrendalna?

Swego czasu było dużo krzyku o to, że dzieci w Afryce potrzebują przede wszystkim jedzenia, a w drugiej kolejności leków przeciw AIDS (swoją drogą, badania nad AIDS i przekręty przy nich to temat na dłuuuuugi artykuł), że ich problemy z odpornością biorą się głównie z głodu. Koszt jednej terapii pozwoliłby wyżywić setkę dzieci, ale nie dałby zarobić producentom leków, więc szarpano się całymi latami co wysyłać. Oczywiście najlepsze wyjście to wysłanie jednego i drugiego, ale jakoś nigdy na obie te rzeczy nie było pieniędzy.

Aby to rozstrzygnąć, przeprowadzono badanie, szeroko komentowane, przedstawiane na panelach dotyczących pomocy Afryce i przy ustalaniu strategii:

https://nutritionj.biomedcentral.com/articles/10.1186/1475-2891-5-27

Wyszło czarno na białym, bez żadnych wątpliwości, że dzieci niedożywione mają dokładnie taki sam poziom CD4 (wskaźnik odporności i zaawansowania AIDS) niż te, które jedzą normalnie, skrajnie niedożywione dziecko bez HIV ma poziom CD4 prawie 1400 (normalny jest około 1200), wysyłamy leki!

A co się stało, gdy sprawdzono poziom CD4 u anorektyczek, w Europie, gdzie naukowcy patrzą sobie na ręce i trudniej o fałszerstwa?

http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/17584867

Czary mary, anorektyczki nie będące nosicielami HIV miały poziom CD4 około 200, czyli taki, jaki jest spotykany w ciężkim, zaawansowanym AIDS.

Normalnie niedożywienie Schrödingera, przy którym jednocześnie poziom CD4 w ogóle nie spada, oraz spada o ponad 80%, w zależności od tego, na czym można akurat zarobić.

Najlepsze jest to, że te dwa badania są obok siebie w bazie danych, wszyscy ci lekarze i naukowcy widzą te dwa skrajne, niemożliwe do pogodzenia wyniki – i nawet im powieka nie drgnie.

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarze

Potas

Dość ciekawy pierwiastek – jeden z „sekretów” długowieczności i zdrowia, coś, czego brakuje większości ludzi i co można bez większych problemów uzupełnić.

Jedna z rzeczy, która zmieniła się wraz z pojawieniem się epidemii chorób cywilizacyjnych to stosunek potasu do sodu w diecie. W jednym z badań gdzie sprawdzano średnie spożycie u osób z nadciśnieniem ludzie spożywali przeciętnie niemal dwukrotnie więcej sodu, niż jest to zalecane, jednocześnie mając w diecie niemal dwa razy mniej potasu niż powinni. Podobne wyniki uzyskano dla przeciętnych mieszkańców miast.

Jakie są konsekwencje tego czterokrotnie wyższego od zaleceń stosunku sodu do potasu w naszej diecie?

bunch-of-bananas-101594_960_720

Jedno z najbogatszych źródeł potasu. I jakie smaczne!

Każdy na pewno słyszał o związku tych pierwiastków z nadciśnieniem – chociaż tu zazwyczaj mówi się o nadmiarze soli. Jeśli jednak zostawi się jej spożycie takie, jakie jest, a jedynie uzupełni potas, uzyska się całkiem wyraźny efekt terapeutyczny – ciśnienie w porównaniu do placebo spadło po 2 miesiącach średnio o 7/3.  Nie jest to oszałamiający wynik, ale w tym badaniu nawet nie dotknięto sodu. W metaanalizie okazało się, że zmniejszenie spożycia soli ma zbliżony efekt terapeutyczny. Można zgadywać, że równoczesne zastosowanie obydwu technik przyniesie znacznie lepsze rezultaty.

Jest dość silny związek między tym pierwiastkiem a jakością snu – po podłączeniu do urządzenia monitorującego jakość odpoczynku, okazało się, że osoby stosujące suplementację miały znaczną poprawę.

Badania epidemiologiczne sugerują, że potas może chronić przed kamieniami nerkowymi, wylewami krwi do mózgu czy osteoporozą – są one niestety dość mało wiarygodne, gdyż siłą rzeczy osoby jedzące dużo potasu jadły też o wiele więcej innych korzystnych składników odżywczych, a mniej tych szkodliwych. Spekuluje się, że ma wpływ na wiele innych chorób, czy nawet że niedobór jest jedyną ich przyczyną, ale są to jedynie spekulacje.

Co jest jednak naprawdę interesujące, to teoretyczny związek sodu i potasu z chorobami nowotworowymi. Teoretyczny, gdyż nikt nigdy tego nie sprawdził. Jest to dość znaczące – choroba na którą zapada średnio co drugi człowiek, która zabija co czwartego, której leczenie kosztuje majątek, a nikt nigdy nie sprawdził w próbie klinicznej, czy zmiana stosunku sodu do potasu w diecie wpływa na ryzyko choroby. Przyjrzyjmy się, jakie przesłanki mamy pod ręką:

Po pierwsze – wszystkie przeanalizowane w powyższej analizie kancerogeny wpływały negatywnie na stosunek sodu do potasu wewnątrz komórek. Z drugiej zaś strony, wszystkie przeanalizowane substancje chroniące przed zachorowaniem wpływały na ten stosunek pozytywnie.

Po drugie – wraz z wiekiem zmienia się stosunek tych dwóch pierwiastków w komórkach, a jednocześnie zwiększa się ryzyko zachorowania na raka.

Po trzecie – choroby, w których zwiększa się stężenie potasu (choroby Parkinsona i Addisona) wiążą się ze znaczną redukcją zachorowania na raka.

Po czwarte zaś – te choroby, w których poziom potasu spada (otyłość, stres, alkoholizm), mają ryzyko raka znacznie podwyższone.

To są oczywiście tylko teoretyczne założenia. Niby wszystko się zgadza, ale w nauce nie raz i nie dwa razy było już tak, że rzeczywistość nie spełniała oczekiwań. Aby mieć pewność, należałoby przeprowadzić kilka badań z podwójną próbą – wstępnie na szczurach, następnie na ludziach. Niestety, powyższa lista przesłanek nie okazała się wystarczająca do tego, by ktoś takie badanie przeprowadził.

Pozostaje więc zgadywać i ryzykować. Z jednej strony mamy ryzyko, że jeśli weźmiemy nie sprawdzony suplement, nic nam on nie da i stracimy pieniądze. Z drugiej zaś (i tego tak zwani racjonaliści nie są w stanie zauważyć) mamy o wiele większą rzecz – jeśli teoria okaże się trafna, nie zażywanie tego suplementu będzie nas kosztować życie.

Biorąc pod uwagę, że statystycznie mamy o wiele za wysokie spożycie sodu i o wiele za niskie potasu, każdy kto się „normalnie” odżywia powinien stosować suplementację chociażby po to, żeby zmieścić się w oficjalnym zaleceniu.

Teoretycznie badanie krwi powinno dać odpowiedź na pytanie, czy nam go brakuje, w praktyce jednak dowiemy się z niego jedynie tego, czy nasz organizm potrafi regulować poziom potasu we krwi. Zarówno przy dużym dietetycznym niedoborze jak i nadmiarze wyniki badań laboratoryjnych będą identyczne, o ile nie doprowadzimy do naprawdę kryzysowej sytuacji.

Z uwagi na konieczność stosowania wysokich dawek sugerowałbym, aby kupić którąś z soli na wagę – w medycynie stosuje się chlorki, cytryniany czy asparaginiany. Tu ciekawostka – chlorek potasu można wymieszać ze zwykłą solą, mają bardzo podobny smak. Dzięki temu jednocześnie będziemy uzupełniać to, czego nam brakuje oraz ograniczymy spożycie sodu.

Tabletki trochę mijają się z celem – dla przykładu, popularny asparaginian zawiera zaledwie 100 mg jonów w jednej tabletce, chcąc uzyskać z nich 100% dziennego zapotrzebowania trzeba ich połknąć… czterdzieści. Kiedyś lekarze wciskali pacjentom coś, co zawiera 50 mg i kazali brać 2 tabletki dziennie. Przez pięć dni taki pacjent uzupełniał go tyle, ile miałby po zjedzeniu jednego banana.

Dla osób, które są gotowe zmienić nieco swoją dietę – banany, pomarańcze czy pomidory są bardzo bogatymi źródłami, dla przykładu jeden banan zawiera do 500 mg potasu. Bardzo fajne są soki pomidorowe, tyle że zazwyczaj dodaje się do nich sól.

Rekomendowane spożycie to około 4000 mg jonów dziennie, przeciętnie spożywamy 2000 mg więc suplementacja 2000 mg zaledwie dostarczy nam wymaganą ilość – uzupełnienie ewentualnego niedoboru wymaga wyższych dawek. Jednorazowe bardzo duże ilości mogą być dość groźne dla zdrowia czy wręcz śmiertelnie niebezpieczne – jak zresztą wszystko, wypicie kilku litrów wody naraz również zabija.

Osoby cierpiące na zaburzenia gospodarki tym pierwiastkiem (choroby nerek, zaburzenia hormonalne) powinny skonfrontować suplementację z lekarzem.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Błędy przy czytaniu badań

Mój ulubiony temat, który będzie się przewijał – skąd biorą się te wszystkie obłąkańcze teorie krążące po internecie, czyli co się dzieje, gdy człowiek bez żadnego przygotowania teoretycznego przeczyta badanie i spróbuje wyciągnąć wnioski.

Na początek badanie dotyczące roli genów w tzw „talencie”

http://link.springer.com/article/10.3758/s13423-014-0671-9

Po dokładnym sprawdzeniu 800 par bliźniąt, okazuje się, że 25% z ich biegłości w grze na pianinie ma swoje źródło w genach. Wykazano więc, że talent istnieje, ale odpowiada tylko za jedną czwartą sukcesu, zaś trzy czwarte to… no właśnie, co?

sad-boy-plays-piano-13879939285B6

Z takim podejściem żadna ilość talentu nie pomoże…

Powstała kiedyś taka książka, „Talent jest przeceniany”. Autor powołuje się w niej na szereg podobnych badań – na przykład w jednym z nich każdy skrzypek który osiągnął mistrzostwo ćwiczył około 10 000 godzin. Ani jeden wybitny muzyk nie zdobył mistrzostwa bez ciężkiej pracy. Wokół tego krąży całe mnóstwo teorii, według których talent to bardzo niewielka część tego, co można określić mianem „sukcesu”.

Prawda jest nieco inna. Po pierwsze, 25% było wartością średnią. Nie uwzględniono w niej tych rzadkich przypadków, gdy uszkodzenie sprawia, że niektórych rzeczy po prostu nie da się nauczyć – chyba nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy, że dziecko z zespołem Downa będzie się uczyć dokładnie tak samo szybko, jak jego brat bez tego zespołu. Są też odchyły w drugą stronę – na tyle rzadkie, że tego nie wyłapano (podobnie jak nie wyłapano żadnego upośledzonego).

Druga rzecz jest dużo istotniejsza. Wiek, w jakim zaczynamy praktykę. Bardzo pouczające są tu historie „dzikich dzieci” – takich wychowanych przez zwierzęta. W skrócie – jeśli do 7 roku życia dziecko nie nauczy się żyć jak człowiek, to nawet przez następne 30 lat już się tego nie zmieni. One nie tylko nie potrafiły mówić, ale też nie były w stanie nauczyć się chwytać ręką przedmiotu czy chodzić w pozycji wyprostowanej. W jednym z badań 40% dzieciaków, które zaczęły naukę gry poniżej 4 roku życia wykształciło tak zwany „słuch absolutny”, zaś wśród tych które zaczęły po 9 roku udało się to zaledwie 3%.

Innymi słowy, nawet jeśli odrzucimy istnienie „naturalnie wybitnego talentu” oraz „naturalnie niezdolnego do opanowania danej umiejętności”, w dalszym ciągu znakomita większość tak zwanego „sukcesu” będzie efektem tego, co przeżyliśmy we wczesnym dzieciństwie, czyli będzie całkowicie niezależna od nas i do tego, co teraz będziemy robić. 25% zależy od genów, 50% od naszego dzieciństwa, a tylko 25% włożonej teraz pracy.

Podobnie przy badaniu, w którym okazało się, że trzeba ćwiczyć dziesięć tysięcy godzin – prawidłowy wniosek jest taki, że bez względu na ilość wrodzonego (czy wytrenowanego we wczesnym dzieciństwie) talentu, trzeba właśnie tyle trenować, by osiągnąć mistrzostwo. Nie oznacza to jednak, że każdy kto poświęci tyle czasu zostanie mistrzem! W badaniu tym nie zbadano osób, które trenowały równie intensywnie jak najlepsi, a nie osiągnęli żadnego sukcesu – inna sprawa, że nikt o zdrowych zmysłach nie poświęci 10 000 godzin swojego życia, jeśli widzi, że nic z tego nie będzie.

To prawda, że praktyka i praca są najważniejszymi z czynników decydujących o tym, czy osiągniemy sukces – jak byśmy go nie definiowali. Ale to, co robią autorzy tych wszystkich książek „self help”, wmawianie ludziom, że można wybrać dowolną aktywność i być w niej mistrzem jest po prostu tworzeniem iluzji, która może kogoś kosztować życie – w sensie metaforycznym, gdy w pewnym momencie zorientujemy się, że przegraliśmy nasze szanse robiąc coś, co nigdy nie mogło się udać. Trzeba wybrać coś, co jednocześnie sprawia przyjemność i w czym jesteśmy nieźli.

Chyba nic bardziej nie pokazuje różnicy między talentem i pracą jak różnica w wynikach na siłowni między kobietami a mężczyznami. Bez wstrzykiwania sobie męskich hormonów, górna granica w wyciskaniu na ławce do jakiej jest w stanie dojść kobieta to jakieś 100 kg. Biorąc poprawkę na to, że nawet taki wynik jest możliwy do osiągnięcia wyłącznie dla tych, które mają specyficzne mutacje zmieniające budowę mięśni, zwiększające naturalny poziom testosteronu oraz mają odpowiednią budowę kości oraz rozmieszczenie przyczepów, przeciętna niewiasta po 10 latach ciężkiej pracy może liczyć na oszałamiający rezultat 70 kg. Czyli tyle, ile może osiągnąć mężczyzna po miesiącu.

Bardzo wiele nadinterpretacji jest przy ocenie badań dotyczących diet typu low-carb czy ketogennych. Jedno z nich, na które często powołują się apologeci:

http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/24584583

Wszystko ładnie i pięknie, osoby na diecie ketogennej schudły średnio o 20 kg, osoby na zwykłej niskokalorycznej – o 7 kg. Ale wszystko rozbija się o jedno słówko – przed nazwą diety keto jest „very”, czyli „bardzo”. Porównano tutaj dietę keto która jest bardzo niskokaloryczna (800 kcal) z niskokaloryczną zwykłą (1500 kcal). Na tej zasadzie można „udowodnić”, że cukierki są zdrowsze od sałatek, bo jedząc 800 kcal cukierków schudnie się, a przy 4000 kcał sałatek utyje. Gdy porównano te dwie diety, ale przy jednakowej ilości kalorii okazało się, że wyniki były identyczne.

Kolejne badanie:

http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2716748/

Tutaj dieta z bardzo niską ilością węglowodanów obniżyła poziom cholesterolu, zwiększyła poziom HDL i ogólnie była korzystna. Gdzie tkwi haczyk?

Haczyków jest tyle, że przypomina to „low quality bait” ze znanych memów. Po pierwsze, badanie dotyczyło osób mocno otyłych. Jak nie raz pisałem – nie wolno przekładać wyników uzyskanych u osób chorych na zdrową populację. Antybiotyki ratują życie u osoby z gruźlicą, ale mogą zabić zdrowego. Chemioterapia przedłuży życie u kogoś z rakiem, dramatycznie skróci u kogoś kto nowotworu nie ma. Po drugie, dieta składała się z gigantycznej ilości tłuszczy wielonienasyconych i jednonienasyconych, które same w sobie powodują zmiany poziomu cholesterolu. Po trzecie, w diecie było mniej kalorii niż w „klasycznym” odżywianiu, co samo w sobie musiało wpłynąć na parametry. Po czwarte zaś, każdy pacjent otrzymał gigantyczną dawkę witamin, które nawet bez żadnej diety zmieniłyby poziom cholesterolu. Prawdę mówiąc, gdyby do tego zestawu dorzucono im paczkę papierosów dziennie, też sumarycznie poprawiłby się stan zdrowia – co w żadnym wypadku nie jest „dowodem” na to, że papierosy są OK.

 

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarze

Masturbacja

Dziś temat nienaukowy. Wpis oparty na pogłoskach.

Powszechny dostęp do pornografii internetowej jest czymś, czego nigdy jeszcze nie było w historii ludzkości. Miliony młodych mężczyzn nagle jest w sytuacji, w jakiej byli jedynie najwięksi władcy – mają dostęp do niezliczonej ilości kobiet, w najdzikszych fantazjach i konfiguracjach. Można z dużym prawdopodobieństwem zgadywać, że takie coś będzie mieć całkiem duży wpływ na ich psychikę, a może nawet na zdrowie fizyczne. Nie ma jednak nawet jednego badania nad tym zagadnieniem. Nikt się tym nie interesuje, zupełnie jakby temat nie istniał.

Na forum pojawiło się już kilka wpisów, gdzie ludzie szukający od niekiedy wielu lat przyczyny swoich problemów zdrowotnych całkowicie odzyskali zdrowie, gdy tylko zrezygnowali z oglądania pornografii i masturbacji. W internecie są takich tysiące. Niedawno pisałem, że pojedyncze przypadki są mało wartościową metodą oceny, czy dana terapia działa. W tym wypadku nie ma jednak nic innego, na czym można się oprzeć.

Land_crab_3

Jestem na 99% pewien, że odnalazłem przyczynę moich dolegliwości…

Okazała się nią nadmierna masturbacja oraz niedobór cynku i paru innych mikroelementów, który się z nią wiąże. Kiedy znalazłem w internecie na pewnym forum post użytkownika, który opisał identyczne objawy i właśnie całkowita abstynencja od pornografii i masturbacji przywróciła go stanu pierwotnego – postanowiłem sam spróbować.

Efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania… Jestem na 20 dniu abstynencji i czuję się świetnie. Mgła umysłowa znika, depresja przeszła do historii, wróciła mi pamięć, chce coś robić, chce wyjść do ludzi, chce zdobywać świat!… Z dnia na dzień wszystko powoli wraca do normy. Czuję, że dochodzę do siebie. :)))

Kolejny wpis:

Brainfog? (…) od kiedy zaprzestalem masturbacji, pornografii i mniej czasu spedzam przy komputerze to zniknal.

Jeszcze jeden:

zacząłem szukać co może być tego przyczyną, jednym z moich problemów była nałogowa masturbacja, potrafiłem robić to 5-6 razy dziennie, nie było dnia w którym nie masturbował bym się ani razu, dawało mi to ulge i fajny stan który uwielbiałem, przestalem się masturbować i lęki odeszły.. po 2 tygodniach wróciłem do masturbacji lęki pojawiły się po 4 dniach codziennej masturbacji

Nie pisałem za dużo o tym temacie na forum, nie wypytywałem ludzi czy nie są uzależnieni, czy nie myśleli o zmianie – raz że nie bardzo wypada, dwa- kogo będzie stać na takie „wyrzeczenie” żeby przestać oglądać pornosy, trzy – kto tak naprawdę się do tego przyzna? Możliwe, że wśród tych szukających pomocy są setki osób, które sobie zniszczyły w ten sposób zdrowie.

Co o tym wszystkim sądzi nauka? Niewiele. Wiadomo, że podczas wytrysku traci się dość dużo cynku. Nie są to jakieś kosmiczne ilości, ale przy 5-6 akcjach każdego dnia przez ileś lat można sobie całkowicie wyjałowić organizm. W jakiś sposób zmienia się poziom tlenków azotu, niezbędnych do rozszerzenia naczyń krwionośnych, możliwe, że dochodzi do zużycia argininy. Wiadomo, że seks jest czymś w rodzaju „nagrody”, zalewanie swojego mózgu przyjemnymi bodźcami może sprawić, że wszystko inne przestanie być takie interesujące. Po co walczyć o pozycję w społeczeństwie, dziewczynę, przyszłość, skoro na wyciągnięcie myszki ma się harem którego nie powstydziliby się najbogatsi ludzie w historii tego świata? Heroiniści też nie są znani ze zbytniej pracowitości i dużych ambicji.

Według zwolenników teorii szkodliwego wpływu masturbacji, główną winę ponosi nie sama czynność, ale stymulujące ją bodźce. Ma to zapewne wpływ na rozwój impotencji – po tym, jak codziennie widziało się każdą gwiazdę porno w najbardziej wyuzdanych pokazach, zwykła kobieta przestaje być atrakcyjna. Jeśli dodatkowo ktoś idzie w fetysze, bo zwykła golizna przestaje już wystarczać – problem się pogłębia, trzeba coraz ostrzejszych bodźców, by w ogóle pobudzić mózg. Według nich, przekłada się to również na życie codzienne – nasze decyzje zależą od delikatnego mechanizmu kary – nagrody. Gdy zostanie on rozregulowany, na przykład nadmiarem nagród, potrzebujemy czegoś naprawdę „ekstra” żeby działać. Dla człowieka, który się nie „popsuł” nauka na przykład gry na instrumencie może być satysfakcjonująca sama w sobie, odczuwa on zadowolenie że zdobywa umiejętność, że czegoś się nauczył, czuje dumę z dobrze wykonanego utworu. Ludzie przyzwyczajeni do „silnej” nagrody, czy to będzie orgazm przy filmie porno, czy alkohol lub inny narkotyk – nie odnajdą w tym satysfakcji. To zresztą jeden z powodów, dla których osoby otyłe tak rzadko dochodzą do siebie – zadowolenie z atrakcyjnego i sprawnego ciała jest słabym bodźcem, jeśli porównać go do zapchania żołądka.

Możliwe, że ci ludzie się mylą, co prawda wstrzymanie się pomaga, ale problem leży gdzie indziej. Pisałem o dramatycznie wysokiej utracie cynku, ale jego utrata „wyłączy” człowieka na całe lata, zanim uzupełni, chyba że zastosuje wysokie dawki suplementów. Zwykłe powstrzymanie jego dalszej utraty nie sprawi, że w kilka dni czy tygodni ktoś poczuje się lepiej. Ale są też inne substancje, których może zabraknąć. Pisałem o tlenkach azotu, niezbędnych do wywołania erekcji. Są produkowane z argininy, jej suplementacja wraz z ziołami zwiększającymi jej metabolizm bardzo szybko i skutecznie leczyła problemy z erekcją, można przypuszczać że również te wywołane masturbacją. Bierze też w tym udział histamina, produkowana z histydyny. Niezbędna jest też dopamina i wiele, wiele innych. Może po prostu czegoś w organizmie brakuje? Jest bardzo wiele opisów, gdzie ludzie po rezygnacji z masturbacji uprawianej nawet ponad 5 razy dziennie nie odczuwali absolutnie żadnej zmiany.

Możliwe też, że to po prostu placebo, albo efekt skupienia się na czymś i jakiejś walki, podjęcia wyzwania. Może po prostu mniej czasu zaczęli spędzać siedząc przy komputerze, a więcej chodząc. Kto wie?

Nie mam tu żadnych jednoznacznych wniosków. Chciałem tylko zaznaczyć, że taki temat istnieje i że jest ignorowany przez współczesną medycynę. Nie mam też żadnych rad dla ludzi, którzy chcą spróbować zrezygnować – podobnie jak ze wszystkimi nałogami, tak i wyjście z tego może być piekielnie trudne. Jest wiele metod radzenia sobie z uzależnieniami i żadna nie jest jednoznacznie najlepsza.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarze

Motywacja i skuteczność, oraz jak uczę się języków.

Kiedyś już o tym pisałem, ale temat jest chyba dość ciekawy, warto do niego wracać.

Jest jedna niezwykle ważna zasada, o której powinno się pamiętać każdego dnia i do niej dostosowywać swoje życie. To absolutna podstawa naszej egzystencji, wokół której wszystko się kręci, sterująca każdą naszą decyzją – a większość z nas w ogóle nie zdaje sobie z niej sprawy.

Chodzi o zasadę „ego depletion”. Każdy człowiek ma tylko określoną ilość „siły woli”, którą jest w stanie przeznaczyć na podejmowanie decyzji czy w ogóle robienie czegokolwiek. Bardzo ładnie zostało to wykazane w badaniu, gdzie w pierwszej części eksperymentu osoby otyłe zostały podzielone na dwie grupy – jedna z nich miała oglądać film i powstrzymywać się od emocjonalnej reakcji (zużyć swoje zasoby „ego”), druga od razu przeszła do drugiej części. W niej zaś zaoferowano tym osobom smakowity posiłek. Jak się okazuje, gdy ktoś wcześniej musiał się do czegoś zmusić – nie miał już „siły” na to, by powstrzymać się przed jedzeniem.

Konsekwencje są naprawdę bardzo duże, jeśli im się przyjrzeć z odpowiedniej perspektywy. Po pierwsze, każdy z nas ma tylko określoną ilość „zasobów”. Jeśli je zużyjemy na coś niepotrzebnego, nie będzie nas „stać” na rzeczy istotne. Ktoś, kto całe swoje życie poświęca na siłownię albo na przykład biegi ultradystansowe, siłą rzeczy musi mniej energii poświęcać swojej rodzinie, pracy, samodoskonaleniu w innych dziedzinach. Druga bardzo ważna rzecz – trwanie w toksycznych relacjach, w których cały czas musimy się zmuszać do na przykład ukrywania naszych emocji, albo do czynności na które nie mamy zbytnio ochoty (nawet jeśli będzie to tylko wspólny spacer), dosłownie „wyssie” z nas zdolność do działania. Termin „wampir energetyczny” jest o wiele bliższy prawdy, niż mogłoby się to wydawać.

Jeśli chcemy osiągnąć w życiu jakieś cele, obojętnie co to będzie, warto pamiętać o tej zasadzie oraz dostosować do niej nasze plany. Podam tu przykład mojej nauki języka.

Można wykonywać czynność w sposób, który w ogóle nie zużywa „zasobów”.

Tu bardzo dobrym przykładem jest czytanie książek, albo – co jest o wiele korzystniejsze – słuchanie audiobooków. Ucząc się angielskiego, załadowałem na mojego smartfona kilka audiobooków, które wcześniej czytałem w naszym ojczystym języku. Podczas szukania grzybów czy zwykłych spacerów mogłem sobie słuchać czegoś, co mnie interesuje, jednocześnie niejako nieświadomie się ucząc.

Można dodać element konkurencji lub innej zabawy.

Ta sama czynność jest przez nasze „ego” zupełnie inaczej odbierana, jeśli będzie połączona z jakąś symboliczną walką, w formie na przykład gry. Ucząc się na www.memrise.com (gorąco polecam!), dodałem do listy znajomych kogo tylko się da – i próbuję zrobić więcej punktów, niż oni. Jest to drobne oszustwo, zamieniające „pracę” w „zabawę”. Górnik po 8 godzinach rycia na przodku, z radością będzie przekopywał swój ogródek. Biegacze zaczynali bić swoje życiowe rekordy, gdy zaczęli korzystać z aplikacji zamieniających trening w grę, gdzie kilometrami zdobywało się „poziomy”. Pokemon go sprawia, że osoby otyłe, nie potrafiące zmusić się do 500 metrów spaceru, chodzą po 20 kilometrów.

Czynności rutynowe nie zużywają „zasobów” tak, jak robią to rzeczy dla nas nowe.

To bardzo ważna rzecz. Jeśli uważamy, że coś powinno znaleźć się w naszym życiu – robimy z tego nawyk. Osoby szczupłe nie muszą powstrzymywać się od jedzenia, nie kosztuje to ich żadnej „siły woli”, gdyż mają nawyk normalnego jedzenia. Otyłe wyrobiły sobie nawet objadania się. Zmiana takiego nawyku powinna być stopniowa, trzeba wprowadzać drobne zmiany aż staną się one taką samą codziennością, jak mycie zębów. Ja ustawiłem sobie w memrise limit punktów, który muszę codziennie zrobić – i robię to. Po pewnym czasie przestało mnie to w jakikolwiek sposób męczyć.

Czynności można wykonywać w sposób o wiele bardziej efektywny.

I tu znowu wspomnę o memrise (nie, nie płacą mi za reklamowanie tego, to darmowy program). Dostajemy do powtórzenia tylko te słówka, z którymi mamy problemy. Dzięki temu czas nauki zostaje znacznie skrócony. Dodatkowo każde słówko jest powtarzane w zwiększających się odstępach (4 godziny, potem 8, 12, 24…), co – jak wykazały badania – jest znacznie skuteczniejszą metodą, niż powtarzanie go codziennie.

Kilka przykładów nie związanych już z moją osobą:

Rezygnacja z niepotrzebnych rzeczy zwalnia „zasoby” dla ważnych.

Czasem można spotkać się z pielęgnowanym mitem „silnego charakteru”, który to charakter ma wyrażać się tym, że codziennie robi się jakąś rzecz, po to tylko by udowodnić sobie, że się potrafi to zrobić. Nie jest to duże obciążenie, bo nawyki są pod tym względem dość łagodne, ale jednak obciążenie. Podobnie obciążające będzie zanurzenie się w jakiejś aktywności która niewiele daje, a nawet nie jest dla nas specjalnie przyjemna. Z racji zainteresowań, znam mnóstwo ludzi całkowicie pogrążonych w pomaganiu zwierzętom – niby to fajne i przyjemne, ale nagle człowiek budzi się w wieku 40 lat, bez partnera, bez własnej rodziny, otoczony stadem kotów czy szczurów. Podobnie „robienie kariery” potrafi zabrać całą młodość, nagle orientujemy się, że całe życie pracowaliśmy nie dla swojej własnej rodziny, bo tej nie zdążyliśmy założyć, tylko dla rodziny naszego szefa. Bardzo mocno obciążają wszelkiego rodzaju kontakty międzyludzkie, które nie są dla nas w żaden sposób korzystne – nudne spotkania po pracy, gdzie każdy się męczy i tak dalej. Kontakty z ludźmi są oczywiście bardzo ważne, ale lepiej spotkać się z kimś, kto jest dla nas ważny i vice versa. Nie można też wyrobić sobie reputacji odludka – ważne, żeby zauważyć, gdy przekraczamy pewną granicę i zaczyna nas to „pożerać”.

Trwanie w toksycznej sytuacji potrafi zeżreć całe zasoby.

Tu – niestety – nie da się powiedzieć nic mądrego. Każdy jest pełen dobrych rad dla innych, gdy patrzy z boku, ale dziwnym trafem sam sobie nie potrafi pomóc. Podpowiem tylko, że toksyczność to nie tylko związek z człowiekiem. Znam ludzi, którzy zmarnowali sobie życie grając w gry komputerowe, nie mając przed sobą żadnej przyszłości, a całą „energię” którą mogliby poświęcić na zmianę tego stanu rzeczy tracą na podtrzymywanie iluzji, że jest dobrze i nic nie trzeba zmieniać.

Choroby potrafią wyssać całą energię.

Bardzo dobry przykład to depresja. Osoba chora nie jest w stanie podjąć żadnej aktywności. Podobnie przy zaburzeniach tarczycy czy na przykład anemii. I tu moja rada – warto zrezygnować z innych czynności na rzecz walki z chorobą. Jeśli ktoś resztkę swojej „energii” poświęci na powiedzmy naukę języka, nie znajdzie jej na wycieczkę do laboratorium i zrobienie badań. Paradoksalnie, zajęcie się sportem, chociaż powinno „zabrać” energię, zmienia metabolizm do tego stopnia, że koniec końców mamy jej znacznie więcej.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Borelioza, borelioza…

Tak, wiem, że przeciętnych czytelników fanpage nie interesują tego typu zagadnienia, dlatego też obiecuję, że nie będę tego ciągnął. Dla zainteresowanych – jest witryna www.borelioza.vegie.pl gdzie przedstawiłem swoje poglądy.

Ale się narobiło. Zerknąłem na grupę facebookową dla boreliozowców, przeraziłem się nieco treściami, wrzuciłem na fanpage 3 cytaty. Rozpętała się prawdziwa burza. Kurcze, dla tych ludzi to jest religia – tego nie można inaczej wyjaśnić.  Tylko fanatycy religijni zachowują się w ten sposób, wpadają w szał, gdy ktoś im zaprzeczy. Normalny człowiek wzruszy ramionami, czasem zapyta o argumenty, w ostateczności popuka się w czoło albo wyśmieje.

bor7

Należy się jednak drobne słowo wyjaśnienia, czemu jestem na boreliozowców taki cięty. Uważam, że krzywdzą ludzi. Próbowali też skrzywdzić mnie osobiście, wmawiając mi chorobę – straszyli mnie, że muszę się leczyć, że to na pewno borelioza, że jak ich nie posłucham, to na bank zostanę inwalidą, po co mi w ogóle testy, lecz się w ciemno, a że miałeś jeden pasek na WB? No to na 110% choroba, na co czekasz! To był ciągły terror psychiczny. Kto wie, co teraz by ze mną było, gdybym był słabszy, gdybym się ugiął – może bym nawet nie żył, może zabiłaby mnie ta prawdziwa choroba, którą miałem, a której bym nie szukał, gdyby mnie przekonali? Na moim forum były już dziesiątki, jak nie setki osób, które podejrzewały u siebie boreliozę – niemal zawsze okazywało się, że to coś innego. Wystarczyło trochę głębiej poszukać, zrobić kilka dodatkowych badań – i diabełek wyskakiwał z pudełka. Było kilka przypadków prawdziwej boreliozy (tak, zaledwie kilka), bez problemu zostali oni wyleczeni dzięki wspieraniu antybiotyków wzmacnianiem naturalnej odporności.

Wpis, o który rozpętała się burza dotyczył gościa, który 13 razy (TRZYNAŚCIE RAZY) wykonywał testy na boreliozę, uzyskując wyniki ujemne, aż w końcu zrobił nieoficjalny, znany z fałszywie dodatnich wyników test i uzyskał tego wymarzonego plusa. Kto wie, na co on naprawdę jest chory? Ale atmosfera tego miejsca „wszystkie choroby to borelioza, musisz się leczyć, patrz na nas, wszyscy mamy boreliozę a też mieliśmy ujemne testy” przekonała go, że to MUSI być borelioza i nic innego. Wydać pieniądze na dobrego lekarza, który się temu przyjrzy, albo nawet na 5 różnych lekarzy? Po co, lepiej wydawać je na testy na tę jedną jedyną przypadłość. Był jak ja 8 lat temu, gdy trafiłem na jedno z ich for i wmawiano mi tę chorobę. Najwyraźniej zabrakło mu sceptycyzmu.

bor6

Chorobę mogłem oczywiście podejrzewać, pełen zestaw objawów – bóle kolan, kręgosłupa, problemy z pamięcią, ciągłe zmęczenie, stany podgorączkowe, do tego setki kleszczy i jakiś pojedynczy pasek na western blocie. No wypisz wymaluj borelioza, bez żadnych wątpliwości! A może jednak…?

Bóle kolan okazały się efektem nierównomiernego prowadzenia rzepki – najczęstsza przyczyna takich problemów. Wynika to z siedzącego trybu życia, co powoduje zmiany w układzie ruchu. Pewne mięśnie się przykurczają, inne są za bardzo rozciągnięte, po pewnym czasie tego szorowania rzepką poza jej naturalną drogą wnętrze kolana przypomina powierzchnię Księżyca… po odpowiedniej terapii (wzmocnienie jednych mięśni, rozciągnięcie drugich) kolana są jak nowe. Przed terapią nie byłem w stanie jeździć za długo samochodem, bo zgięte kolano bolało jakby gwóźdź wbito. Po niej bez problemu robię przysiady ze sztangą.

Podobnie bóle kręgosłupa. Miałem go skrajnie wykrzywionego, rzadko kiedy widzi się tak duże zwyrodnienie. Podobnie jak wcześniej – wystarczyła praca nad odpowiednimi mięśniami, by wszystko wróciło do normy. Wcześniej po kilku godzinach stania na przykład na koncercie ledwo byłem w stanie chodzić z bólu, wycieczka w góry była poza zasięgiem, po terapii – zero problemów w jakiejkolwiek sytuacji.

Wieczne stany podgorączkowe były wywołane grzybem w mieszkaniu. Po jego usunięciu znikły w zasadzie z dnia na dzień.

Problemy z pamięcią „wyhodowałem” sobie dietą wege bez suplementacji – brak B12, omega 3 i jodu w końcu dał o sobie znać. Po ich uzupełnieniu bez problemu jestem w stanie nauczyć się 100 nowych słówek obcego języka dziennie, każdego dnia przez miesiąc i wszystkie pamiętać, przed terapią – nie byłem w stanie nauczyć się dziesięciu.

Wieczne przemęczenie znikło, gdy uzupełniłem witaminę D3 – ten niedobór z kolei był „zasługą” pracy przy komputerze.

Zwracam uwagę na fakt, że było to kilka różnych problemów, które się nawarstwiły i z których każdy wymagał innego podejścia, innego „leczenia”. Za każdym razem jednak okazywało się ono trafione w 100%. Oczywiście zamiast szukać tych pięciu całkowicie różnych przyczyn, co było trudne i kosztowało mnie sporo wysiłku, mogłem pójść na łatwiznę i wszystkie spróbować wyjaśnić sobie bakterią – tyle, że dalej byłbym chory, może do tej pory wlewałbym w siebie antybiotyki licząc na poprawę, a kto wie, może nawet by mnie te niedobory wykończyły. A może dostałbym antybiotyki razem z witaminami D3 i B12, poczułbym jakąś poprawę i zaczął sobie wkręcać, że zabijam bakterie? I – jak niektórzy – leczył się miesiące albo i lata, bo przecież czuję się lepiej więc to dowód na to, że mam boreliozę?

Najgorsze jest to, że oni są przekonani o swojej misji ratowania życia. Według nich każdy, kto (jak ja) zamiast zacząć leczyć boreliozę, zacznie szukać innych chorób – naraża się na straszliwą śmierć, bo przecież to MUSI być borelioza, nie ma innych schorzeń! Ba, uważają nawet, że ja – pisząc o tym, że może warto sprawdzić, czy przypadkiem nie ma się innych chorób – narażam ludzi na niechybną śmierć.

Dlatego właśnie nie lubię boreliozowców.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz