Masturbacja

Dziś temat nienaukowy. Wpis oparty na pogłoskach.

Powszechny dostęp do pornografii internetowej jest czymś, czego nigdy jeszcze nie było w historii ludzkości. Miliony młodych mężczyzn nagle jest w sytuacji, w jakiej byli jedynie najwięksi władcy – mają dostęp do niezliczonej ilości kobiet, w najdzikszych fantazjach i konfiguracjach. Można z dużym prawdopodobieństwem zgadywać, że takie coś będzie mieć całkiem duży wpływ na ich psychikę, a może nawet na zdrowie fizyczne. Nie ma jednak nawet jednego badania nad tym zagadnieniem. Nikt się tym nie interesuje, zupełnie jakby temat nie istniał.

Na forum pojawiło się już kilka wpisów, gdzie ludzie szukający od niekiedy wielu lat przyczyny swoich problemów zdrowotnych całkowicie odzyskali zdrowie, gdy tylko zrezygnowali z oglądania pornografii i masturbacji. W internecie są takich tysiące. Niedawno pisałem, że pojedyncze przypadki są mało wartościową metodą oceny, czy dana terapia działa. W tym wypadku nie ma jednak nic innego, na czym można się oprzeć.

Land_crab_3

Jestem na 99% pewien, że odnalazłem przyczynę moich dolegliwości…

Okazała się nią nadmierna masturbacja oraz niedobór cynku i paru innych mikroelementów, który się z nią wiąże. Kiedy znalazłem w internecie na pewnym forum post użytkownika, który opisał identyczne objawy i właśnie całkowita abstynencja od pornografii i masturbacji przywróciła go stanu pierwotnego – postanowiłem sam spróbować.

Efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania… Jestem na 20 dniu abstynencji i czuję się świetnie. Mgła umysłowa znika, depresja przeszła do historii, wróciła mi pamięć, chce coś robić, chce wyjść do ludzi, chce zdobywać świat!… Z dnia na dzień wszystko powoli wraca do normy. Czuję, że dochodzę do siebie. :)))

Kolejny wpis:

Brainfog? (…) od kiedy zaprzestalem masturbacji, pornografii i mniej czasu spedzam przy komputerze to zniknal.

Jeszcze jeden:

zacząłem szukać co może być tego przyczyną, jednym z moich problemów była nałogowa masturbacja, potrafiłem robić to 5-6 razy dziennie, nie było dnia w którym nie masturbował bym się ani razu, dawało mi to ulge i fajny stan który uwielbiałem, przestalem się masturbować i lęki odeszły.. po 2 tygodniach wróciłem do masturbacji lęki pojawiły się po 4 dniach codziennej masturbacji

Nie pisałem za dużo o tym temacie na forum, nie wypytywałem ludzi czy nie są uzależnieni, czy nie myśleli o zmianie – raz że nie bardzo wypada, dwa- kogo będzie stać na takie „wyrzeczenie” żeby przestać oglądać pornosy, trzy – kto tak naprawdę się do tego przyzna? Możliwe, że wśród tych szukających pomocy są setki osób, które sobie zniszczyły w ten sposób zdrowie.

Co o tym wszystkim sądzi nauka? Niewiele. Wiadomo, że podczas wytrysku traci się dość dużo cynku. Nie są to jakieś kosmiczne ilości, ale przy 5-6 akcjach każdego dnia przez ileś lat można sobie całkowicie wyjałowić organizm. W jakiś sposób zmienia się poziom tlenków azotu, niezbędnych do rozszerzenia naczyń krwionośnych, możliwe, że dochodzi do zużycia argininy. Wiadomo, że seks jest czymś w rodzaju „nagrody”, zalewanie swojego mózgu przyjemnymi bodźcami może sprawić, że wszystko inne przestanie być takie interesujące. Po co walczyć o pozycję w społeczeństwie, dziewczynę, przyszłość, skoro na wyciągnięcie myszki ma się harem którego nie powstydziliby się najbogatsi ludzie w historii tego świata? Heroiniści też nie są znani ze zbytniej pracowitości i dużych ambicji.

Według zwolenników teorii szkodliwego wpływu masturbacji, główną winę ponosi nie sama czynność, ale stymulujące ją bodźce. Ma to zapewne wpływ na rozwój impotencji – po tym, jak codziennie widziało się każdą gwiazdę porno w najbardziej wyuzdanych pokazach, zwykła kobieta przestaje być atrakcyjna. Jeśli dodatkowo ktoś idzie w fetysze, bo zwykła golizna przestaje już wystarczać – problem się pogłębia, trzeba coraz ostrzejszych bodźców, by w ogóle pobudzić mózg. Według nich, przekłada się to również na życie codzienne – nasze decyzje zależą od delikatnego mechanizmu kary – nagrody. Gdy zostanie on rozregulowany, na przykład nadmiarem nagród, potrzebujemy czegoś naprawdę „ekstra” żeby działać. Dla człowieka, który się nie „popsuł” nauka na przykład gry na instrumencie może być satysfakcjonująca sama w sobie, odczuwa on zadowolenie że zdobywa umiejętność, że czegoś się nauczył, czuje dumę z dobrze wykonanego utworu. Ludzie przyzwyczajeni do „silnej” nagrody, czy to będzie orgazm przy filmie porno, czy alkohol lub inny narkotyk – nie odnajdą w tym satysfakcji. To zresztą jeden z powodów, dla których osoby otyłe tak rzadko dochodzą do siebie – zadowolenie z atrakcyjnego i sprawnego ciała jest słabym bodźcem, jeśli porównać go do zapchania żołądka.

Możliwe, że ci ludzie się mylą, co prawda wstrzymanie się pomaga, ale problem leży gdzie indziej. Pisałem o dramatycznie wysokiej utracie cynku, ale jego utrata „wyłączy” człowieka na całe lata, zanim uzupełni, chyba że zastosuje wysokie dawki suplementów. Zwykłe powstrzymanie jego dalszej utraty nie sprawi, że w kilka dni czy tygodni ktoś poczuje się lepiej. Ale są też inne substancje, których może zabraknąć. Pisałem o tlenkach azotu, niezbędnych do wywołania erekcji. Są produkowane z argininy, jej suplementacja wraz z ziołami zwiększającymi jej metabolizm bardzo szybko i skutecznie leczyła problemy z erekcją, można przypuszczać że również te wywołane masturbacją. Bierze też w tym udział histamina, produkowana z histydyny. Niezbędna jest też dopamina i wiele, wiele innych. Może po prostu czegoś w organizmie brakuje? Jest bardzo wiele opisów, gdzie ludzie po rezygnacji z masturbacji uprawianej nawet ponad 5 razy dziennie nie odczuwali absolutnie żadnej zmiany.

Możliwe też, że to po prostu placebo, albo efekt skupienia się na czymś i jakiejś walki, podjęcia wyzwania. Może po prostu mniej czasu zaczęli spędzać siedząc przy komputerze, a więcej chodząc. Kto wie?

Nie mam tu żadnych jednoznacznych wniosków. Chciałem tylko zaznaczyć, że taki temat istnieje i że jest ignorowany przez współczesną medycynę. Nie mam też żadnych rad dla ludzi, którzy chcą spróbować zrezygnować – podobnie jak ze wszystkimi nałogami, tak i wyjście z tego może być piekielnie trudne. Jest wiele metod radzenia sobie z uzależnieniami i żadna nie jest jednoznacznie najlepsza.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Motywacja i skuteczność, oraz jak uczę się języków.

Kiedyś już o tym pisałem, ale temat jest chyba dość ciekawy, warto do niego wracać.

Jest jedna niezwykle ważna zasada, o której powinno się pamiętać każdego dnia i do niej dostosowywać swoje życie. To absolutna podstawa naszej egzystencji, wokół której wszystko się kręci, sterująca każdą naszą decyzją – a większość z nas w ogóle nie zdaje sobie z niej sprawy.

Chodzi o zasadę „ego depletion”. Każdy człowiek ma tylko określoną ilość „siły woli”, którą jest w stanie przeznaczyć na podejmowanie decyzji czy w ogóle robienie czegokolwiek. Bardzo ładnie zostało to wykazane w badaniu, gdzie w pierwszej części eksperymentu osoby otyłe zostały podzielone na dwie grupy – jedna z nich miała oglądać film i powstrzymywać się od emocjonalnej reakcji (zużyć swoje zasoby „ego”), druga od razu przeszła do drugiej części. W niej zaś zaoferowano tym osobom smakowity posiłek. Jak się okazuje, gdy ktoś wcześniej musiał się do czegoś zmusić – nie miał już „siły” na to, by powstrzymać się przed jedzeniem.

Konsekwencje są naprawdę bardzo duże, jeśli im się przyjrzeć z odpowiedniej perspektywy. Po pierwsze, każdy z nas ma tylko określoną ilość „zasobów”. Jeśli je zużyjemy na coś niepotrzebnego, nie będzie nas „stać” na rzeczy istotne. Ktoś, kto całe swoje życie poświęca na siłownię albo na przykład biegi ultradystansowe, siłą rzeczy musi mniej energii poświęcać swojej rodzinie, pracy, samodoskonaleniu w innych dziedzinach. Druga bardzo ważna rzecz – trwanie w toksycznych relacjach, w których cały czas musimy się zmuszać do na przykład ukrywania naszych emocji, albo do czynności na które nie mamy zbytnio ochoty (nawet jeśli będzie to tylko wspólny spacer), dosłownie „wyssie” z nas zdolność do działania. Termin „wampir energetyczny” jest o wiele bliższy prawdy, niż mogłoby się to wydawać.

Jeśli chcemy osiągnąć w życiu jakieś cele, obojętnie co to będzie, warto pamiętać o tej zasadzie oraz dostosować do niej nasze plany. Podam tu przykład mojej nauki języka.

Można wykonywać czynność w sposób, który w ogóle nie zużywa „zasobów”.

Tu bardzo dobrym przykładem jest czytanie książek, albo – co jest o wiele korzystniejsze – słuchanie audiobooków. Ucząc się angielskiego, załadowałem na mojego smartfona kilka audiobooków, które wcześniej czytałem w naszym ojczystym języku. Podczas szukania grzybów czy zwykłych spacerów mogłem sobie słuchać czegoś, co mnie interesuje, jednocześnie niejako nieświadomie się ucząc.

Można dodać element konkurencji lub innej zabawy.

Ta sama czynność jest przez nasze „ego” zupełnie inaczej odbierana, jeśli będzie połączona z jakąś symboliczną walką, w formie na przykład gry. Ucząc się na www.memrise.com (gorąco polecam!), dodałem do listy znajomych kogo tylko się da – i próbuję zrobić więcej punktów, niż oni. Jest to drobne oszustwo, zamieniające „pracę” w „zabawę”. Górnik po 8 godzinach rycia na przodku, z radością będzie przekopywał swój ogródek. Biegacze zaczynali bić swoje życiowe rekordy, gdy zaczęli korzystać z aplikacji zamieniających trening w grę, gdzie kilometrami zdobywało się „poziomy”. Pokemon go sprawia, że osoby otyłe, nie potrafiące zmusić się do 500 metrów spaceru, chodzą po 20 kilometrów.

Czynności rutynowe nie zużywają „zasobów” tak, jak robią to rzeczy dla nas nowe.

To bardzo ważna rzecz. Jeśli uważamy, że coś powinno znaleźć się w naszym życiu – robimy z tego nawyk. Osoby szczupłe nie muszą powstrzymywać się od jedzenia, nie kosztuje to ich żadnej „siły woli”, gdyż mają nawyk normalnego jedzenia. Otyłe wyrobiły sobie nawet objadania się. Zmiana takiego nawyku powinna być stopniowa, trzeba wprowadzać drobne zmiany aż staną się one taką samą codziennością, jak mycie zębów. Ja ustawiłem sobie w memrise limit punktów, który muszę codziennie zrobić – i robię to. Po pewnym czasie przestało mnie to w jakikolwiek sposób męczyć.

Czynności można wykonywać w sposób o wiele bardziej efektywny.

I tu znowu wspomnę o memrise (nie, nie płacą mi za reklamowanie tego, to darmowy program). Dostajemy do powtórzenia tylko te słówka, z którymi mamy problemy. Dzięki temu czas nauki zostaje znacznie skrócony. Dodatkowo każde słówko jest powtarzane w zwiększających się odstępach (4 godziny, potem 8, 12, 24…), co – jak wykazały badania – jest znacznie skuteczniejszą metodą, niż powtarzanie go codziennie.

Kilka przykładów nie związanych już z moją osobą:

Rezygnacja z niepotrzebnych rzeczy zwalnia „zasoby” dla ważnych.

Czasem można spotkać się z pielęgnowanym mitem „silnego charakteru”, który to charakter ma wyrażać się tym, że codziennie robi się jakąś rzecz, po to tylko by udowodnić sobie, że się potrafi to zrobić. Nie jest to duże obciążenie, bo nawyki są pod tym względem dość łagodne, ale jednak obciążenie. Podobnie obciążające będzie zanurzenie się w jakiejś aktywności która niewiele daje, a nawet nie jest dla nas specjalnie przyjemna. Z racji zainteresowań, znam mnóstwo ludzi całkowicie pogrążonych w pomaganiu zwierzętom – niby to fajne i przyjemne, ale nagle człowiek budzi się w wieku 40 lat, bez partnera, bez własnej rodziny, otoczony stadem kotów czy szczurów. Podobnie „robienie kariery” potrafi zabrać całą młodość, nagle orientujemy się, że całe życie pracowaliśmy nie dla swojej własnej rodziny, bo tej nie zdążyliśmy założyć, tylko dla rodziny naszego szefa. Bardzo mocno obciążają wszelkiego rodzaju kontakty międzyludzkie, które nie są dla nas w żaden sposób korzystne – nudne spotkania po pracy, gdzie każdy się męczy i tak dalej. Kontakty z ludźmi są oczywiście bardzo ważne, ale lepiej spotkać się z kimś, kto jest dla nas ważny i vice versa. Nie można też wyrobić sobie reputacji odludka – ważne, żeby zauważyć, gdy przekraczamy pewną granicę i zaczyna nas to „pożerać”.

Trwanie w toksycznej sytuacji potrafi zeżreć całe zasoby.

Tu – niestety – nie da się powiedzieć nic mądrego. Każdy jest pełen dobrych rad dla innych, gdy patrzy z boku, ale dziwnym trafem sam sobie nie potrafi pomóc. Podpowiem tylko, że toksyczność to nie tylko związek z człowiekiem. Znam ludzi, którzy zmarnowali sobie życie grając w gry komputerowe, nie mając przed sobą żadnej przyszłości, a całą „energię” którą mogliby poświęcić na zmianę tego stanu rzeczy tracą na podtrzymywanie iluzji, że jest dobrze i nic nie trzeba zmieniać.

Choroby potrafią wyssać całą energię.

Bardzo dobry przykład to depresja. Osoba chora nie jest w stanie podjąć żadnej aktywności. Podobnie przy zaburzeniach tarczycy czy na przykład anemii. I tu moja rada – warto zrezygnować z innych czynności na rzecz walki z chorobą. Jeśli ktoś resztkę swojej „energii” poświęci na powiedzmy naukę języka, nie znajdzie jej na wycieczkę do laboratorium i zrobienie badań. Paradoksalnie, zajęcie się sportem, chociaż powinno „zabrać” energię, zmienia metabolizm do tego stopnia, że koniec końców mamy jej znacznie więcej.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Borelioza, borelioza…

Tak, wiem, że przeciętnych czytelników fanpage nie interesują tego typu zagadnienia, dlatego też obiecuję, że nie będę tego ciągnął. Dla zainteresowanych – jest witryna www.borelioza.vegie.pl gdzie przedstawiłem swoje poglądy.

Ale się narobiło. Zerknąłem na grupę facebookową dla boreliozowców, przeraziłem się nieco treściami, wrzuciłem na fanpage 3 cytaty. Rozpętała się prawdziwa burza. Kurcze, dla tych ludzi to jest religia – tego nie można inaczej wyjaśnić.  Tylko fanatycy religijni zachowują się w ten sposób, wpadają w szał, gdy ktoś im zaprzeczy. Normalny człowiek wzruszy ramionami, czasem zapyta o argumenty, w ostateczności popuka się w czoło albo wyśmieje.

bor7

Należy się jednak drobne słowo wyjaśnienia, czemu jestem na boreliozowców taki cięty. Uważam, że krzywdzą ludzi. Próbowali też skrzywdzić mnie osobiście, wmawiając mi chorobę – straszyli mnie, że muszę się leczyć, że to na pewno borelioza, że jak ich nie posłucham, to na bank zostanę inwalidą, po co mi w ogóle testy, lecz się w ciemno, a że miałeś jeden pasek na WB? No to na 110% choroba, na co czekasz! To był ciągły terror psychiczny. Kto wie, co teraz by ze mną było, gdybym był słabszy, gdybym się ugiął – może bym nawet nie żył, może zabiłaby mnie ta prawdziwa choroba, którą miałem, a której bym nie szukał, gdyby mnie przekonali? Na moim forum były już dziesiątki, jak nie setki osób, które podejrzewały u siebie boreliozę – niemal zawsze okazywało się, że to coś innego. Wystarczyło trochę głębiej poszukać, zrobić kilka dodatkowych badań – i diabełek wyskakiwał z pudełka. Było kilka przypadków prawdziwej boreliozy (tak, zaledwie kilka), bez problemu zostali oni wyleczeni dzięki wspieraniu antybiotyków wzmacnianiem naturalnej odporności.

Wpis, o który rozpętała się burza dotyczył gościa, który 13 razy (TRZYNAŚCIE RAZY) wykonywał testy na boreliozę, uzyskując wyniki ujemne, aż w końcu zrobił nieoficjalny, znany z fałszywie dodatnich wyników test i uzyskał tego wymarzonego plusa. Kto wie, na co on naprawdę jest chory? Ale atmosfera tego miejsca „wszystkie choroby to borelioza, musisz się leczyć, patrz na nas, wszyscy mamy boreliozę a też mieliśmy ujemne testy” przekonała go, że to MUSI być borelioza i nic innego. Wydać pieniądze na dobrego lekarza, który się temu przyjrzy, albo nawet na 5 różnych lekarzy? Po co, lepiej wydawać je na testy na tę jedną jedyną przypadłość. Był jak ja 8 lat temu, gdy trafiłem na jedno z ich for i wmawiano mi tę chorobę. Najwyraźniej zabrakło mu sceptycyzmu.

bor6

Chorobę mogłem oczywiście podejrzewać, pełen zestaw objawów – bóle kolan, kręgosłupa, problemy z pamięcią, ciągłe zmęczenie, stany podgorączkowe, do tego setki kleszczy i jakiś pojedynczy pasek na western blocie. No wypisz wymaluj borelioza, bez żadnych wątpliwości! A może jednak…?

Bóle kolan okazały się efektem nierównomiernego prowadzenia rzepki – najczęstsza przyczyna takich problemów. Wynika to z siedzącego trybu życia, co powoduje zmiany w układzie ruchu. Pewne mięśnie się przykurczają, inne są za bardzo rozciągnięte, po pewnym czasie tego szorowania rzepką poza jej naturalną drogą wnętrze kolana przypomina powierzchnię Księżyca… po odpowiedniej terapii (wzmocnienie jednych mięśni, rozciągnięcie drugich) kolana są jak nowe. Przed terapią nie byłem w stanie jeździć za długo samochodem, bo zgięte kolano bolało jakby gwóźdź wbito. Po niej bez problemu robię przysiady ze sztangą.

Podobnie bóle kręgosłupa. Miałem go skrajnie wykrzywionego, rzadko kiedy widzi się tak duże zwyrodnienie. Podobnie jak wcześniej – wystarczyła praca nad odpowiednimi mięśniami, by wszystko wróciło do normy. Wcześniej po kilku godzinach stania na przykład na koncercie ledwo byłem w stanie chodzić z bólu, wycieczka w góry była poza zasięgiem, po terapii – zero problemów w jakiejkolwiek sytuacji.

Wieczne stany podgorączkowe były wywołane grzybem w mieszkaniu. Po jego usunięciu znikły w zasadzie z dnia na dzień.

Problemy z pamięcią „wyhodowałem” sobie dietą wege bez suplementacji – brak B12, omega 3 i jodu w końcu dał o sobie znać. Po ich uzupełnieniu bez problemu jestem w stanie nauczyć się 100 nowych słówek obcego języka dziennie, każdego dnia przez miesiąc i wszystkie pamiętać, przed terapią – nie byłem w stanie nauczyć się dziesięciu.

Wieczne przemęczenie znikło, gdy uzupełniłem witaminę D3 – ten niedobór z kolei był „zasługą” pracy przy komputerze.

Zwracam uwagę na fakt, że było to kilka różnych problemów, które się nawarstwiły i z których każdy wymagał innego podejścia, innego „leczenia”. Za każdym razem jednak okazywało się ono trafione w 100%. Oczywiście zamiast szukać tych pięciu całkowicie różnych przyczyn, co było trudne i kosztowało mnie sporo wysiłku, mogłem pójść na łatwiznę i wszystkie spróbować wyjaśnić sobie bakterią – tyle, że dalej byłbym chory, może do tej pory wlewałbym w siebie antybiotyki licząc na poprawę, a kto wie, może nawet by mnie te niedobory wykończyły. A może dostałbym antybiotyki razem z witaminami D3 i B12, poczułbym jakąś poprawę i zaczął sobie wkręcać, że zabijam bakterie? I – jak niektórzy – leczył się miesiące albo i lata, bo przecież czuję się lepiej więc to dowód na to, że mam boreliozę?

Najgorsze jest to, że oni są przekonani o swojej misji ratowania życia. Według nich każdy, kto (jak ja) zamiast zacząć leczyć boreliozę, zacznie szukać innych chorób – naraża się na straszliwą śmierć, bo przecież to MUSI być borelioza, nie ma innych schorzeń! Ba, uważają nawet, że ja – pisząc o tym, że może warto sprawdzić, czy przypadkiem nie ma się innych chorób – narażam ludzi na niechybną śmierć.

Dlatego właśnie nie lubię boreliozowców.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Rozwiewamy mity – kuchenki mikrofalowe

Narobiło się tych szamanów, oj narobiło. Naprodukowali bzdur, nawmawiali ludziom, teraz trzeba to wszystko prostować. Zaczniemy od kuchenek mikrofalowych.

Są one idealnym „celem” dla oszustów. Jeśli chcesz być popularny, wmawiaj ludziom, że ich problemy zdrowotne biorą się z jakiejś prostej, łatwej do wskazania przyczyny. Oni chcą to usłyszeć. Nie pisz broń Boże o zmianie diety, o tym, że trzeba się ruszać, o złych przyzwyczajeniach. To sprawdzony sposób na zniechęcenie do siebie czytelników. Napisz, że to wina GMO. Albo braku magicznej witaminy. Oprysków z samolotów pasażerskich. Szczepionek. WIFI. Plastiku. Kuchenek mikrofalowych. I właśnie kuchenkami zajmę się w tym wpisie.

Urządzenia te podgrzewają różne przedmioty dzięki wykorzystaniu promieniowania elektromagnetycznego. W tym momencie niektórzy zaczynają uciekać – ratunku, promieniowanie! Ten właśnie strach przed dziwnymi słowami wykorzystują oszuści, by przekonać ludzi do swoich racji. I tu niespodzianka – światło to też promieniowanie elektromagnetyczne. Nasze własne ciało wytwarza cały czas promieniowanie elektromagnetyczne – czyli po prostu ciepło. Jesteśmy nim otoczeni, co więcej, wszyscy ci szamani zalecają żeby tego promieniowania jak najwięcej w siebie wchłaniać – opalając się.

Jakie zarzuty słyszy się wobec kuchenek?

  • Podgrzewanie niszczy witaminy

To prawda. Ale – jak to zwykle bywa – nie cała. Takimi półprawdami, manipulacjami można przekonać ludzi do wszystkiego. Co tutaj ukryto? Bardzo ważną informację. Każde podgrzewanie niszczy witaminy. Nie ma znaczenia, czy coś ogrzejemy w kuchence mikrofalowej, w zwykłej czy też na parze – część składników odżywczych zniknie. Bardzo często powołuje się na badanie, w którym brokuł podgrzewany w mikrofali stracił prawie wszystkie flawonoidy. I znowu jest to półprawda. Ludzie bardzo rzadko czytają źródła, które im się podrzuca, z tego konkretnego można się dowiedzieć, że gotowanie miało prawie taki sam wpływ – również zniszczyło niemal wszystkie flawonoidy. Pominięto jeszcze jedną ważną informację – w badaniu tym podczas podgrzewania w mikrofali użyto kilka razy więcej wody, niż było to wymagane. Podobne badanie, w którym zrobiono wszystko jak należy wykazało, że warzywa z kuchenki mikrofalowej będą miały dwa razy więcej flawonoidów, niż gotowane.

  • Podgrzewanie powoduje wydzielanie substancji rakotwórczych

Mamy tu do czynienia z identyczną sytuacją, jak powyżej. To prawda, ale dotyczy ona podgrzewania w ogóle. Co ciekawsze, kuchenki mikrofalowe są tu mniej niebezpieczne, niż klasyczne metody – dla przykładu, w jednym z badań wykazano, że ilość substancji rakotwórczych w kotletach wołowych, które najpierw podgrzano w mikrofali a potem dopiero usmażono była 3 do nawet 9 razy mniejsza niż w tych, które po prostu smażono. Mówi się też, że w Rosji zabroniono używać takich kuchenek – jest to po prostu wyssane z brudnego palucha.

  • Mikrofale powodują wytwarzanie dioksyn w plastikowych opakowaniach

Aby powstały dioksyny, potrzebna jest – między innymi – temperatura około 1500 stopni Celsjusza, co jest całkowicie poza zasięgiem jakiejkolwiek domowej metody podgrzewania.

  • Mikrofale powodują przejście ftalanów do żywności

To częściowo prawda. Owszem, niektóre plastiki mogą je zawierać, mogą one z nich przechodzić i podgrzewanie w plastiku jest ogólnie nie zalecane, ewentualnie można używać opakowań wolnych od ftalanów – czyli tych, które są przeznaczone do podgrzewania w takich kuchenkach.

Jest jeszcze kwestia ilości ftalanów, które mogą się znaleźć na skutek podgrzewania. W jednym z badań zmierzono ilość DBP, która przenika do pożywienia – stężenie zwiększało się w najgorszym możliwym scenariuszu (długie podgrzewanie na pełnej mocy, pojemnik używany wielokrotnie) o 7 µg/L. Zwykłe podgrzewanie zwiększało stężenie średnio o mniej niż 1,5 µg/L. „Normalne” średnie spożycie to 14 µg/dobę. Przyjmując, że jednak nie zjadamy codziennie pełnego litra pożywienia z mikrofali, nawet w najczarniejszym scenariuszu, gdy będziemy używać zanieczyszczonego plastiku, kuchenka mikrofalowa zwiększy nasze spożycie tych substancji o raptem 10%.

To chyba wszystko. Coś pominąłem? Jest jeszcze „badanie” Hertela, ale ono jest już horrendalną abominacją. Nawet nie ma jak tego krytykować, bo nigdy nie przedstawiono żadnych wyników. Z tego co zrozumiałem, gość jadł przez miesiąc jedzenie z mikrofali i stwierdził, że wykrył sobie raka we krwi, ale przestał je jeść i rak zniknął czy coś takiego.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Zespół niespokojnych nóg

Niektórzy śmieją się z tej przypadłości. Spotykałem się z opiniami „hahaha, co ta głupia medycyna wymyśla, kolejna nie istniejąca choroba żeby ludziom tabletki sprzedawać!”. Nie wiem czemu, ale zawsze przypomina mi się wtedy malutki synek nieżyjącego już kumpla – koniecznie chciał do wojska. Nie pomagało tłumaczenie, że tam jest ciężko, że trzeba sobie samemu radzić, że fala, że brud, że boli. Dopiero jak usłyszał, że nie będzie mamy żeby mu buty sznurować, przestraszył się i już nie chciał być wojskowym.

Przypuszczam, że sporo osób ma tę przypadłość i nic o tym nie wie. Ciężko wyjaśnić, jakie to uczucie – sam miewałem dość ciężkie ataki i to znam. Można to porównać… nie wiem, coś pośredniego między swędzeniem, a tym uczuciem, gdy się dusimy i chcemy zaczerpnąć powietrza. Taka nieznośność, której chcemy się pozbyć za wszelką cenę. Ale nie ma jak. W moim przypadku było to umiejscowione w łydkach, zaśnięcie podczas ataku jest fizycznie niemożliwe, nieważne jak bardzo człowiek jest zmęczony.

Od lekarza zazwyczaj nie dostaniemy dobrego leku – czasem przepisuje się psychotropy, ale to trochę jak leczenie bólu zęba zastrzykami z heroiny. Nie leczy się choroby a jedynie maskuje objawy, wywołując cały szereg skutków ubocznych i uzależnienie. Dobry lekarz przepisze terapię podaną na końcu artykułu.

Medycyna nie potrafi powiedzieć, jaki jest dokładnie mechanizm powstawania. Pytanie, które w takich wypadkach ciśnie się na usta – czy koniecznie musimy ten mechanizm poznać, żeby umieć to skutecznie leczyć? Tak naprawdę nie wiemy, jakie przemiany zachodzą na poziomie komórki, gdy człowiek umiera z pragnienia. Nie potrafimy rozpisać wszystkich zmian w poziomie hormonów, elektrolitów, całego sprzężenia zwrotnego między gruczołami dokrewnymi i tak dalej. O śmierci z pragnienia można zapewne napisać całą bibliotekę – i nie wyczerpie się w pełni odpowiedzi na pytanie „co się wtedy tak do końca dzieje”. Ale zamiast zagłębiać się w tego typu bezsensowne dociekania, można podać umierającemu szklankę wody – i go uratować.

Swego czasu stworzyłem witrynę internetową dotyczącą stwardnienia rozsianego, gdzie wyszedłem z podobną tezą – współczesna medycyna kręci się w kółko jak nie powiem co w przeręblu, rozbijając schorzenie na składniki pierwsze, szukając nie wiadomo czego, podczas gdy praktycznie wszyscy chorzy są pod wpływem czynników które z jednej strony przyspieszają rozpad pewnych struktur w mózgu, z drugiej – opóźniających ich odbudowę. Można powiedzieć, że w tej chorobie mózg dosłownie umiera z niedożywienia, a medycyna zamiast go nakarmić, podać tę przysłowiową szklankę wody, wyszukuje tysiące sposobów by wcisnąć chorym jakiś patentowany lek. Na forum (link w menu po prawej) jest wiele postów osób, które testowały na sobie opisaną na stronce metodę, w większości przypadków badania MRI wykazały, że ich mózgi się zregenerowały – zmiany wywołane chorobą po prostu znikły. Może brzmi to jak szaleństwo, ale fakt pozostaje faktem, że tak właśnie się stało i można się w każdej chwili z tymi osobami skontaktować i poprosić o wyniki MRI.

Wszystko wskazuje na to, że podobnie jest z zespołem niespokojnych nóg. Nic nie jest jednak aż tak proste, jak się wydaje. Tak jak w przypadku stwardnienia rozsianego do choroby doprowadza wiele czynników, które trzeba uwzględnić (z jakiegoś powodu składniki odżywcze nie docierają gdzie trzeba, a gdy dotrą – nie są wykorzystywane), tak samo i tutaj można odnieść wrażenie, że jest to bardzo skomplikowany proces. Na zamieszczonym niżej obrazku jest fragment – mały fragment – przemian metabolicznych, których uszkodzenie jest według mnie częścią (tak, zaledwie częścią) odpowiedzi na pytanie „skąd się bierze stwardnienie rozsiane”:

MTHFR_metabolism.svg

Wystarczy zaburzenie w jednym z tych miejsc – obecność wirusa w organizmie, który wywoła miejscową reakcję obronną wytrącającą wszystko z równowagi, brak egzotycznego składnika odżywczego o którym mało kto słyszał, niezbędnego do szybkiego przebiegu procesu, zaburzenie genetyczne lekko spowalniające produkcję jednego z tych składników, nadmiar jednego z metali ciężkich, przeładowanie diety czymś, co „zapcha” jeden ze szlaków metabolicznych, zmiana równowagi układu odpornościowego… nie wymyślam sobie teraz tego, wszystkie wymienione przeze mnie rzeczy są uznanymi przez medycynę czynnikami ryzyka rozwoju choroby. W dalszym ciągu odpowiedź na pytanie „jak to leczyć” będzie prosta, ale nie aż tak prosta jak popularne na pewnym forum „jedz mózgi cielęce, odrośnie Ci mózg”.

Ten przydługi wstęp był konieczny, by moje „nie wiem, skąd się bierze zespół niespokojnych nóg i jak go leczyć” nie zabrzmiało głupio. W wielu miejscach można znaleźć takie proste odpowiedzi – „miażdżyca to niedobór witaminy C” czy „rak bierze się z jedzenia cukru”. Chociaż „proste” to chyba złe słowo, lepiej brzmi „prostackie”. Organizm ludzki to bardzo, bardzo skomplikowany mechanizm i chociaż na poziomie komórki wszystko wydaje się banalne (np brakuje w niej żelaza), to jednak odpowiedź na pytanie „czemu to żelazo do niej nie dociera” może wymagać kilku lat studiów.

Tak, nie wiem tak do końca, skąd choroba się bierze i jak ją leczyć. Nie jestem taki mądry. Nikt nie jest. Za to potrafię wskazać kilka szczegółów, które pozwolą lepiej zrozumieć zagadnienie, a także podać terapię, która pomoże większości osób. Będzie to terapia nieporadna, trochę pewnie przypominająca wzbijanie gwoździ mikroskopem, ale – działająca.

Obecnie najmocniejsza z hipotez dotyczy przemian w które zaangażowana jest dopamina oraz żelazo. Chorzy mają o wiele niższy poziom tego pierwiastka w mózgu, nawet jeśli we krwi i w reszcie organizmu jest on bardzo wysoki – ba, można być dosłownie zatrutym żelazem i dalej mieć objawy choroby. Z jakiegoś powodu ciało chorych nie jest w stanie dostarczyć go do mózgu. Drugi znany czynnik ryzyka to stres oksydacyjny.

I teraz wypada wrócić do samego początku tego wpisu – czy dokładna znajomość mechanizmu jest tu nam do czegokolwiek potrzebna? Wiemy, że niski poziom żelaza i stres oksydacyjny powodują chorobę. Można podejrzewać, że uzupełnienie tego pierwiastka oraz wysycenie naszego ciała antyoksydantami będzie odpowiedzią na jedyne liczące się pytanie – „jak się tego cholerstwa pozbyć”. Możliwe, że to właśnie ten stres stoi na przeszkodzie w transporcie krew-mózg. Co na ten temat mówią badania?

Podanie selenu w dawce 50 i 200 mcg okazało się skutecznym lekiem – na tyle dobrym, że zaproponowano to jako alternatywę dla oficjalnych terapii psychotropami. Przy czym nie było dużej różnicy między tymi dwiema dawkami .

Suplementacja witaminą E oraz w drugim badaniu – mieszanką witaminy E i C również okazała się bardzo skuteczna. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że drugie badanie przeprowadzono na pacjentach wymagających dializ – mieli oni znacznie niższy poziom tych witamin niż średnia populacji.

Na koniec żelazo – suplementacja dość mocno obniżyła ilość ataków. Badanie dotyczyło osób, które miały niski poziom (ferrytyna poniżej 45).

Proponowałbym terapię składającą się ze wszystkich tych trzech elementów – w pierwszej kolejności powinno się zrobić badanie ferrytyny, by upewnić się, że problemem jest transport żelaza, a nie jego ogólny brak w organizmie. Poziom powinien wynosić ponad 120 ng/ml u mężczyzn i ponad 70 ng/ml u kobiet.

Potem – w zależności od wyniku – albo bierzemy same antyoksydanty, albo razem z suplementami żelaza. Proponowałbym dawki jakie stosowano w badaniach – 50 mcg selenu, 400 IU witaminy E (o niej niżej), dodatkowo – to już mój pomysł – 500 mcg n-acetyl-cysteiny. Jeśli chodzi o samo żelazo, odsyłam do wpisu poświęconego suplementacji, dla leniwych – około 2×30 mg jonów, unikając kawy, herbaty, nabiału i suplementów wapnia godzinę przed i po. Niektórzy ludzie zarzekają się, że pomogła im arginina – i faktycznie, poziom tlenków azotu u chorych jest niższy. Z drugiej strony jest to oparte na „kolega koledze powiedział”.

Słówko o witaminie E – jedyna forma, którą wziąłbym do ust to miks tokoferoli. I tu jest mała pułapka – producenci zazwyczaj nie podają składu, piszą tylko „mixed tocopherols” i rzucają tajemniczym „proprietary blend”. Unikałbym takich produktów. Nie wiadomo, czy w kapsułce jest 10 mg gamma tokoferolu, czy 0,00001 mg. Obydwie wartości podpadają pod „domieszkę”.

Na koniec coś dla osób, które oczekują bardzo szybkich rezultatów – bardzo dużą rolę w chorobie odgrywa dopamina. Suplementacja tyrozyną może „zmusić” organizm do jej produkcji. Być może – ale tylko być może – pozwoli to na szybkie zamaskowanie objawów, bez ryzyka skutków ubocznych. Obecnie próbuje się przeprowadzić próbę kliniczną, mającą wykazać skuteczność takiej terapii.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Witamina K2 – forma MK7 vs forma MK4

Ostatnio zrobiło się o niej trochę głośno, za sprawą pewnej książki. Zalecono tam jednak formę MK7, odradzając zakup MK4. Przedstawię po prostu wybrane badania dotyczące zarówno jednej, jak i drugiej.

Osteoporoza i wzmocnienie kości

MK7:

W niedawno opublikowanym badaniu MK7 brana przez 3 lata w dawce 180 mcg / dobę zapobiegła osteoporozie kręgosłupa u kobiet po menopauzie, ale nie wpłynęła na stan innych kości.

W innym z kolei forma MK7 nie miała żadnego wpływu na stan kości kobiet po menopauzie, brana w dawce 360 mcg przez rok. Potwierdziło to kolejne badanie, gdzie również zastosowano dawkę 360 mcg przez rok. W obydwu uzyskano pewne pozytywne efekty, takie jak zmiana stężenia we krwi niektórych metabolitów, ale stan samych kości nie poprawił się.

MK4:

Podawana w bardzo dużej dawce 45 mg razem z witaminą D2, zmniejszyła siedmiokrotnie (!) ilość złamań w stosunku do placebo, bardzo mocno zwiększając gęstość kości.

Wystarczyła dawka 1,5 mg dziennie, aby forma MK4 zatrzymała utratę gęstości kości u kobiet w podeszłym wieku.

45 mg dziennie znacznie zwiększyło wytrzymałość kości.

Jak widać, forma MK4 zdaje się mieć znacznie silniejsze działanie – MK7 zazwyczaj w ogóle nie działała, a jeśli już – to w niewielkim stopniu.

Jak się okazuje, forma K1 również zwiększała gęstość kości.

6212800213_8c354c5876_b

Jedno z najbogatszych źródeł formy K1

Układ krążenia

MK7:

Trzy lata dawek 180 mcg dziennie zmniejszyło lekko sztywność tętnic, ale głównie u kobiet mających bardzo duże zmiany patologiczne.

Jest jeszcze jakieś jedno na szczurach które w ogóle nie ma znaczenia, ponieważ organizm szczura zupełnie inaczej metabolizuje witaminy K. Dla przykładu (nie jestem na 100% pewien tej informacji, niestety) forma MK7 znika z krwi szczura już po pół godzinie, podczas gdy w ludzkiej krąży przez kilka dni. Niemniej to badanie zostało nagłośnione i wykorzystane do zwiększenia sprzedaży MK7.

MK4:

Rok suplementacji dawką 45 mg dziennie nie przyniósł efektu w aspekcie zapobiegania zwapnieniom, aczkolwiek u niektórych pacjentów nastąpiła poprawa innych parametrów. Generalnie efekt bardzo zbliżony do tego jaki uzyskano dla MK7.

Na koniec niespodzianka: zwykła witamina K, ta najzwyklejsza kosztująca grosze w próbie klinicznej zapobiegła powstawaniu zwapnień w układzie krążenia.

Podsumowując – wygląda na to, że witamina K2 jest burzą w szklance wody. Zarówno MK4, MK7 jak i zwykła K1 mają jakiś wpływ na ryzyko chorób, ale jest on niewielki. Bardzo dobre rezultaty wyszły z badań epidemiologicznych, gdzie sprawdzano ile kto spożywa tych witamin w diecie, ale tego typu analizy mają bardzo niewielką wartość, gdyż siłą rzeczy osoby jedzące produkty bogate w K2 odżywiały się ogólnie inaczej niż te, które tego nie robiły.

Nowotwory

MK7:

Zero danych

MK4:

Najmocniejszy efekt zaobserwowano dla nowotworu wątroby. Osoby chore na wirusowe zapalenie tego narządu mają bardzo wysokie ryzyko rozwoju raka, rzędu kilkudziesięciu procent. Suplementacja w jednej i w drugiej próbie klinicznej zmniejszyła to ryzyko kilkukrotnie. Żeby nie było za różowo – suplementacja nie zapobiegła nawrotom choroby po jej wyleczeniu.

Jest wiele badań, które sugerują, że K2 może mieć wyraźny efekt nie tylko zapobiegający, ale nawet leczący nowotwory, jednak są to tylko sugestie – już tysiące rzeczy w probówce „leczyło” raka.

Znowu niespodzianka – zwykła witamina K1 zapobiegała nowotworom, w jednej z prób klinicznych redukując ich ryzyko kilkukrotnie – ale trzeba uczciwie powiedzieć, że ilość pacjentek była tam zbyt mała, to mógł być przypadek.

Podsumowanie

O K2 jest bardzo głośno, ale na razie pozostałbym ostrożny. Bardzo niewiele badań wskazuje na skuteczność formy MK7, a tak dokładniej mówiąc to tylko dwa. Jest bardzo wiele prób klinicznych, w których forma MK4 wykazała dość silne działanie. Jeśli jednak porównamy ją nie do placebo, tylko do witaminy K1, tej najzwyklejszej – różnica przestaje być taka duża.

Forma MK7 została rozreklamowana na podstawie jednego jedynego badania na szczurach i zwichniętej logiki „skoro zostaje dłużej we krwi, to jest lepsza!” (przy czym zignorowano fakt, że u szczurów NIE zostaje ona dłużej we krwi). A może zostaje w niej, bo nasze komórki nie są w stanie jej przyswoić? Jednak to za formą MK4 stoją próby kliniczne na ludziach. Prawdę mówiąc, z badań wynika, że zwykła K1 ma silniejsze działanie niż MK7.

Jeśli miałbym wybierać, kupiłbym suplement zawierający przede wszystkim MK4, w dalszej kolejności K1, dopiero na koniec MK7. Jeśli dobrze się poszuka, są w sprzedaży produkty zawierające wszystkie trzy formy – nie chciałbym tu jednak reklamować konkretnego miejsca sprzedaży czy producenta. Nie liczyłbym jednak na jakieś szczególnie duże efekty suplementacji. Bardzo duże nadzieje można pokładać w jej roli w zapobieganiu nowotworom, ale tu badania są w powijakach i nie wiadomo jeszcze, co się z nich wykluje.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Dlaczego ludzie wierzą szarlatanom.

Sporo o tym myślałem. Dlaczego tacy ludzie jak dr Ornish, który udowodnił badaniami, że za pomocą metod naturalnych można niemal całkowicie zapobiegać zawałom i przynajmniej jednemu z nowotworów (ale za to takiemu, który zabija co trzydziestego mężczyznę w tym kraju) są praktycznie nieznani, nikt kompletnie nie interesuje się ich zaleceniami, nie stosuje tego w praktyce, zaś niejaki Atkins, który nie miał za sobą żadnych badań, co więcej, w dziesiątkach prób klinicznych udowodniono że jego wynalazki po prostu szkodzą – jest wielbiony przez tłumy, ma (no… miał, zanim nie zabiła go choroba układu krążenia) sławę i pieniądze? Dlaczego na naszym polskim gruncie tacy ludzie jak pani Desmond, mająca gigantyczną wiedzę i naprawdę duże osiągnięcia mają praktycznie zerową popularność, a przez tłumy wielbiony jest Zięba, który często wygaduje kompletne bzdury?

Doszedłem do wniosku, że ludzie po prostu chcą być okłamywani. Chcą słyszeć określone rzeczy. To jak z polityką, wygrywa ta partia, która najwięcej naobiecuje, a nie ta, która da najlepszy program.

Przyznam, że trochę mnie to boli. Gdy widzę tych wszystkich ludzi, którzy ciężko pracują, by przekonać innych do dbania o własne zdrowie, niemal bez efektu, a potem przychodzi szarlatan i tłum szaleje – to dość smutne. Ale chyba przypomina to trochę narzekanie muzyka klasycznego, że na jego koncert przyszło 12 osób, a na miejscowy zespół disco polo wszystkie bilety wykupiono 2 godziny po otwarciu kas.

Po cóż więc piszę taki post? Chyba jako ostrzeżenie dla tych, którzy mają trochę rozsądku. Może jak pokażę mechanizm, ludzie będą mogli się ustrzec?

Pamiętam swego czasu popełniłem artykuł o autyzmie – rzeczowo i z poparciem badaniami wyjaśniłem tam, skąd wzięło się tyle zachorowań. To była brzydka prawda, brudna i niewygodna – ale prawda. Zostałem za to znienawidzony przez niektórych. Nie ma w sumie co się dziwić – jaka matka spokojnie przyjmie do wiadomości, że choroba dziecka wynika nie z powodu „spisku producentów szczepionek”, ale z jej własnego odżywiania w czasie ciąży? Problem w tym, że to nie kończy się na oburzeniu wyrażanym na forum – te matki nie zmienią diety, nie zastosują suplementów, następne dziecko też może mieć potem problemy. Będą przekonywać inne kobiety do tego, by nie szczepiły swoich pociech – efekt będzie taki, że w końcu wrócą epidemie i będziemy mieć zarówno autyzm, jak i dzieciaki na wózkach inwalidzkich. A co najgorsze, właśnie ta grupa matek – najgłośniejsza – najmocniej blokuje informacje, które faktycznie mogą przyszłe dzieci uratować.

W tym wypadku zadziałał mechanizm, o którym piszę – te kobiety chciały, by ktoś im powiedział „to ktoś inny jest winien!”. I znalazł się ktoś, kto tak mówi. Znalazła się też grupa cwaniaków, którzy tym kobietom sprzedają terapie na „wypłukanie rtęci po szczepionkach”. Wszyscy są zadowoleni. Tylko dzieciaków szkoda.

Ludzie uwielbiają się obżerać. Mamy to głęboko w genach – „jedz póki można, bo potem antylopy odbiegną i nie będziesz mógł już polować”. Tyle tylko, że teraz już nie ma ryzyka głodu. Niestety, geny o tym nie wiedzą i ciągle wysyłają rozkaz „jedz, jedz, jedz, jak najwięcej tłuszczu, jak najwięcej soli”. To zadziwiające, jak bardzo ludzie są w stanie samych siebie oszukiwać, byle tylko wmówić sobie, że obżeranie się jest zdrowe. Pamiętam na jednym z for dyskusyjnych całkiem na poważnie przedstawiano mi argument, że gdzieś w Biblii była wzmianka o ludziach, którzy jedli tylko mięso i żyli 300 lat. Podawano też przykład gościa, który pisał książki przygodowe i opisał w nich jakieś plemię, które jadło mięso i było przez to super ekstra wyczepiste. Co tam opinia wszystkich lekarzy i naukowców, co tam tysiące badań – mamy wzmiankę w Biblii i książkę przygodową!

O tych obłędnych dietach – tych wszystkich low-carb, keto i całej reszcie napiszę w końcu oddzielny artykuł punktujący błędy w interpretacji badań jakie robią promotorzy tych diet cud (cud, jeśli przeżyjesz), bo warto go napisać, tu wrzucę jedynie badanie, które jest jednym z ciekawszych przypadków w historii medycyny. Grupa pacjentów z zapchanymi tętnicami dostała zalecenie, by zmienić dietę na niskotłuszczową wegetariańską z odpowiednimi suplementami. Zmierzono im przepływ przez tętnice wieńcowe, rozpisano co i jak mają robić, odesłano do domu i czekano, by za rok zrobić kolejne badanie. Wtedy jednak pojawił się guru Atkins, przekonujący ludzi do swojej super hiper diety – „wszyscy ci naukowcy kłamią, masz jeść tłusto a miażdżyca się cofnie”. I miliony uwierzyły. W tym również część osób będących w tej próbie klinicznej. Chyba wypada wrzucić obrazek:

87i_bloodflow

To czerwone to przepływ. W skrócie – po roku niskotłuszczowego, wysokowęglowodanowego wegetarianizmu przepływ krwi zwiększył się o około 40%, po roku diety niskowęglowodanowej – zmniejszył o około 40%.

Jaką szansę mają tacy ludzie jak Desmond czy Ornish, którzy co prawda mają na poparcie swoich słów setki badań, ale mówią „sorki, to smaczne jedzenie nie jest zdrowe”? Tłum pójdzie za szarlatanami, którzy opowiadają smaczne kłamstwa.

Dostanie się też Ziębie. Doskonale wplata się on w ten nurt. Kto by tam słuchał tych nudziarzy, którzy gadają o tych beznadziejnych, niesmacznych dietach, o ruchu, o rzuceniu palenia. Mamy tutaj gościa, który mówi „spoko, jedźcie co chcecie, tutaj jest taka cudowna witamina C, możecie nawet kupić na mojej stronie, to wystarczy, by uchronić przed miażdżycą!”.

Już to wyjaśniałem we wpisie poświęconym „Ukrytym terapiom”, tu jedynie przypomnę co jest w tym nie tak – Zięba podał jako „dowody na skuteczność witaminy C” badania, w których ludzie którzy jedli więcej warzyw i owoców (a więc i mniej mięsa) rzadziej umierali na zawał, dodatkowo zarzucając czytelnika mądrze brzmiącymi linkami, które po sprawdzeniu okazywały się czymś w rodzaju „pan x powiedział, że uważa witaminę C za bardzo fajną rzecz”, „pan y twierdzi, że ona leczy wszystkie choroby”. To, że z tych tysięcy substancji które są w warzywach i owocach akurat witamina C jest odpowiedzialna za poprawę stanu zdrowia – to już jego własna fantazja. Co więcej, witamina ta była badana pod tym kątem, ludzie którzy brali suplementy umierali na zawał dokładnie tak samo często jak ci, co nie brali, co więcej, w pewnej próbie klinicznej suplementacja nią podwajała ryzyko wylewu.

W jednym z badań mężczyźni w wieku ponad 50 lat otrzymywali przez 8 lat suplementy albo placebo – w sumie były 4 grupy: podwójne placebo, witamina C plus witamina E, oraz czysta C z placebo E oraz czysta E z placebo C. Badano naprawdę dużą grupę osób, bo aż 14,641 mężczyzn. Po ośmiu latach okazało się, że witaminy te nie miały praktycznie żadnego wpływu, nie licząc niemal podwojenia ryzyka wylewu przy witaminie E.

To samo dotyczy niemal wszystkich rewelacji „naczelnego szamana” – cudowne pastylki, które mają zapewnić długie i zdrowe życie, a które po przyjrzeniu się „dowodom” na ich działanie okazują się totalną ściemą. Ale ściemą fajną. Przyjemną. Ludzie to lubią. Wolą uwierzyć w kapsułki, niż w konieczność zmiany sposobu odżywiania czy trybu życia.

Na koniec – nowotwory. Poświęciłem im całą dużą stronę internetową, gdzie opisałem, jakie terapie naturalne mają sens. Są takie, które przynajmniej przedłużają życie, a nawet dają szansę na całkowite wyleczenie. Niestety, są one zazwyczaj trudne, jak na przykład dieta, albo dają jedynie niewielką poprawę, jak zioła. Niemniej są to metody sprawdzone, potwierdzone próbami klinicznymi. Ludzie je ignorują. Co zaś cieszy się nie słabnącą popularnością? Amigdalina, jedyna chyba substancja z grupy „alternatywnych”, która została solidnie przebadana – i okazało się, że ma dosłownie zerowy wpływ na przebieg choroby.

Nowotwory to naprawdę paskudne choroby, z reguły nie ma wiele czasu i nie ma miejsca na błędy. Dieta dra Ornisha zatrzymała rozwój raka prostaty u każdego z badanych pacjentów, wyniki badania sugerują, że podobnie pozytywny (ale zapewne nie aż tak dramatyczny) wpływ będzie miała na inne rodzaje. Ale nie słyszy się o tym. Zamiast tego popularność zdobywają szarlatani, wmawiający ludziom, że starczy jeść pestki moreli.

Mam nadzieję, że ten wpis nie zostanie odebrany jako „hejt” (to jedna z reakcji obronnych na niewygodną prawdę – zaatakować osobę ją wygłaszającą, na przykład nazywając hejterem). Miał on pokazać, że jeśli coś jest zbyt ładne, by było prawdziwe – najprawdopodobniej jest zwykłym oszustwem. Nie ma cudownych witamin chroniących przed chorobami, nie ma cud-diet opartych na smacznym jedzeniu, nie ma spisku szczepionkowego. Jak następnym razem usłyszycie o jakimś suplemencie „na wszystko”, o jakimś mechanizmie (np toksynie czy bakterii) odpowiadającym za wszelkie choroby świata – przypomnijcie sobie ten wpis.

Opublikowano Bez kategorii | 7 komentarzy

Uzupełnianie żelaza

Na początek – przepraszam, że tak rzadko piszę. Niestety, trzeba pracować, trzeba się uczyć (każdego dnia staram się zwiększać swoją wiedzę w tematach okołomedycznych), trzeba wreszcie mieć czas na przyjemności. Wpis na blogu to często gęsto parę godzin, z których pieniędzy nie będzie – musiałbym zacząć wciskać ludziom jakąś przyjemną dla nich ciemnotę, w rodzaju „ta jedna witamina zapewni wam długie życie”, „autyzm u dzieci bierze się ze szczepień, a nie ze złej diety w czasie ciąży” albo „lekarze kłamią, smaczne jedzenie jest tak naprawdę zdrowe”, wtedy miałbym tłumy wielbicieli i kasy. Jak to się mówi, jak ktoś ma miękkie serce, lepiej żeby miał twardą… a nieważne.

Niedobór żelaza to jedna z najczęstszych przypadłości, niestety – bardzo często przy jej diagnozowaniu i leczeniu popełnia się karygodne błędy. Ciężko powiedzieć, czy winę ponoszą tu lekarze, czy system który mocno utrudnia im objęcie pacjenta odpowiednią opieką, fakt pozostaje faktem, że o żelazo warto zadbać samodzielnie.

Na początek – odrobina teorii. Ludzkie ciało powinno zawierać do 5 gramów żelaza, z czego około połowy jest wbudowana w komórki krwi i przenosi tlen. Odrobina jest wykorzystywana w innych miejscach, zaś około 2 gramy to rezerwa. Oznacza to, że gdybyśmy stracili całą krew, nasze ciało nie ma odpowiedniej ilości tego pierwiastka, by ją odbudować. Mężczyźni praktycznie w ogóle nie tracą zapasów, kobiety – głównie podczas miesiączki, zaś w ciąży przekazują swoje rezerwy dziecku.

8015837744_4dab71a81e_b

Naprawdę nie wiedziałem, jaki obrazek wstawić, niech więc będzie Ironman…

W pożywieniu mamy dwie główne formy żelaza – tzw hemowe i niehemowe. Mówi się, że hemowe przyswaja się lepiej, ale jest w tym pewien haczyk – jeśli jest go w organizmie za dużo (u mężczyzn to dość częsta sytuacja), następuje zmniejszenie przyswajania, jednak nasze ciało nie bardzo potrafi zatrzymać przyswajanie hemowego.

Trzeba też odróżnić terminy „niedokrwistość” (czyli anemia) i „niedobór żelaza”. Niedokrwistość to – bardzo ogólnie pisząc – niski poziom czerwonych krwinek, czyli krew nie jest w stanie przenosić tlenu. Brak żelaza z kolei to po prostu brak tego pierwiastka. Taki niedobór za każdym razem doprowadzi w końcu do anemii, ale nie każda anemia jest jego wynikiem – można mieć anemię i dosłownie umierać z powodu zatrucia jego nadmiarem.

Anemia z niedoboru żelaza ma trzy fazy. W pierwszej – wyniki krwi są idealne, czujemy się dobrze, ale ferrytyna jest niska. Wszystko świetnie w organizmie działa, ale zapasy są na wykończeniu. Druga faza to w dalszym ciągu świetne wyniki krwi, ferrytyna jednak jest niska, a my nie czujemy się najlepiej – znikło żelazo ze szpiku, zmniejszył się poziom w mięśniach, nie ma zapasów i nie wystarcza go na przebieg wszystkich procesów, ale jeszcze wystarczy na produkcję krwinek. Dopiero w trzeciej, ostatniej fazie widać zmianę w wynikach krwi.

Niezwykle rzadką sytuacją jest, że żelaza brakuje w diecie. Dlatego wszelkie rady „jedz więcej tego i tego, bo to zawiera ten pierwiastek” są po prostu głupie. Co gorsza, często słyszy się je od lekarzy… Jeśli doszło do niedoboru, należy znaleźć jego przyczynę, którą prawie zawsze jest albo zbyt obfite krwawienie, albo spożywanie produktów blokujących przyswajanie.

Jeśli podejrzewamy niedobór, albo nawet mamy zaleconą przez lekarza suplementację na podstawie podstawowych badań, warto samemu się temu przyjrzeć i wydać kilka zł na dodatkowe testy.

Wspomniałem na początku, że wielu lekarzy nie prowadzi leczenia tej przypadłości prawidłowo. Gdzie robią błąd? Oszczędzają na badaniu. Zlecają tani (około 5 zł) pomiar żelaza we krwi, zamiast droższego (około 30 zł) pomiaru ferrytyny. Można umierać z nadmiaru tego pierwiastka i mieć poziom we krwi mocno poniżej normy, można mieć skrajny niedobór i wyniki ponad normę. To właśnie ferrytyna jest tym „zapasem” o którym pisałem wcześniej. Przy okazji ciekawostka – kobiety powinny mieć poziom ferrytyny powyżej 50 ug/ml, a przed zajściem w ciążę jeszcze wyższy. Dopiero taki wynik zapewnia dobre samopoczucie i pełnię zdrowia.

Czyli – na początek badamy ferrytynę, jeśli wcześniej tego nie zlecił lekarz, najlepiej razem z CRP (stan zapalny potrafi zafałszować wynik, przy czym zafałszowany może być nawet przez miesiąc po przejściu choroby z gorączką). Jeśli wynik jest bardzo niski, na pewno mamy niedobór, nawet jeśli samo żelazo jest w wynikach mocno ponad normę. Jeśli jest wysoki – na pewno niedoboru nie ma, chociażby i stu lekarzy wmawiało wam, że go macie, „bo przecież hemoglobina niska”.

Potem przyglądamy się morfologii. Jest tam pełno tajemniczych znaczków i cyferek, ale tak naprawdę można skupić się tylko na dwóch wartościach. Pierwsza z nich to „Hct” lub „hematokryt”, druga – „MCV”. Hct to – w bardzo dużym uproszczeniu – wskaźnik tego, ile tej krwi mamy. Jeśli jest niski, mamy do czynienia z anemią. I tu warto cofnąć się do tego, co pisałem wcześniej – zapasy żelaza (czyli ferrytyna) nie wystarczą do tego, by odnowić całość naszej krwi. Jeśli Hct jest w połowie normy, to nawet jeśli mamy zapasy w organizmie (czyli wysoką ferrytynę), nie wystarczy ich do tego, by krew od nowa wyprodukować. Anemia wynika wtedy z czegoś innego co trzeba zdiagnozować i wyleczyć, ale żelazo tak czy tak trzeba będzie potem uzupełnić. Podkreślam  – potem.bo nie ono jest w tym wypadku przyczyną.

Drugi wskaźnik, MCV to wielkość krwinek. Znowu w bardzo dużym uproszczeniu – jeśli brakuje nam żelaza, wynik będzie poniżej normy (krwinki robią się malutkie). Rozpiszę może w punktach możliwości, przy czym „niski ” oznacza tu wynik mocno poniżej normy:

Niska ferrytyna, niski Hct, niskie MCV – anemia z niedoboru żelaza

Wysoka ferrytyna, niski Hct, niskie MCV – anemia wynikająca z innych przyczyn, np przewlekłej infekcji

Niska ferrytyna, niski Hct, MCV powyżej normy – niedobór żelaza połączony z inną przyczyną, np niedobór B12 – wtedy należy suplementować obydwie rzeczy jednocześnie

Wysoka ferrytyna, niski Hct, MCV powyżej normy – anemia wynikająca na przykład (ale nie tylko) z niedoboru witaminy B12

Oczywiście kombinacji może być dużo więcej, w grę wchodzą też inne wskaźniki, ale to już jest zadanie dla lekarza, który oceni je wszystkie jednocześnie widząc na oczy pacjenta i znając historię jego chorób.

Żelazo powinno się uzupełniać wyłącznie wtedy, gdy poziom ferrytyny jest niski, w każdym innym należy zdiagnozować i wyleczyć przyczynę, dla której organizm nie potrafi z niego wytworzyć krwi – czasem jest to niedobór czegoś innego, czasami jakaś choroba, na przykład szpiku czy wątroby.

To naprawdę bardzo ważne, gdyż wśród przyczyn anemii są też nowotwory i przewlekłe infekcje – w tym pierwszym wypadku choroba „zjada” żelazo, suplementacja ją dosłownie nakarmi i przyspieszy jej rozwój, w drugim – organizm „chowa” je przed bakteriami, głodząc je, tabletki mogą bardzo mocno pogorszyć stan zdrowia a w niektórych przypadkach wręcz doprowadzić do sepsy.

Drugi błąd (jeśli można to tak nazwać – w większości przypadków leczenie oparte na tych podstawowych badaniach będzie skuteczne a diagnoza będzie prawidłowa, po prostu wydanie dodatkowych paru zł sprawi, że będzie o wiele bezpieczniej dla pacjenta) to brak próby ustalenia przyczyny niedoboru. Zazwyczaj jest to błąd dietetyczny lub (u kobiet) krwawienie miesięczne, ale nie zawsze. Warto wykonać ze dwa razy badanie na krew utajoną w kale – czasami przyczyną są krwawienia wewnętrzne, wynikające z jakiejś choroby wrzodowej czy nawet nowotworowej. Wczesne wykrycie pozwala najczęściej na pełne wyleczenie.

Jest też sporo chorób, w których wyniki lecą na łeb na szyję – schorzenia nerek (miałem na forum kobietę, której nerki prawie już przestały pracować, a lekarze dalej uparcie próbowali leczyć ją z anemii i z „arytmii”, bo żaden z kilkunastu ekspertów przez parę lat nie wpadł na to, żeby zrobić badanie ogólne moczu za 5 zł, dopiero w internecie od kogoś, kto nie widzi jej na oczy i nawet nie jest lekarzem dostała radę, która być może uratowała jej życie), wątroby, zaburzenia hormonalne, niedoczynność i nadczynność tarczycy, a nawet zwykła anoreksja. Tylko lekarz może tu właściwie ocenić problem i postawić dobrą diagnozę – narzekam czasem na lekarzy w tym kraju, ale głównie dlatego, że mamy system w praktyce uniemożliwiający odsunięcie od zawodu „rzeźników”, którzy robią wstyd wszystkim porządnym. Młodzi zdolni lekarze też narzekają na obecną sytuację – liczą się układy i znajomości, a nie umiejętności. Co gorsza NFZ ustala tak śmieszne limity, że nawet jeśli ktoś chce, nie może pacjentom pomóc.

Jak pisałem, niezwykle ciężko jest nie dostarczyć odpowiedniej ilości tego pierwiastka w pożywieniu – ale akapit wyżej wspomniałem o błędzie dietetycznym. Jest to spożywanie produktów blokujących przyswajanie razem z pokarmami, które są w żelazo bogate. Należą do nich kawa, herbata i produkty bogate w wapń, zaś w mniejszym stopniu – wszelkiego rodzaju inhibit0ry, takie jak te występujące np w soi czy w płatkach owsianych. Ich rola jest jednak na tyle znikoma, że można je pominąć – największy problem to kawa i herbata. Nie powinno się ich pić przynajmniej 2 godziny przed i po posiłku, który ma dostarczyć ten pierwiastek, a także – co oczywiste – przed i po tabletkach które go zawierają. Powinno się też unikać wtedy nabiału.

Jeśli mamy niedobór, TYLKO tabletki będą w stanie pomóc. Tu trzeba sięgnąć po matematykę. Jak wspomniałem, w organizmie znajduje się około 5 gramów żelaza. Jeśli ktoś ma anemię widoczną w morfologii, prawdopodobnie brakuje mu przynajmniej 3 gramów, 3000 mg (2 gramy zapasów, 1 gram który powinien być we krwi).

Czasami na forum przychodzą do mnie ludzie, którzy piszą „żelazem nie muszę się martwić, piję herbatę z pokrzywy”. Taka herbata zawiera niecałe 2 mg żelaza w kubku, z czego przyswoi się połowa, 1 mg. Jak widać uzupełnianie niedoboru tym cudownym sposobem zajęłoby – tak, to nie pomyłka – 3000 dni. Ponad 8 lat. Nie wiem, kto i po co poleca ludziom takie „terapie”. Podobnie wszelkiego rodzaju rady typu „jedz dużo wątróbki” – aby dostarczyć odpowiedniej ilości żelaza, czyli 50 mg, trzeba jej zjeść ponad pół kilograma – codziennie, przez kilka miesięcy. Oznacza to codzienne przyjmowanie 1200% zapotrzebowania witaminy A, co dość szybko doprowadzi do problemów zdrowotnych, nie mówiąc już o takich rzeczach jak cena takiego obłędu i fakt, że w wątrobie znajdują się wszystkie toksyny które zwierzę zbierało przez całe swoje życie. To samo dotyczy produktów typu natka pietruszki czy co tam ostatnio internet wymyślił jako nowe cudowne lekarstwo.

Ważne jest, by przyjmować jednocześnie wszystkie witaminy i mikroelementy, które będą niezbędne do wykorzystania żelaza przez organizm. Dobrze sprawdzi się tutaj jakaś multiwitamina dla sportowców – ważne, by zawierała jednocześnie miedź oraz cynk.

Żadne „zioła krwiotwórcze” czy żywność reklamowana pod tym hasłem nie mają tu racji bytu – problemem jest fizyczny brak pewnej substancji w organizmie i trzeba ją dostarczyć. Owszem, takie na przykład buraki są wskazane, ale głównie dlatego, że zawierają metylowaną wersję kwasu foliowego oraz nitraty, co zwiększy wykorzystanie żelaza. Same z siebie nic nie uzupełnią.

W przypadku źle leczonych zaburzeń tarczycy (częste w Polsce, niestety) może się zdarzyć, że terapia nie przyniesie efektu – organizm nie jest w stanie wykorzystać suplementu. Rozwiązaniem jest wtedy zastosowanie właściwej dawki hormonu.

Na koniec zagadka, na którą nie znam odpowiedzi – jakie dawki stosować? Lekarze często ładują „do oporu”, tymczasem coraz częściej podnoszą się głosy, że to poważny błąd. Na przykład w tym badaniu 15 mg dziennie było dokładnie tak samo skuteczne, jak 50 mg. Jedyna zauważalna różnica to znacznie większa ilość skutków ubocznych w tej drugiej grupie. Wygląda na to, że przynajmniej u pacjentów w podeszłym wieku organizm jest w stanie przyswoić tylko określoną ilość, a reszta jedynie szkodzi. Osobiście nie przekraczałbym 50 mg jonów (warto dokładnie przeczytać, ile faktycznie żelaza zawierają nasze tabletki – na przykład 200 mg glukonianu żelaza zawiera 23 mg samego pierwiastka), dzieląc je w miarę możliwości na 2-3 porcje w ciągu dnia, najlepiej popijane sokiem pomarańczowym.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Zioła w przewlekłych infekcjach bakteryjnych.

(Uwaga – wpis będzie długą rozpiską teoretyczną, z której raczej niewiele wyniknie rzeczy mających zastosowanie w praktyce)

Jest cała grupa chorób zakaźnych, które przebiegają powoli, stopniowo niszcząc zdrowie, czasem przez całe dziesięciolecia. Wirusy wywołują zapalenia wątroby, pasożyty chorobę Chagasa, zaś bakterie – kiłę, trąd, gruźlicę czy boreliozę. Właśnie z powodu tej ostatniej wpis może wzbudzać zainteresowanie – mnóstwo osób jest przekonanych, że na nią chorują. Dlatego tez muszę dodać kilka słów wstępu.

Kiedyś oszuści żyli z wmawiania ludziom chlamydiozy. Na forach i portalach regularnie widziało się wpisy, gdzie „specjaliści” wmawiali tę chorobę każdemu, kto podał jakiekolwiek objawy. Diagnoza polegała na specjalnych testach, bo te oficjalne to przecież nie działają, leczenie miało trwać całymi latami, były to bardzo duże dawki antybiotyków, oczywiście poprawa mogła w ogóle nie nastąpić. W końcu jednak do nawet najbardziej opornych na wiedzę jednostek dotarło, że coś tu jest nie tak – przecież na własne oczy widzieli, jak kogoś antybiotyki wyciągnęły z ciężkiej infekcji chlamydiami w tydzień. Drugiego, trzeciego… każdego, kto miał ją potwierdzoną oficjalnym, akceptowanym przez lekarzy testem. A ci z nieoficjalnym po kilku latach dalej bez poprawy.

Drugim etapem była „kandydoza” – scenariusz był niemal identyczny, trzeba robić specjalne testy, bo te oficjalne to nie wykryją, nie ma mowy. Leczyć się trzeba całymi latami, a lista możliwych objawów zajmowała kilka stron A4 drobnym drukiem. I jak za poprzednim razem, w końcu do ludzi zaczęło docierać, że przecież każdy przypadek kandydozy, który jest potwierdzony oficjalnym testem, da się wyleczyć w parę tygodni, tylko ta ich potwierdzana testami nietypowymi nie daje się wyleczyć przez całe lata.

Obecnie jest moda na boreliozę, znowu lista objawów jest niemal nieskończona, znowu trzeba robić testy specjalistyczne, znowu leczenie trwa kilka lat i wymaga sprzedaży samochodu albo i domu, znowu ludzie, u których chorobę potwierdzono zwykłym, oficjalnym testem po paru tygodniach są zdrowi,  a tylko ci z pozytywami uzyskanymi w super-hiper-mega testach z internetu nie reagują na leki. No co za przypadek…

Zastanawiam się, co będzie następne – obecnie jesteśmy na etapie „koinfekcji”, czyli „tak naprawdę to musimy wyleczyć inną chorobę, ale to wcale nie znaczy, że wydałeś kilkadziesiąt tysięcy na leczenie niewłaściwej, po prostu weź jeszcze jeden kredyt”. Ale to chyba długo nie potrwa, trzeba znaleźć kolejne schorzenie. Może pora na jakiegoś przewlekłego super – wirusa? O, świetny pomysł – tu można naciągnąć cierpiących ludzi na naprawdę grubą kasę, specjalistyczne leki antywirusowe kosztują majątek.

OK, OK, wiem, miało być o leczeniu ziołami infekcji.

4615709577_72f0d2afd3_z

Miniaturowy koncern farmaceutyczny

Na początek warto zadać sobie pytanie – czy zioła (i inne substancje, nazwijmy to, naturalne) mogą mieć skuteczność porównywalną z antybiotykami? Wydawać by się mogło, że gdyby tak było, medycyna (nawet ta jaskiniowa) już dawno by je stosowała. W końcu choroby takie jak trąd, gruźlica czy – z tych szybciej zabijających – dżuma i gangrena od zawsze dziesiątkowały ludzkość. Ktoś chyba wpadłby na to, żeby zjeść roślinę, lub przyrządzić z niej wywar?

Obawiam się, że nie jest to takie proste. Wśród ludzi od zawsze dominowało – i dalej niestety dominuje – dążenie do wejścia w pewien porządek społeczny. Nasze poglądy muszą zgadzać się z poglądami grupy, z którą się identyfikujemy, nawet za cenę naszego życia. Jeśli choroba jest wywołana grzechem, to trzeba iść do spowiedzi i się modlić, a nie zajmować jakimiś ziołami. Jeśli jest wywołana zaburzeniem jin i yang, to trzeba to regulować, a nie prowadzić badania nad skutecznością różnych mieszanek. Każda cywilizacja, która się rozwinęła, była ściśle osadzona w jakiejś religii. W każdej z nich leczenie było podporządkowane w pierwszym rzędzie spełnianiu tych norm religijnych, potem dopiero skuteczności.

Oświecenie przyniosło tylko częściową poprawę. Złe duchy i grzechy zamieniono na morowe powietrze i fluidy. Przez wiele, wiele lat po odkryciu istnienia mikroorganizmów i udowodnienia ich związku z chorobami, lekarze nie dezynfekowali swoich narzędzi chirurgicznych, gdyż nie zgadzało się to z ich światopoglądem. Podobne przylepienie się do poglądów za cenę własnego życia można obserwować nawet dziś, w Polsce. Są ludzie, którzy nawet ciężko chorzy nie wezmą antybiotyku, bo w niego nie wierzą, to nie jest „naturalne”. Są całe ruchy, które uważają, że szczepionki nie działają i nie powinno się w ogóle szczepić. Jest też drugie ekstremum – ludzie wierzący, że trzeba szczepić się na wszystko co tylko istnieje, nawet jeśli szczepienie w ogóle nie zostało przetestowane, jak było w przypadku „świńskiej grypy”. Są ludzie wierzący, że jeśli coś nie zostało przebadane w próbach klinicznych, albo nawet zostało przebadane jednak nie jest polecane przez koncerny farmaceutyczne, to znaczy że na pewno nie działa i nie warto się tym w ogóle zajmować. Nazywają samych siebie „racjonalistami”, nie widząc jak bardzo ich postawa jest zbieżna z fanatyzmem religijnym.

Innymi słowy – doskonale jestem sobie w stanie wyobrazić sytuację, gdy miliony ludzi umierały, mając lek dosłownie na wyciągnięcie ręki, ale nie sięgali po niego, gdyż nie zgadzało się to z ich wizją świata.

Zioła wielokrotnie były testowane „w probówce”. Wiadomo, że jeśli bakterie będą w roztworze o odpowiednim stężeniu, to umrą. I tu pojawia się główny problem – dynamika leku w organizmie, na co istnieje fachowy termin „farmakokinetyka”. Po pierwsze, czy substancja aktywna, która zabija bakterie, zostanie w ogóle wchłonięta z jelit, przeleci przez nie, czy może po prostu będzie strawiona? Jeśli się wchłonie, jak szybko osiągnie odpowiednie stężenie we krwi? Czy zostanie zniszczona przez wątrobę? Czy będzie rozprowadzona po tkankach? Jest bardzo dużo antybiotyków, które w teorii powinny być niezwykle skuteczne, ale nie działają, gdyż wątroba niszczy je w przeciągu kilku minut.

Pojawił się też kolejny problem – pieniądze. Terapie, z których nie da się wyciągnąć zysku, nie są badane. Poza tym mamy antybiotyki, które są skuteczne. Dlatego do dnia dzisiejszego  prawie nie istnieją próby kliniczne, w których stosowano mieszanki ziołowe przeciw infekcjom. Oznacza to, że jesteśmy skazani na zgadywanie.

Można jednak przyjrzeć się badaniom na szczurach. W jednym z nich podawanie do jedzenia jednej z przypraw było skuteczną terapią przeciw systemowej grzybicy. W innym z kolei ekstrakt z niepokalanka madagarskiego zatrzymał skórną infekcję gronkowcem. Widać więc, że zioła mają potencjał, że spożywanie ekstraktów może zatrzymywać infekcje poza układem pokarmowym.

Przejdźmy do tego, co dla niektórych jest najbardziej interesujące – skuteczność ziół i innych „naturalnych” substancji w walce z boreliozą. Na początek informacja pozornie bardzo dobra. Istnieje badanie w którym bardzo dokładnie sprawdzono, które substancje przy jakim stężeniu zabijają krętki. Co więcej, porównano to ze skutecznością doksycykliny, dzięki czemu można przewidzieć, jaka dawka pozwoli uzyskać potrzebne stężenie we krwi. Niestety, nie wiemy najważniejszego – ile ze zjedzonej substancji dostanie się do krwi i jak długo będzie w niej krążyć. Co najciekawsze, jest też podana skuteczność przeciw różnym formom bakterii – jeśli ktoś wierzy, że potrafią one w ten sposób „ukryć” się przed zwykłymi antybiotykami (nigdy tego nie udowodniono), ta informacja może okazać się dla niego bardzo ważna.

Na początek, zwykła forma, czyli po prostu „krętki”. Tutaj mamy pierwszy sygnał, dlaczego do rewelacji podanych w tym badaniu należy podchodzić bardzo ostrożnie. Okazuje się, że witamina C ma 2-3 razy większy potencjał od doksycykliny. Gdyby to była prawda, 200 mg witaminy C dziennie powinno w kilka tygodni wyleczyć niemal każdego chorego. Ba, powinno przynieść efekt przy chorobach typu rzeżączka czy kiła, które – jak wiadomo – były nieuleczalne, do momentu gdy chory dostał kilka tabletek bądź zastrzyk antybiotyku. 200 mg witaminy C to ilość którą uzyskuje się z jednego normalnego posiłku, więc siłą rzeczy jakiś odsetek chorych powinien wyzdrowieć za sprawą zwykłego przypadku – a tak się nie działo. Z drugiej strony, są doniesienia o prowadzonych w dawnych czasach próbach klinicznych, w których stosowanie witaminy C zmniejszyło ilość zachorowań na zapalenia płuc nawet o 80%.

A może tajemnicą jest dynamika substancji w organizmie? Doksycyklina po 24 godzinach w dalszym ciągu ma połowę maksymalnego stężenia, nie znika z krwi, krąży w niej.

Przyjrzyjmy się temu bliżej:

Doksycyklina ma stężenie we krwi 2-3 mikrogramy na mililitry. Przy takim zabija bakterie.

Witamina C podana doustnie ma stałe stężenie 70 mikromoli na litr, co daje nieco ponad 1 miligram na litr, albo też mikrogram na mililitr. Przeciętny człowiek ma stężenie około 50 mikromoli, czyli poniżej 1 mikrograma. Czyli takie, jakie ma doksycyklina po 24 godzinach.

Czy jest możliwe, że podniesienie stężenia we krwi do wartości, jakie ma doksycyklina sprawi, że zamieni się ona w antybiotyk? Z podlinkowanego wyżej badania wynika, że taki efekt pozwala osiągnąć dawka kilku gramów, przyjmowana co kilka godzin, w sumie 10 gramów dziennie.

Żeby wszystko stało się jasne, przyjrzyjmy się stężeniom w oryginalnym opracowani. Według prowadzących je naukowców, MBC (minimalne stężenie, przy którym lek zabija bakterie) wynosi 200 mikrogramów na mililitr. I tu mamy zgrzyt, bo według chociażby tego badania wartości powinny mieścić się pomiędzy 2 a 16, co zresztą zgadza się zarówno z rezultatami uzyskanymi przez innych naukowców, jak i z prostym faktem – takie niskie stężenie leczy boreliozę.

Widać więc, że uzyskane wyniki są bardzo mało wiarygodne – a bardzo wiele osób bezkrytycznie przyjmuje takie badania za pewnik, układając na ich podstawie całe terapie, co widziałem na zagranicznych forach. To nieco męczące rozwinięcie (wiem, czytelnicy oczekują prostych rozwiązań w rodzaju weź tę tabletkę, wyzdrowiejesz) pokazało, jak grząskim gruntem jest medycyna alternatywna, jak łatwo może człowieka zwieść badanie, którego wyniki zostały po prostu wymyślone, albo też podczas jego przeprowadzania popełniono błędy wypaczające rezultaty.

No cóż, jeśli jednak mamy te badanie na patelni, przyjrzyjmy mu się do końca, można udawać, że z doksycykliną wszystko jest w porządku i że pozostałe substancje faktycznie będą zabijać bakterie, gdy osiągną podane stężenia.

Wracamy wielkim łukiem do witaminy C. Aby uzyskać stężenie we krwi przy którym bakterie zaczynają ginąć, równe niemal 100 mcg/ml, bądź 6000 mikromoli na litr, trzeba niestety przyjąć ją dożylnie. Nawet ta rozpuszczalna w tłuszczach nie osiągnie takiego stężenia. Niestety, ale wygląda na to, że witamina C nie zadziała.

Bardzo ciekawie wygląda monolauryn – substancja, która ma udowodnione silne działanie bakteriobójcze i antywirusowe. Zabijał on nie tylko żywe krętki, ale też ich formy przetrwalnikowe oraz biofilm. Pytanie tylko, czy we krwi można uzyskać stężenie takie, jak w probówce? Z matematyki wynikałoby, że należy go spożyć – bagatela – sto razy więcej, czyli aż 10 gramów dziennie! Nie są to jednak dawki poza zasięgiem, normalne zalecane dawkowanie to 2 gramy.

Monolauryn ma za sobą sporo badań, jest zresztą testowany jako środek konserwujący. Jego działanie bakteriobójcze jest bardzo silne i nawet dawki, które uzyskamy jedząc ilość zalecaną przez producenta powinny przynieść jakiś efekt. Co ważniejsze, ma też silne działanie przeciwwirusowe, kto wie, czy nie okazałby się jednym ze skuteczniejszych środków „na wszystko”, gdy nie jesteśmy w stanie ustalić co nam dolega, a nie chcemy ryzykować skutków ubocznych typowego antybiotyku?

Istnieje też drugie badanie dotyczące krętków boreliozy, niestety – albo stety – równie podejrzane, nawet nie ma publikacji na PubMed. Co prawda zioła bardzo ładnie zabijały tam zarówno aktywne bakterie, jak i ich formy przetrwalnikowe, o wiele skuteczniej niż doksycyklina użyta w stężeniu o wiele wyższym, niż stosowane w leczeniu, ale ich działanie pojawiało się dopiero przy koncentracji rzędu 1:500. Pojawia się pytanie, jaką można osiągnąć we krwi zażywając te specyfiki? Nie zdziwiłbym się, gdyby przy zaleceniach producenta wynosiła ona 1:50 000.

Podobno – podkreślam, podobno – istnieje badanie w którym testowano koci pazur, Uncaria Tomentosa. Również nie ma publikacji w PubMed, jedynie raport w internecie. Jeśli wierzyć temu, co tam jest napisane, skuteczność ziół była nawet wyższa, niż antybiotyków. Problem w tym, że według badaczy, antybiotyki niemal nie pomogły, podczas gdy we wszystkich dosłownie pozostałych badaniach, jakie opublikowano w historii ludzkości, ich efekt był bardzo silny. Jeśli w jakimś rewolucyjnym badaniu okazuje się, że uzyskano wyniki inne, niż w dziesiątkach dosłownie innych publikacji, to podejrzane będzie raczej to jedno, a nie wszystkie pozostałe.

Wygląda na to, że jesteśmy w ślepym zaułku. Obecność antybiotyków oraz brak zysku z ziół sprawiają, że w zasadzie nie bada się skuteczności tych ostatnich na ludziach, ani nawet na zwierzętach. Eksperymenty w probówce często nie przekładają się na efekt leczniczy. Te skrawki badań, którymi dysponujemy pokazują, że coś tu jest na rzeczy, że być może w ziołach kryje się potężna broń przeciw przewlekłym infekcjom. Ale czy kiedykolwiek będziemy mogli z niej skorzystać?

Interesujące są wyniki próby klinicznej, w której testowano skuteczność mieszanki ziołowej przeciw przerostowi flory bakteryjnej jelita cienkiego, porównując ją z antybiotykiem stosowanym w tego typu przypadkach. Wywary roślinne nie tylko nie ustępowały rifaksyminie, ale nawet okazywały się skuteczniejsze!

Bardzo duże znaczenie ma zjawisko synergii. O co w nim chodzi? Wyjaśnię to na przykładzie. Mamy 300 szczurów. Setce z nich podajemy rtęć, w ilości, która zabija 1% zwierząt. Jedno pada. Kolejnej setce – ołów, znowu w ilości, która zabija co setnego zwierzaka, znowu pada jeden z nich. Ostatniej setce podajemy obie te substancje jednocześnie. Z matematyki wynikałoby, że padną dwa, albo nawet jeden, jeśli trafi na tego samego. Jednak synergia sprawi, że zdechną wszystkie. Dwie substancje jednocześnie będą sto razy silniejsze, niż każda z nich oddzielnie. Działa to również w drugą stronę – dwa niedobory pokarmowe mogą wywrzeć druzgocący wpływ na organizm, gdy pojedynczego niemal nie odczujemy.

Wiele ziół wykazuje synergię z innymi, a nawet z antybiotykami. W tym tkwi ich siła – można stosować mieszankę nawet dziesięciu z nich, przez co uzyskane efekty mogą być naprawdę potężne. Bardzo bym chciał móc napisać „takie a takie zioło wykazało efekt”, niestety – nie ma się na czym oprzeć. Wiadomo co prawda, które rośliny potrafią zabić bakterie, ale praktycznie nie istnieją opracowania, z których można dowiedzieć się, czy przenikną one do krwi oraz tkanek, a także jak długo będą się w nich utrzymywać.

Na koniec podam ciekawostkę. Skuteczność zwykłych przypraw domowych przeciw toksoplazmozie. Myszy zostały zainfekowane pierwotniakiem, po 24 godzinach zaczęły otrzymywać różne przyprawy (dosłownie wstrzykiwane do żołądka), dostały też spiramycynę – lek stosowany w tej chorobie. Co najciekawsze, stosowano dokładnie taką samą ilość przypraw, jak antybiotyku.

Długo poszukiwany, skuteczny lek przeciw toksoplazmozie? Kto wie…

Spiramycyna w dawce 100 mg/kg zabiła 71% pasożytów, dawka 200 mg/kg 94%.

Olejowy ekstrakt ostryżu (kurkumy) w koncentracji 100 mg/kg zabił 96,8% pasożytów, zaś przy 200 mg/kg już 99,7%. Cynamon odpowiednio 96,4% i 99,5%, papryka 78,7& i 99,8%, zaś czarny pieprz 94,2% i 100%.

Podobne rezultaty dało stosowanie mirry – w dawkach identycznych jak spiramycyna okazała się od niej o wiele skuteczniejsza, przy wyższym stężeniu zabijając 100% pasożytów.

W badaniach tych, niestety, badano ilość pasożytów w jamie brzusznej, co oznacza, że nie wiadomo tak naprawdę jaką skuteczność mają te substancje przeciw tym, które już dostały się do mózgu. Co jednak z pasożytami układu pokarmowego i ich formami inwazyjnymi? Ziele o wdzięcznej nazwie ludowej glistknik zabijało zarówno jaja, jak i formy przetrwalnikowe glisty ludzkiej.

To chyba tyle – niewiele pomogłem, wiem, ale też niewiele tu można napisać. Mamy taką sytuację, jaką mamy, jak na czymś nie można zarobić, nie bada się tego, jeśli coś może zagrozić zyskom, na przykład lecząc w tydzień coś, co teraz leczymy w 10 lat – też się tego nie bada. W ziołach kryje się potęga, którą lekką ręką odrzucamy.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Ucz się skuteczniej!

Życie mamy tylko jedno. W nim – ograniczoną ilość dni, godzin. Ile uda nam się osiągnąć, zależy od skuteczności działań, które podejmiemy. Można pracować całe życie za 1500 zł miesięcznie, można 2 miesiące w roku za 15 000. Jeśli posiada się umiejętności. Nie chciałbym zaczynać niezdrowej dyskusji o priorytetach, co w życiu powinno być ważne a co nie. Wpis ma dotyczyć tego, jak szybciej i skuteczniej osiągać niektóre rzeczy, tak, by więcej czasu zostało na inne.

Chyba każdy zgodzi się z tym, że życie to umiejętności. Nieważne, co wybierzemy, jaką ścieżką będziemy podążać, im więcej potrafimy, tym większe otwiera się przed nami pole wyboru. Przykładowo, osiągając mistrzostwo w grze na instrumencie muzycznym, nie tylko mamy przed sobą możliwości zatrudnienia na bardzo dobrze płatnych normalnych stanowiskach, ale też możemy załapać się do kapeli grającej na weselach „do kotleta”, mężczyzna może dzięki temu zdobyć serce kobiety, ba, nawet bezdomny dzięki umiejętności gry na ulicy może prowadzić całkiem dostatnie życie i wyjść z biedy. Znajomość języków otwiera możliwości zatrudnienia na bardzo dobrych stanowiskach, ale pozwala też dorobić w wolnym czasie na tłumaczeniach, wyjechać za granicę nie „na zmywak”, tylko do poważnej firmy, poznawać nowych ludzi, mieć kontakt z innymi kulturami.

Każdy z nas miał w życiu tysiące sytuacji, w których umiejętność mogła zmienić jego życie. Banalny przykład to „gdybym znał ten język, może dostałbym tamtą pracę gdzie zarabiałbym dwa razy tyle”, ale prawdziwe jest też twierdzenie „gdybym potrafił rozmawiać z kobietami, nie byłbym teraz samotny”. Oczywiście same umiejętności to nie wszystko, jak ktoś jest leniwy to i tak nie utrzyma lepszej pracy, jak ktoś ma paskudny charakter – kobieta z nim (czy mężczyzna z nią) długo nie wytrzyma. Niemniej bez nich nie będzie otwierania się tych wszystkich nowych perspektyw.

Problemem jest czas. Każdy z nas, jak pisałem na początku, ma tylko określoną ilość godzin w ciągu doby. Pytanie, jak chcemy je zainwestować? Bez przerwy widzę patologiczne sytuacje, gdy ktoś ma wbite do głowy, że nic nie warto zmieniać i nie będzie nawet próbował – cały czas słyszy się o tych wszystkich biednych ludziach, schwytanych w spiralę beznadziei, gdy pensja wystarczy im zaledwie na to, by zapłacić za wynajem mieszkania i bardzo skromne wyżywienie. Przyglądając się jednak temu, jak spędzają czas wolny widać, że zazwyczaj nie robią nic, by poprawić swoją sytuację – piją, grają w gry, oglądają seriale i… czekają na cud. Oczywiście zdarzają się sytuacje, gdy ktoś po prostu nie może, bo na przykład geny nie dają mu możliwości rozwoju, albo ma po prostu zbyt dużo zajęć i zobowiązań, by znaleźć chociaż godzinę dziennie. Niemniej znacząca większość tych „przyciśniętych beznadzieją” z mojego otoczenia jakoś bez problemu znajduje 6 godzin dziennie na klikanie na fejsie.

7658268052_13aaf66e0b_z

No dobrze, stop, wpis nie miał być o ocenie czyjegoś życia, zapewne czytający podzielą się na śmiertelnie obrażonych i zachwyconych. Niech każdy żyje tak, jak chce. Skupmy się na temacie – jak skuteczniej nabierać nowych umiejętności. Nieważne, czy ktoś chce mieć lepszą pracę i się wybić, czy po prostu szybciej nauczyć się do szkoły i mieć więcej czasu na gry czy seriale.

Zasadniczo można tu wyodrębnić dwa czynniki, przy czym z jednego z nich mało kto zdaje sobie sprawę. Po pierwsze, co oczywiste dla każdego, będzie to sama zdolność do przyswajania nowej wiedzy i umiejętności, którą można w odpowiedni sposób poprawić. Ale jest też druga składowa. I wymagała by ona oddzielnego tematu, ba, oddzielnej książki.

Każdy z nas ma określoną „pulę” siły woli. Bardzo często można spotkać się z podejściem „skoro ja umiałem się do tego przełamać, to i Ty powinieneś”. Jest to ulubione powiedzenie ludzi, którzy osiągnęli sukces w jakiejś wąskiej dziedzinie, przy czym nie patrzą na to, że w wielu innych ci „słabsi” osiągnęli dużo więcej od nich. Szczupły gość będzie naśmiewał się z grubasa, bo przecież dla niego powstrzymanie się od jedzenia nie stanowiło problemu. Nie widzi już tego, że ten otyły pracuje i utrzymuje całą rodzinę, podczas gdy on spędza dnie przy komputerze. Tak naprawdę obydwoje zrobili podobną rzecz – zainwestowali swoje „zasoby”.

To trochę skomplikowane, spróbuję to wyjaśnić na przykładzie badania. Sprawdzono w nim, na ile osoby będą w stanie trzymać się założeń diety, jeśli wcześniej będą musiały wykonać inną czynność, wymagającą „przełamania się”, w tym konkretnym wypadku oglądali film i mieli ukryć uczucia, które on w nich wywołał. Okazało się, że nastąpiło dosłownie „zmęczenie” siły woli, a w konsekwencji – osoba taka nie dała rady powstrzymać się od jedzenia.

W przykładzie dwa akapity wyżej ten otyły człowiek zużywał swoją „wolę” na męczącą pracę, ale nie starczyło jej już na dietę, zaś szczupły – na odżywianie i zapewne ćwiczenia, ale nie miał już mentalnej siły, by pójść do pracy.

Ten „zapas siły woli” jest czymś niezależnym od naszej „świadomej” chęci do zmiany. Wydaje nam się, że kontrolujemy swoje życie, a szczególnie mocno obstają przy tym ci, którym się udało – geny dały im urodę, inteligencję, mieli szczęście urodzić się w rodzinie zapewniającej dobry start. Ale tak naprawdę w niewielkim tylko stopniu jesteśmy w stanie kontrolować nasze życie. Szczególnie dobrze widać to, gdy takiego „przebojowego” dopadnie depresja, choroba w której – między innymi – „zapas siły woli” spada w pobliże zera. Nagle kończy się rumakowanie, okazuje się, że te wszystkie genialne rady które udzielał wszystkim naokoło „weź się ogarnij”, „po prostu rób to co ja” nie działają.

I to jest tak naprawdę klucz do nauki. Wydaje się to takie proste i oczywiste – rób coś i wytrwaj w tym. A jak się nie uda, to pewnie dlatego, że „byłeś słaby” albo „jesteś leniem”. W 9 przypadkach na 10 ludzie przerywają naukę, jeśli sami postanowili się kształcić, albo też ograniczają do minimum jeśli jest im narzucona w szkole. I wcale nie dlatego, że „nie chce im się”, po prostu skończył się zapas tej wewnętrznej siły. I to jest najważniejszy chyba fragment tego wpisu – w 90% przypadków nie udaje się czegoś nauczyć nie dlatego, że mózg nie chciał przyswajać informacji, ale z powodu wycieńczenia. I porady co zrobić, by wytrwać będą o wiele skuteczniejsze niż takie, które pozwoliłyby nawet potroić skuteczność nauki. Co z tego, że w godzinę nauczysz się 3 razy tyle słówek z angielskiego, jak po 50 godzinach rzucisz to w kąt?

Jak więc wytrwać? Po pierwsze, trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że ograniczenie istnieje. Że jeśli przekroczymy naszą sferę możliwości, to najzwyczajniej w świecie przestaniemy coś robić. Dotyczy to wszystkiego – diety, pracy, sportu czy właśnie nauki. Jeśli zaczniemy uczyć się zbyt wielu rzeczy naraz, nastąpi przemęczenie i rzucimy je wszystkie. Dobre podejście to wygospodarowanie niewielkiej ilości czasu każdego dnia, starając się robić to z żelazną regularnością. Jeśli dana czynność wpada w nawyk, przestaje tak bardzo obciążać nasz „zapas”.

Trzeba też wiedzieć, że pula jest wspólna dla całej naszej aktywności. Każdy spotkał się z terminem „wampir emocjonalny”. Taki „wampir” wysysa z nas siłę, dosłownie – zmusza do tego, żebyśmy się przed czymś powstrzymywali (przed strzeleniem go w pysk zapewne), albo też żebyśmy robili jakieś rzeczy na które nie mamy ochoty. Jeśli pójdziemy z dziewczyną czy chłopakiem na nudny film, zmusimy się do obejrzenia go i udawania, że nas zainteresował, nie tylko stracimy 2 godziny, ale też stracimy zapas woli, który można wykorzystać do nauki. I jest fizyczną niemożliwością przekroczenie tego – jeśli mimo to zmusimy się do wkuwania, odbije się to na czymś innym, czegoś ważnego nie zrobimy.

Każda czynność, jaką wykorzystujemy, wszystko na co się w życiu decydujemy i co wymaga „poświęcenia”, do czego w jakiś sposób się zmuszamy, czerpie z tej puli. Tu nie ma złotej rady, każdy musi się sam swojemu życiu przyjrzeć i zrobić „miejsce” na naukę, inaczej jest niemal pewne, że mu się nie uda, że w pewnym momencie odpadnie.

Są też oczywiście sposoby, by ilość tych „zasobów” zwiększyć, czy raczej by nie doszło do ich chorobliwego zmniejszenia. Wbrew pozorom większość z nas ma lekką depresję – na tyle delikatną, że nie da się tego wyłapać pobieżnymi badanami (zresztą zawsze są one subiektywne), ale też na tyle wyraźną, by wpłynęło to na ilość „przymuszeń” samego siebie, jakich możemy dokonać w ciągu dnia. Tu trzeba zastosować kilka prostych tricków – wysycić mózg kwasami omega 3, sprawdzić poziom ferrytyny i w razie czego podnieść, uzupełniać w zimie witaminę D3, zbadać tarczycę, dbać o odpowiedni poziom metylacji. Nie ma sensu, żebym się o wszystkim rozpisywał, zapraszam na witrynę, gdzie temat depresji jest dogłębnie omówiony:

http://depresja.lekiznatury.net.pl/

Jako ciekawostkę muszę wyznać, że wpis ten jest „sponsorowany” przez tryptofan. Wygrzebałem z szafy napoczęte opakowanie, żeby wspomóc proces nauki języka. Podniesienie poziomu serotoniny sprawiło, że nagle po 3 miesiącach znalazłem w końcu czas na blogowanie.

Jeśli już mamy pewność, że w odpowiedni sposób podeszliśmy do nauki i zapewne z niej nie zrezygnujemy, można zastanowić się, co zrobić, by było to skuteczniejsze. Każdy zapewne słyszał o sztuczkach stosowanych przez studentów, którzy na dziwnej, zazwyczaj nielegalnej chemii zakuwają do egzaminu, wszystko wiedzą, ale po 3 dniach nic już nie pamiętają. Mam dobrą wiadomość – są legalne sposoby, które pozwalają osiągnąć może nie aż tak dobre rezultaty, ale za to trwałe i nie niszczące zdrowia. Kryją się one pod tajemniczą nazwą „nootropy”.

Chyba najważniejszy z nich, a w każdym razie najpopularniejszy to piracetam. Nie będę tym razem zarzucał Was badaniami, jako że w przypadku tego środka są one dość skromne, za to doświadczenie ludzi, którzy go stosują – potężne. Na zachodzie jest to jeden z najpopularniejszych suplementów stosowanych przez studentów, doświadczenie tysięcy ludzi jest więcej warte, niż pojedyncza próba kliniczna.

Efekty niekiedy przechodzą najśmielsze oczekiwania – zdarzało się, że trójkowcy zaczynali dostawać piątki. Nikt na dobrą sprawę nie wie, w jaki sposób substancje z tej grupy działają (jest wiele odmian ~racetamów). Nie wiadomo też, czy nie spowodują późnych skutków ubocznych, chociaż z badań na szczurach przewiduje się, że wręcz przedłużą one młodość mózgu. Obecny stan wiedzy medycznej każe przypuszczać, że piracetam ma szkodliwość mniejszą, niż sól kuchenna. Osobiście trzymałbym się z dala od nowych odmian ~racetamów, jako że nie są one tak dokładnie przebadane.

Podczas suplementacji piracetamu wskazane jest jednocześnie branie źródła choliny, jako że prawdopodobnie zwiększa on jej wykorzystanie przez mózg, co w przypadku małych zapasów w organizmie może prowadzić do bólu głowy. Takim źródłem jest lecytyna, albo na przykład żółtka jaj czy – w przypadku wegan – kalafior.

W Polsce dostępny tylko na receptę, ale bez problemu można sprowadzić wysyłkowo z aptek w Czechach – prowadzą one sprzedaż na Polskę, nie będę reklamował konkretnego sprzedawcy, każdy powinien znaleźć bez problemu. Raczej nie powinno się przekraczać 2400 mg, chociaż niektórzy najlepsze efekty mają przy 3600 mg.

Mała ilość magnezu w mózgu sprawia, że skuteczność nauki potrafi bardzo mocno spaść. W jednym z badań specjalna odmiana magnezu spowodowała znaczne zwiększenie zdolności zapamiętywania u szczurów. Na ludziach nie prowadzono tak bluźnierczych badań, jak próby kliniczne nad skutecznością środka, którego nie można potem opatentować i sprzedawać, niemniej otępienie i niezdolność do koncentracji to jeden z objawów niedoboru. Warto spróbować suplementacji by sprawdzić, czy nie nastąpi nagle duża poprawa samopoczucia. Jeśli okaże się, że mamy niedobór, jego likwidacja zwiększy nieco dostępną „pulę” siły woli.

Bardzo częsty błąd popełniany przez ludzi to mylenie ze sobą niedoborów wapnia i magnezu. Człowiek widzi, że „skacze” mu powieka, sięga po magnez… skakanie staje się silniejsze, pojawiają się problemy ze snem, bierze więcej, czuje się jeszcze gorzej… od samego początku nie miał on z tym pierwiastkiem żadnych problemów, za to spadł mu poziom wapnia, co często powoduje zbliżone objawy. Te dwa pierwiastki konkurują ze sobą, dlatego taka terapia może pogłębić niedobór i zaostrzyć objawy. W przypadku takiej reakcji na magnez powinno się sięgnąć po wapń.

Niezwykle interesujące są wyniki wstępnych badań nad mieszanką DHA (jeden ze składników omega 3), choliny oraz monofosforanu urydyny. Podawanie ich zwierzętom spowodowało dosłownie odmłodzenie mózgu. Co więcej, modele zwierzęce wskazują na to, że tego typu połączenie suplementów może być dosłownie lekiem na chorobę Alzheimera. Jedna z firm wypuściła na rynek gotową mieszankę tych składników, próby kliniczne wykazały, że jest ona w jakimś stopniu skuteczna. Niestety, cena jest zabójcza – miesięczny koszt suplementacji to ponad 400 zł. Można kupić składniki oddzielnie, we własnym zakresie, wtedy koszt mieszanki spadnie do około 50 zł. Wymagane jest około 500 mg monofosforanu urydyny, 1000 mg DHA (obecne w każdym rybim suplemencie omega 3 oraz w tych pozyskiwanych z alg, nie ma go w oleju lnianym) oraz około 500 mg choliny – ilość taką mają na przykład 3 duże jajka albo bodajże 15 gramów lecytyny sojowej bądź słonecznikowej. Przestrzegam przed zakupem lecytyny w kapsułkach, stosunek ceny do objętości jest bardzo niekorzystny. Zjadając ilość zalecaną przez producenta dostarczymy dziennie tyle, ile jest w niecałej połowie jednego jajka (kto te zalecenia w ogóle wymyśla?!), zaś jedząc taką która wpłynie w jakiś sposób na organizm – wykończymy drogie opakowanie w 3 dni.

Na szczególną uwagę zasługuje cynk. Co prawda jego niedobory mogą spowodować dość poważne problemy z nauką, a także znaczne obniżenie „zasobów silnej woli”, ale suplementacja dużymi dawkami powodowała u myszy odwrotny od spodziewanego efekt – błyskawicznie spadał poziom jonów cynku w obszarach mózgu odpowiedzialnych za naukę. Co ciekawe, dawka która wywołała taki efekt odpowiadała – z tego co widzę – 15 mg dziennie u człowieka.

Suplementacja małymi dawkami boru przyniosła wyraźną poprawę w zdolności do uczenia się nowych rzeczy, a także w ogólnym funkcjonowaniu mózgu. W badaniu stosowano ilość odpowiadającą około 0,7 ml 3% kwasu borowego, który można za grosze kupić w aptece – nie jest to oficjalny suplement, ja stosuję, ale chyba nie wolno mi do tego namawiać. No to nie namawiam.

Jeden z suplementów dość często stosowanych przez ludzi, którzy chcą podnieść swoje zdolności przyswajania wiedzy to teanina. Nie miałem z nim do czynienia, ciężko mi się wypowiadać, badanie wykazało, że powinien w jakimś przynajmniej stopniu poprawić zdolność do nauki. Przy czym inna próba kliniczna wykazała, że niskie dawki teaniny, rzędu 50 mg nie przynoszą żadnego efektu. Sugerowane dawkowanie to 200 do 300 mg. Podobno bardzo dobre efekty daje w połączeniu z kofeiną. Tak jak w przypadku piracetamu, znacznie więcej jest tu opowieści przekazywanych przez studentów, niż rozsądnie prowadzonych badań.

Witamina B1 jest potężnym środkiem zwiększającym zdolności umysłowe, szczególnie jej aktywne formy – benfotiamina oraz szczególnie silna, sulbutiamina. Zwykłą B1 w dawce 25 mg powinniśmy kupić „za uśmiech” – jest co prawda na receptę, ale może ją wypisać aptekarka. Koszt to zawrotna suma 5 zł. Benfotiamina jest dostępna w preparacie benfogamma, zgodnie z logiką naszych kochanych ministrów, jako że jest o wiele mocniejsza, jest dostępna bez recepty. Jest też wyraźnie droższa, 50 tabletek za około 30 zł. Sulbutiaminy nie kupimy ani na receptę, ani bez niej, ani nawet legalnie w sklepach internetowych w Polsce – są półlegalne, nie mające żadnych koncesji (bo nie można ich dostać na sprzedaż tego środka), jeśli ktoś wierzy że proszek który dostanie to własnie to – może zamawiać śmiało. Można to też dostać na Ebay. Zwykła B1 zadziała głównie wtedy, gdy ktoś ma niedobory (zaskakująco wiele osób ma poziom suboptymalny), wersja sulbu ponoć działa na każdego. Jak przy wszystkich nowych substancjach, pojawia się pytanie o długofalowe skutki uboczne – póki co nierozstrzygnięte, więc pozostaje brać na własną odpowiedzialność. „Zwykła” forma oraz benfotiamina powinny być całkowicie bezpieczne.

 

To chyba tyle. Środków zwiększających sprawność umysłową jest znacznie więcej, ale albo mają dość ograniczone działanie, albo też koszta są na tyle duże, że stawiają opłacalność pod znakiem zapytania. Bardzo wiele z nich nie jest też przetestowana pod kątem efektów długotrwałego stosowania. Starałem się wybierać takie, które są albo neutralne, albo wręcz korzystne dla zdrowia.

Na zakończenie przypominam – przy stosowaniu jakichkolwiek nowych środków, których działania nie znamy i które mogą wpływać na sposób działania mózgu – nie wsiadamy za kierownicę!

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz