Rak trzustki.

Nie, nie będzie o leczeniu. Ten typ nowotworu jest wyjątkowo paskudny – w momencie, gdy daje objawy, przerzuty są już w całym organizmie, leczenie to w praktyce próba przedłużenia życia pacjenta i sprawienia, by nie cierpiał za mocno. Nikomu nie udało się tego jeszcze wyleczyć, czy metodami oficjalnymi, czy alternatywnymi – a w każdym razie nikt nie przedstawił dowodu. Jest jeden opis przypadku bardzo wyraźnego przedłużenia życia, ale nie wiem, czy prawdziwy – można o tym przeczytać w książce „Antyrak”. Pacjent dostawał tam zestaw ziół i dietę składającą się z takich roślin, które mają wykazane działanie przeciwnowotworowe.

Statystycznie co druga osoba czytająca te słowa zachoruje na jakiegoś raka, co czwarta umrze. Rak trzustki zabija 2% z nas – jeden człowiek na pięćdziesiąt jest na niego skazany. Jak pisałem, nie ma metod leczenia, czy oficjalnie czy alternatywnie, nie oznacza to jednak, że jesteśmy tu bezbronni. Bez większego problemu można tej chorobie zapobiegać, zmniejszając ryzyko nawet ponad dziesięciokrotnie. Znakomita większość ludzi albo ignoruje porady dotyczące zapobiegania (bo o śmierci wygodniej nie myśleć), albo wybiera takie, które niekoniecznie wyglądają na skuteczne, ale są kuszące, typu „wszyscy naukowcy się mylą, zdrowa dieta to tłusta dieta!”, albo „wystarczy że kupisz ten jeden tajemniczy suplement…”.

Na początek drobne ostrzeżenie – analizując czynniki ryzyka, bardzo łatwo wpaść w różne metodologiczne pułapki. Taki sztandarowy przykład to witamina C – badania wykazywały, że osoby mające wyższe stężenie we krwi czy wyższe spożycie rzadziej chorowały na choroby serca i nowotwory. Sporo osób wyciągnęło z tego wnioski, że chroni ona przed tymi chorobami i niekiedy dorobiło się niemałych majątków sprzedając biały proszek. Bardziej szczegółowe badania wykazały jednak, że witamina C jest po prostu bezwartościowa, suplementacja ani odrobinę nie zmieniała ryzyka chorób serca czy nowotworów. Rozwiązanie tej zagadki jest banalnie proste – osoby z najwyższym stężeniem we krwi to jednocześnie osoby jedzące najwięcej roślin, a najmniej produktów odzwierzęcych.

W przypadku czynników ryzyka raka trzustki takich pułapek jest bez liku – wiadomo, że wegetarianie chorują rzadziej, ale czy to dlatego, że jedzą mniej mięsa, czy może z powodu wyższego spożycia błonnika? Może wystarczy kupić ten błonnik, co kosztuje 5 zł na miesiąc, zamiast męczyć się z dietą?

Warto dodać, że większość wymienionych niżej czynników ryzyka wpływa na większość nowotworów.

Na początek badanie porównujące ryzyko zachorowania w zależności od ilości mięsa w diecie:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4691673/

Wegetarianie i weganie mieli ryzyko zachorowania zmniejszone o ponad połowę, osoby z niskim spożyciem mięsa – nieco mniej niż połowę, zaś osoby jedzące z mięs tylko ryby – o nieco ponad jedną czwartą. Co ciekawe, osoby jedzące mięso miały nieco niższe ogólne ryzyko zgonu z powodu raka w porównaniu do wegetarian i wegan – ale obie te grupy miały znacznie niższe w porównaniu do osób odżywiających się „normalnie”.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4451698/

Analiza dostępnych badań nad błonnikiem sugeruje, że wysokie spożycie zmniejsza ryzyko o około połowę. Nie wiadomo jednak, czy wynika to z błonnika jako takiego, czy może z tego, o czym pisałem wcześniej – występuje on w roślinach, więc osoby które go jedzą w dużych ilościach siłą rzeczy mają dietę bardziej roślinną.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4946347/

Bardzo znaczące są wyniki dotyczące selenu, miedzi i cynku. Statystycznie, pacjenci mieli stężenie miedzi we krwi 1432, zaś osoby zdrowe – 1098. Podobnie różnica była widoczna w przypadku selenu – 60 vs 76. Z miedzią jest pewien problem – jej stężenie zmienia się w zależności od stanu organizmu (np z powodu stanów zapalnych), a nie z powodu nadmiaru w diecie. Nie wiadomo więc, czy te wyniki świadczą o wpływie odżywiania. Niskie spożycie cynku wiązało się z większym ryzykiem, ale różnica nie była duża, a badanie było dość słabo przeprowadzone. Można jednak ryzykować przypuszczenie, że to właśnie niedobór cynku jest jednym z głównych czynników – to właśnie on najczęściej odpowiada za wysoki poziom miedzi we krwi.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/4092355

Pacjenci chorzy na raka trzustki mieli stosunek cynku do miedzi 2.66, zaś osoby zdrowe – 1.39. Pytanie, czy z tego można wyciągać jakiekolwiek praktyczne wnioski – tego niestety nie dowiemy się, dopóki nie zostaną przeprowadzone szczegółowe badania. Nikomu się z tym jednak nie spieszy – mamy chorobę zabijającą 2% ludzi, mamy banalnie proste badanie do przeprowadzenia – dajemy grupie ludzi suplementy cynku i patrzymy, czy zmniejszy się zachorowalność. Dopóki ktoś tego nie zrobi, nie będziemy wiedzieć na pewno. Póki co musimy zgadywać.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4705892/

Niskie spożycie magnezu niemal podwajało ryzyko choroby. Mamy ten sam problem, co wyżej – magnez występuje głównie w roślinach. Czy faktycznie on był przyczyną, czy suplement pomoże, czy raczej trzeba zmienić całą dietę?

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/25864626

To badanie wydaje się być najbardziej znaczące, jako że różnice są zbyt duże, by podciągnąć je pod błąd statystyczny. W krajach, gdzie jest najniższy poziom słońca (z uwzględnieniem zachmurzenia), ryzyko raka trzustki było aż sześć razy wyższe w porównaniu z tymi z najwyższym nasłonecznieniem. Badania oceniające ryzyko w porównaniu do stężenia witaminy D3 we krwi dały sprzeczne rezultaty, ale te oceniające ilość godzin spędzanych na słońcu sugerują, że istnieje tu związek.

Podsumowując, dopóki ktoś nie przeprowadzi badań wpływu suplementacji na ryzyko zachorowania, nie będziemy wiedzieć na pewno, obecne wstępne badania sugerują, że witamina D3 może mieć duży, pozytywny wpływ.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3348117/

Ta analiza dała dość jasne rezultaty – osoby otyłe mają 20%-50% wyższe ryzyko zachorowania.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2883092/

Spożycie alkoholu to dość istotny czynnik ryzyka – w zależności od stażu i stylu picia, ryzyko może zwiększyć się nawet sześciokrotnie. Najbardziej narażone są osoby upijające się dużymi dawkami, w porównaniu do picia nawet większych ilości, ale rozłożonych w czasie.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26537936

Wyższe spożycie tłustych ryb morskich było powiązane z wyraźnie obniżonym ryzykiem, ale tu mam wątpliwości, czy chroniły kwasy omega 3, czy może po prostu obecny w nich jod – w badaniach szczury z niedoborem jodu dwukrotnie częściej zapadały na różne nowotwory.

Nie wiadomo, czy witamina K (lub jej formy K2) mają jakikolwiek wpływ – część badań sugerowała takie zależności, jednak witamina K2 występuje w pożywieniu razem z bardzo silnie chroniącym przed nowotworami sprzężonym kwasem linolowym, dlatego wyniki badań analizujących dietę są bardzo wątpliwe.

Być może sprzężony kwas linolowy (CLA) znacznie zmniejsza ryzyko, na razie jednak brak dokładniejszych badań – wstępne próby kliniczne na zwierzętach sugerują, że ma on działanie ochronne.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/17093171

Spożywanie dużych ilości cukru, szczególnie w postaci napoi gazowanych może zwiększać ryzyko nawet dwukrotnie. Co ciekawe:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26075658

Spożywanie owoców nie tylko nie zwiększa ryzyka, ale wręcz chroni przed chorobą.

Podsumowując – unikając alkoholu i cukru, stosując dietę głównie roślinną, z wysoką zawartością błonnika, uzupełniając cynk, selen i witaminę D3, można zredukować ryzyko przynajmniej kilkukrotnie.

Nie wiadomo, w jaki sposób redukcja dwóch czynników ryzyka jednocześnie będzie na siebie wpływać – w medycynie bardzo często mamy w takim wypadku do czynienia z synergią. W skrócie – jeśli trucizna A zabije 1 osobę na 100, trucizna B również zabije 1 osobę na 100, to podanie tych dwóch trucizn jednocześnie nie zabije 2 osób na 100, tylko prawie wszystkie. Możliwe, że jednoczesne zastosowanie wszystkich możliwych sposobów zmniejszy ryzyko niemal do zera.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarze

Omegi, omegi

Dawno nic nie pisałem – no niestety, realne życie jest ważniejsze niż blogi. Mam teraz chwilę wytchnienia i coś czasem skrobnę, ale nie wiem, ile to potrwa, kiedy znowu mnie porwą obowiązki.

Dziś chciałem napisać o kwasach omega 3. Narosło wokół nich tyle mitów i niedopowiedzeń, że zasłużyły sobie na solidny artykuł, który wyjaśni co i jak. Będę miał też gdzie odsyłać ludzi z forum, którzy ciągle o to pytają.

Będę pisał z ogromnymi uproszczeniami, a czasem nawet przekłamaniami – nie zależy mi na dokładności przekazu, ale bardziej na tym, żeby to, co napiszę było jasne i zrozumiałe dla każdego, nawet jeśli nie ma żadnego wykształcenia w tym kierunku.

Nasz organizm potrzebuje dwóch podstawowych kwasów tłuszczowych – omega 3 oraz omega 6, odpowiednio kwasu alfa linolenowego (ALA) i linolowego (LA). Pierwszy jest obecny między innymi w oleju lnianym, drugi – w prawie każdym innym. Bez nich będziemy chorować, a w końcu umrzemy – jednak niemal niemożliwym jest doprowadzenie do niedoboru, jako że występują w prawie każdym posiłku.

Przepiękny len

Dodatkowo są inne kwasy tłuszczowe – omega 7, omega 9, w przeróżnych konfiguracjach. W tym wpisie chciałem się jednak skupić wyłącznie na 3 i 6.

Na początek bardzo ważna rzecz – nasze ciało produkuje kilkanaście innych kwasów tłuszczowych, używających tych dwóch podstawowych jako surowca. Bez tych innych również nie możemy funkcjonować i dość szybko byśmy zachorowali, nie są one jednak „niezbędne” – teoretycznie nasze ciało powinno sobie poradzić z syntezą, o ile dostarczymy ALA i LA. I tu zaczynają się schody, tutaj gnieżdżą się mity.

Bardzo często można usłyszeć, że spożywamy za dużo omega 6, za mało omega 3. Jest to prawda, ale nie cała. Są całe grupy osób, które – pomimo nadmiaru omega 6 w pożywieniu – mają  silny niedobór jego „zaawansowanych” form. Chodzi tu przede wszystkim o kwas gamma linolenowy (GLA), niezbędny do dziesiątek procesów w organizmie. Jako ciekawostkę można przytoczyć badanie, w którym jego suplementacja cofnęła objawy stwardnienia rozsianego – chorzy dosłownie wstawali z wózków inwalidzkich:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/17922959

Jedno z powikłań po boreliozie (oszuści wmawiają chorym, że to dalej borelioza naciągając ich na czasem wieloletnią terapię) to zespół przewlekłego zmęczenia. Według jednej z najmocniejszych hipotez, choroba rozwija się poprzez osłabienie odporności oraz osłabienie organizmu antybiotykami, co z kolei zwiększa aktywność wirusów. Jeśli pacjent ma bardzo niskie zapasy kwasu gamma linolenowego, zapasy te szybko ulegają wyczerpaniu, a bez niego organizm nie jest w stanie bronić się przed niektórymi wirusami. Następuje błędne koło – wirus blokuje syntezę GLA, a bez niego nie można zwalczyć wirusa. W konsekwencji infekcji wirusowej przewodu pokarmowego rozwija się patologiczna flora bakteryjna, zalewająca organizm specyficzną formą kwasu mlekowego (w badaniach chorzy mieli nawet kilkadziesiąt tysięcy razy więcej bakterii, które produkują  tę szkodliwą odmianę kwasu mlekowego), co wywołuje objawy potwornego zmęczenia. Czasem antybiotyki ograniczają liczebność tych bakterii, przez co jest po nich chwilowa poprawa, ale nie likwidują przyczyny choroby. Chory może wtedy uwierzyć, że ma ciągle bardzo trudną w wyleczeniu boreliozę, bo przecież po antybiotykach czuje się lepiej, a jak je odstawi to znowu jest gorzej. Właściwe rozwiązanie to uzupełnienie poziomu GLA, ale na tym nie zarobi się takiej kasy, jak na wciskaniu ludziom antybiotyków. Tutaj hipotezę wyjaśniono nieco bardziej naukowo, z przypisami:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1860620/

Kolejne schorzenia, w których stwierdza się niski poziom i gdzie suplementacja zdaje się mieć bardzo duży sens, to cukrzyca czy reumatoidalne zapalenie stawów.

Próba rozwiązania tego problemu poprzez spożywanie zwykłego omega 6 jest skazana na porażkę – wątroba po prostu nie jest w stanie przerobić go na formy bardziej zaawansowane. Doraźna pomoc to uzupełnienie GLA bezpośrednio – najlepsze źródła to olej z wiesiołka lub z ogórecznika, których powinno się spożywać odpowiednio 15 lub 7 ml dziennie. Dodatkowo warto uzupełnić magnez i cynk – ich niedobory mogą upośledzić syntezę GLA.

W przypadku badania przeprowadzonego na chorych na stwardnienie rozsiane, chorzy dostawali olej z ogórecznika w dawce 14 ml dziennie przez 18 miesięcy – przez ten czas mieli ciągłą, stopniową poprawę.

Kolejny ciekawy przypadek to kwas arachidonowy – jest bardzo wiele przesłanek sugerujących, że jego obecność w produktach odzwierzęcych jest jedną z przyczyn, dla których one szkodzą – jego obecność prowokuje stany zapalne. Z drugiej jednak strony, jest to jeden z podstawowych składników budulcowych mózgu. Jego poziom jest szczególnie niski u na przykład chorych na marskość wątroby czy u ludzi z autyzmem. Nie wiadomo, czy w przypadku chorej wątroby suplementacja cokolwiek da, czy wręcz zaszkodzi, ale wstępne próby kliniczne sugerują, że może pomóc w autyzmie. Jako że zakup suplementu graniczy z niemożliwością, nie ma co się nad nim rozwodzić.

Podsumowując rozdział o omega 6 – znakomita większość osób ma nadmiar podstawowej formy, ale też bardzo wiele osób cierpi z powodu niedoboru form zaawansowanych. Nie ma niestety żadnego wiarygodnego testu, który pozwala sprawdzić czy nas to dotyczy. W przypadku chorób przewlekłych można próbować „w ciemno” pić olej z wiesiołka, by zobaczyć czy będzie po nim widoczna poprawa.

Pora przejść do omega 3. Tu mamy bardzo popularny mit – że wystarczy pić olej lniany. Rozpowszechniany z jednej strony przez fanatycznych wegan, z drugiej – przez różnych blogerów i szarlatanów. Mamy podobną sytuację, jak z omega 6 – samo dostarczenie podstawowej formy nie gwarantuje, że organizm będzie w stanie przerobić ją na bardziej zaawansowane.

Właśnie te kolejne formy, szczególnie EPA i DHA są wykorzystywane do budowy ludzkiego mózgu. I tu jest kolejny problem – nawet gdyby olej lniany był przerabiany wystarczający efektywnie, byłyby to ilości, które wystarczą zaledwie na podtrzymanie procesów i zatrzymanie ucieczki z organizmu. Jeśli ktoś miał niedobory na tyle długo, by rozwinęły się zmiany w psychice, to żeby je skorygować, powinien swój organizm dosłownie zalać nadmiarem EPA i DHA.

Całkiem dobrym sprawdzianem wysycenia jest badanie stężenia kwasów tłuszczowych w błonach komórkowych erytrocytów (niestety, niedostępne dla przeciętnego zjadacza chleba). Jak na dłoni widać, jak potężny wpływ mają te substancje.

W jednym z badań, przeciętne stężenie DHA u zdrowego mężczyzny wynosiło 4.6, zaś u mężczyzny z zaburzeniami typu bipolar – 2.8

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/20413162

W innym z kolei, osoby z depresją miały poziom omega 3 wynoszący 26,9, w porównaniu do 35,3 osób zdrowych

http://journals.plos.org/plosone/article?id=10.1371/journal.pone.0010635

Na koniec prawdziwy hit – osoby w grupie z najniższym poziomem omega 3 miały aż osiem razy większe ryzyko podjęcia próby samobójczej

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/15450784

O tym, jak potężny wpływ może mieć suplementacja aktywnych form, niech świadczy to badanie:

https://www.nature.com/articles/ncomms8934

Pacjenci cierpiący na zaburzenia świadczące o tym, że może się u nich rozwinąć psychoza, zostali podzieleni na 2 grupy – połowa dostawała przez 12 tygodni kwasy omega 3, druga zaś połowa – placebo. Osoby, które otrzymały omega 3, miały aż cztery razy niższe ryzyko rozwoju psychozy w późniejszym życiu – efekt ten utrzymywał się aż przez 10 lat, bo tyle trwało badanie.

Dość dużo kontrowersji wzbudza temat leczenia depresji za pomocą kwasów omega 3. Badania kliniczne dają tutaj sprzeczne rezultaty – w jednej próbie substancje te działają doskonale, w innej – w ogóle. Warto zwrócić uwagę na kilka faktów.

Po pierwsze, na sprzedaży omega 3 nikt konkretny nie zarobi – nie da się ich objąć patentem, więc nie ma jakiegoś „spisku producentów suplementów”, którzy mogliby przepychać badania wykazujące ich działanie. W drugą stronę już nie jest tak różowo – wprowadzenie terapii oznaczałoby wielomiliardowe straty dla najbogatszych korporacji. Jeśli więc miałoby dojść do fałszowania badań, to w stronę próby wykazania braku skuteczności.

Po drugie, badania sugerują, że działa tylko długotrwała terapia, tylko wysokimi dawkami i tylko formą EPA. Oznacza to, że jeśli weźmiemy 20 prób klinicznych, z których w 10 badano tylko formę DHA, w 5 kolejnych stosowano niskie dawki, a w jeszcze 3 – badania trwały bardzo krótko, to średnia tych prób wykaże, że omega 3 nie działają. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę tylko badania przeprowadzone prawidłowo, działanie będzie bardzo silne i wyraźne.

Po trzecie zaś, badania sugerują, że statyny zaburzają działanie omega 3, czyli grupa pacjentów biorąca te leki faktycznie może nie odnieść z omeg żadnych korzyści.

Biorąc pod uwagę doskonałe wyniki wielu prób klinicznych, a także niską cenę i niemal zerowe skutki uboczne terapii, uważam, że omega 3 powinny być pierwszą rzeczą, którą się próbuje w zaburzeniach typu depresja, bipolar czy nerwica lękowa.

Podobnie sytuacja przedstawia się z chorobami serca. W badaniach na zwierzętach omega 3 miała doskonałe wyniki, u ludzi już niestety nie. Jak się okazało, omegi podawano pacjentom którzy jednocześnie brali statyny, jeśli statyny negują działanie omeg, nie miały one prawa zadziałać. W ten sposób prawdopodobnie „udowodniono” coś, co nie jest prawdą, a dzięki czemu pacjentom dalej przepisuje się patentowane leki, na których mogą zarobić korporacje, zamiast kwasów tłuszczowych. Tutaj jest szersze omówienie tego problemu:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3571733/

Podsumowując rozdział o omega 3

  • olej lniany absolutnie nie jest wystarczający, gdyż nikt nie jest w stanie ocenić, jak skutecznie jego organizm przerobi go na aktywne formy
  • niedobory będą miały głównie osoby, których organizm słabiej przetwarza formę podstawową w zaawansowane, dieta będzie mieć mniejsze znaczenie
  • niedobory nie dają wyraźnych objawów, ale wszelkie zaburzenia w sferze psychiki typu nerwice, depresje czy psychozy mogą o nich świadczyć
  • uzupełnianie wymaga wysokich dawek, rzędu 2000 mg EPA dziennie przez wiele miesięcy, można stosować suplementy, albo po prostu jeść duże ilości tłustych ryb morskich, ryzykuje się wtedy jednak zatrucie tym wszystkim, co teraz pływa w morzu oprócz ryb
  • nadmiar może być mocno szkodliwy

Na koniec kilka podpowiedzi.

  • równoległa suplementacja beta alaniną (do kupienia w każdym sklepie dla pakerów) powinna ułatwić przyswajanie EPA, DHA i ewentualnie kwasu arachidonowego w mózgu, chroniąc je przed rozpadem
  • witamina E zwiększa długość życia omega 3 we krwi, przez co więcej dotrze tam, gdzie powinny
  • nie powinno się stosować omega 3 i omega 6 w tym samym czasie, jako że konkurują ze sobą – lepiej robić przerwy, na przykład jedno rano, drugie wieczorem
  • EPA i DHA dużo łatwiej się przyswoi, jeśli jednocześnie w diecie znajdzie się cholina (obecna w jajkach czy w lecytynie sojowej albo słonecznikowej), a także monofosforan urydyny – dostępny jedynie w formie suplementów
Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarze

Czy będzie przełom w leczeniu choroby Alzheimera?

Nie mam ostatnio zbyt wiele czasu, dziś jedynie króciutki wpis.

Ciekawostka o chorobie Alzheimera, tłumaczenie najważniejszych fragmentów dla nie znających angielskiego. Grupa naukowców uważa, że główną przyczyną choroby jest mieszanka dwóch czynników – specyficznych genów oraz infekcji mózgu. To, co u przeciętnego człowieka nie miałoby żadnego efektu, u ludzi z tymi specyficznymi genami prowokuje nietypową odpowiedź immunologiczną, co prowadzi do masowego obumierania komórek. Czynniki, które uważa się za będące przyczyną choroby, wedle tej nowej teorii są jedynie skutkiem ubocznym.

Główny podejrzany to najzwyklejszy w świecie wirus opryszczki, ale mogą to też być wszelkie inne wirusy i bakterie potrafiące penetrować barierę krew-mózg, takie jak borelioza czy nawet zwykła bakteria zapalenia gardła, chlamydia. Jako że wirus opryszczki jest na celowniku jako najczęściej występujący i mający największy „potencjał” prowokowania odpowiedzi immunologicznej, możliwe, że terapia antywirusowa mogłaby okazać się skutecznym lekiem na chorobę Alzheimera. Niestety, naukowcy nie otrzymali do tej pory pieniędzy na próby kliniczne. Co więcej, jeśli winien jest wirus, może się okazać, że niedługo na tę chorobę będzie dostępna szczepionka.

Parę słów ode mnie – jeśli ta teoria jest prawdziwa, to można próbować sobie radzić metodami nieco odstającymi od głównego nurtu – na przykład w próbie klinicznej terapia wysokimi dawkami cynku (50 mg i więcej przez kilka miesięcy) doprowadziła do usunięcia wirusa opryszczki z organizmów chorych, u których nie zadziałały „normalne” leki antywirusowe. Wiadomo też, że wirus opryszczki nie lubi lizyny, którą za grosze można kupić na allegro (chyba 50 zł za kilogram, co wystarczy na parę lat). Nie wiadomo jednak, jak takie eksperymenty wpłyną na reakcję immunologiczną w mózgu, mogą ją zaostrzyć, zamiast wyciszyć. Osoby chore mają niższy poziom cynku w porównaniu do zdrowych, zaś jedna wstępna próba kliniczna wykazała, że u chorych otrzymujących cynk choroba Alzheimera delikatnie się cofnęła.

Pewne jest, że nawet jeśli teoria jest prawdziwa, to jednak infekcja i geny nie są jedynymi czynnikami. Bardzo duży wpływ na ryzyko choroby ma dieta – spożywanie dużej ilości tłuszczu nasyconego podwaja ryzyko, tłuszczy trans zwiększa je jeszcze mocniej, zaś duża ilość aktywnych form omega 3 (czyli tłustych gatunków ryb) bardzo silnie chroni przed chorobą.

https://www.scientificamerican.com/article/controversial-new-push-to-tie-microbes-to-alzheimer-s-disease/

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Ocet jabłkowy

Wokół octu jabłkowego narosło tyle mitów, że zasłużył sobie na oddzielny wpis.

Niestworzone historie, jakie można o nim usłyszeć biorą się z tego, że ludzie nie potrafią prawidłowo analizować rzeczywistości. Każda choroba czasem sama znika, sama się pojawia. Taka dajmy na to alergia – bardzo często przechodzi w momencie wejścia w dorosłość, gdy przestawiają się w organizmie hormony. Jeśli ktoś wtedy akurat zacznie pić ocet jabłkowy, będzie mu się wydawało, że go wyleczy. Usłyszy u tym jego znajomy, też zacznie pić – oczywiście nic mu to nie da. „A, bo to trzeba taki specjalny, organiczny”. Jeszcze ktoś zacznie go brać, akurat objawi mu się nowotwór, który rozwijał się co prawda już od 10 lat, ale tego ta osoba nie wiedziała, za to zaraz zostanie to skojarzone z octem, który pije od miesiąca. Nie dalej jak wczoraj na fanpage jakaś kobieta, uważająca się zresztą za mądrzejszą  od wszystkich lekarzy twierdziła, że sobie osteoporozę wyleczyła w rok witaminą K2. Kilkaset osób dostawało K2 w badaniach klinicznych, nikogo nie wyleczyła, ale co tam badania kliniczne – ważniejsze jest to, co widać! Ktoś przeszedł pod drabiną i wpadł pod samochód? Wiadoma sprawa. Hodował kaktusy i dostał mandat? Głupi, wszyscy przecież wiedzieli, że to się tak skończy.

Niestety, ten błąd jest nagminny – „ja widziałem, że dwa zdarzenia nastąpiły jedno po drugim, więc jedno musi wynikać z drugiego!”. Stąd te wszystkie cudowne leki na raka, te przypadki autyzmu po szczepionkach…

O occie jabłkowym można przeczytać chyba wszystko, jeśli sięgnie się do odpowiedniej liczby prywatnych stronek. Jest popularny. bardzo dużo osób go bierze, więc zawsze znajdzie się ktoś, komu wyzdrowienie zgra się w czasie z piciem tego paskudztwa. Jeśli dodamy do tego fakt, że ludzie patrzą na efekty przez pryzmat oczekiwań (o, nie brał octu, katar miał aż tydzień, a ja brałem i po zaledwie siedmiu dniach byłem zdrowy!), mamy komplet.

Warto uporządkować to, co o occie wiadomo, co wykazano i potwierdzono badaniami.

Przede wszystkim – ocet to ocet. Nie ma prawie żadnej różnicy między jego odmianami. Jego właściwości biorą się z kwasu octowego, a cała reszta występuje w nim w ilości nie mającej wpływu na zdrowie. Na stronkach sprzedawców można przeczytać mnóstwo bzdur, w rodzaju że „jest bogaty w potas” – tyle, że jeden banan ma tego potasu więcej, niż jest w całym litrze. Ten zwykły, kosztujący 4 zł za litr zadziała dokładnie tak samo, jak „organiczny”.

Pytanie, które jest chyba najważniejsze – czy jest jakiś związek z nowotworami? Co drugi człowiek zachoruje na tę chorobę, co czwarty na nią umrze, wszystko, co zmniejsza ryzyko jest na wagę złota. Podobnie jak ognia należy unikać wszystkiego, co je zwiększa.

Zazwyczaj bada się to pytając ludzi, ile czego jedzą, a potem sprawdza czy jakieś substancje pojawiają się szczególnie często – albo szczególnie rzadko – u osób, które zachorowały. Tego typu badanie ma jedną potężną wadę – niektóre pokarmy zjada się razem z innymi. Przyglądając się badaniu, w którym ludzie spożywali gin z tonikiem, wódkę z tonikiem, whisky z tonikiem – można wyciągnąć mylne wnioski, że tonik powoduje marskość wątroby. Podobnie ocet – nawet jeśli sam z siebie nic by nie robił, to produkty z którymi się go tradycyjnie spożywa mogą mieć bardzo duże znaczenie.

No nic, trzeba brać co dają. Porównano dietę 130 osób ze zdiagnozowanym rakiem pęcherza oraz takich, które nie zachorowały:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/15237578

Osoby spożywające dużo wątróbki chorowały czternaście (!) razy częściej, konserwy mięsne – osiem razy, zaś wieprzowinę – 4,5 raza. I na koniec ocet – duże spożycie również wiązało się z 4,5 razy wyższym ryzykiem zachorowania. Badanie prowadzono w Serbii, możliwe, że w tamtym kraju tradycyjnie ocet stosuje się jako dodatek do potraw mięsnych.

Z ciekawostek, rzeczy, które zmniejszały ryzyko zachorowania to soki owocowe (12,5 raza), kapusta (czterokrotnie) oraz częste oddawanie moczu (w domyśle – picie dużej ilości wody) 5,5 raza.

Mamy też badanie z Chin, gdzie porównano dietę 211 osób z rakiem przełyku oraz 633 zdrowych:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/12875624

W tym wypadku wysokie spożycie octu zmniejszało ryzyko trzykrotnie. Nie wiadomo, jaki wpływ miało spożycie mięsa, bo w Chinach prawie się go nie spożywa, ale podobnie jak w prawie każdym badaniu nad ryzykiem nowotworów, wysokie spożycie warzyw i warzyw strączkowych zmniejszało ryzyko kilkukrotnie.

Wiemy, że nic nie wiemy. Dwa badania, na dodatek obarczone setką nieścisłości nic nam nie powiedzą. Jeśli ktoś będzie chciał postraszyć ludzi, mówiąc że ocet wywołuje raka, pokaże im tylko te pierwsze, jak będzie chciał im go sprzedawać – tylko drugie.

Jest jeszcze badanie na myszach, którym wszczepiono komórki nowotworowe i po dostaniu octu żyły znacznie dłużej, ale był to specjalny produkt z resztek przy produkcji japońskiej wódki ryżowej shōchū. Resztki z których nie zrobiono octu miały nawet mocniejsze działanie. Innymi słowy – wyniki bardzo ciekawe, ale raczej nijak mają się do octu jako takiego:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/15630262

Znacznie lepiej przebadano wpływ octu na układ krążenia, co prawda głównie u zwierząt, ale badań na ludziach prędko się nie doczekamy – kto miałby je zasponsorować?

Szczury z nadciśnieniem, którym podano ocet, miały zmniejszenie aż o 20 punktów, przy czym nieco lepiej działał ocet ryżowy, niż zwykły. Podobnie ryżowy bardziej obniżał poziom aldosteronu. Nie wiadomo, jaki był konkretnie mechanizm działania, podejrzewa się takie rzeczy jak zwiększone przyswajanie wapnia w jelitach:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/11826965

Badanie epidemiologiczne na grupie pielęgniarek wykazało dwukrotnie niższe ryzyko zawału u tych, które spożywały sałatkę z octem, ale trzeba brać pod uwagę, że taka sałatka zawierała też większą dawkę omega 3:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/10232627

U szczurów, które spożywały duże ilości cholesterolu, dodatek kwasu octowego chronił przed jego wzrostem we krwi:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/16611381

Co ciekawsze, ocet jabłkowy, bez względu na to jak został przygotowany, chronił przed zwiększeniem stężenia trójglicerydów, a także przed zmianami stłuszczeniowymi wątroby:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/21561165

Najciekawiej wygląda wpływ octu na poziom cukru. Dostępne wyniki sugerują, że może on być doskonałym środkiem chroniącym przed cukrzycą, a w niektórych wypadkach nawet skutecznym lekarstwem.

W jednym z badań podawano pacjentom różne posiłki, które mieszano albo z octem, albo z octem zneutralizowanym za pomocą sody oczyszczonej:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/7796781

Jak się okazuje, ocet doskonale chronił przed skokiem poziomu cukru po posiłku, ale tylko wtedy, gdy nie został zneutralizowany. Z tego wynika oczywisty wniosek, że jego pozytywne działanie polega na zakwaszeniu.

W innym z kolei badaniu, ocet nie tylko sprawił, że zmniejszył się poziom glukozy po posiłku, ale również zmniejszył apetyt, przez co pacjenci przez resztę dnia zjadali o około 200 kcal mniej:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/16321601

Więcej szczegółów ujawnia kolejne badanie:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/20068289

Tutaj również zneutralizowany ocet nie miał żadnego wpływu, co stawia kropkę nad „i” w dyskusji czy organiczny ocet jest lepszy – znaczenie ma tylko i wyłącznie to, że zakwaszał on żołądek. Miał też dużo silniejszy efekt, jeśli spożywano go razem z jedzeniem, a nie na przykład kilka godzin wcześniej. Dodatkowo działanie było widoczne tylko dla węglowodanów złożonych (na przykład chleb), ale już nie dla glukozy.

Podsumowując – ocet może dość silnie chronić przed chorobami serca, a także przed cukrzycą czy otyłością, pod warunkiem, że będzie zawierał odpowiednio dużo kwasu octowego – niektóre „eko” produkty mają go bardzo mało. Identyczne działanie będzie miał każdy ocet, ten za 3 zł i ten za 300 zł, liczący się parametr to stężenie kwasu octowego.

Wszelkie inne efekty, o jakich można przeczytać na forach i stronach internetowych w znakomitej większości najczęściej po prostu nie istnieją – ktoś kiedyś z czegoś wyzdrowiał akurat wtedy, gdy zaczął pić ocet, napisał post, powstała legenda i krąży po internecie.

Nie są znane skutki uboczne niskich dawek (kilka łyżek dziennie), ale bardzo duża ilość może mieć poważne konsekwencje – znacznie zaburzyć poziom elektrolitów w organizmie, co może skończyć się nawet śmiercią.

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarze

Mniszek lekarski a nowotwory.

Niedawno internet obiegła informacja o tym, że korzeń mniszka lekarskiego leczy raka. Sprawa stara jak świat, czytałem o tym już ponad 10 lat temu, ale teraz wyszły jakieś nowe badania i świat oszalał. Wiele osób stoi przed perspektywą szukania alternatywnego leku – czasem dlatego, że słyszą wyrok śmierci, a czasem po prostu chcą zwiększyć swoje szanse. Dlatego myślę, że warto rozbić na czynniki pierwsze doniesienia o mniszku, po to chociażby by łatwiej było uświadomić sobie, jak długa droga prowadzi od takiego badania jakie miało miejsce do twierdzenia „mamy coś, co pomaga”. Sugerowałbym, żeby mieć ten wpis przed oczami za każdym razem, gdy słyszy się o kolejnym ziele „skuteczniejszym od chemioterapii” czy o spisku koncernów ukrywających „cudowny lek”.

Temat podjęty nie bez powodu – na forum zgłosił się człowiek z opornym na chemię czerniakiem w IV stadium, z przerzutami do serca. Wyszukuję dla niego te zioła i terapie, które mają jakiś sens, jako że ortodoksyjna medycyna nic już nie ma do zaoferowania. Przy okazji trafiłem na tego nieszczęsnego mniszka. Wierzę, że uda się temu człowiekowi pomóc – o ile będzie się twardo trzymał tych metod, które mają jakieś potwierdzenie naukowe. Jest całe mnóstwo terapii, które nigdy nie zostały przebadane do końca – przedłużały życie zwierząt, czasem całkowicie je leczyły, ale nie dało się znaleźć sponsora badań na ludziach. Trzymanie się takich rzeczy to najlepsze, co można zrobić. Niestety, w internecie mamy tysiące oszustów albo po prostu zwykłych głupków, przekonanych, że oni WIEDZĄ jak leczyć – bo przeczytali jakiegoś bloga albo jakąś jedną książkę. I namawiają chorego do swoich metod, nie potrafiąc ich niczym uzasadnić. Zainteresowani mogą śledzić historię na forum – sam jestem ciekaw, jak to się potoczy.

No dobra, wracajmy do mniszka. A może najpierw tytułem wstępu – jak wyglądają badania nad takimi lekami? W dużym uproszczeniu, mamy trzy fazy. Pierwsze jest badanie in vitro. Do probówki z komórkami nowotworowymi wlewamy interesującą nas substancję, jeśli jesteśmy uczciwi to obok pływają zwykłe komórki. Jeśli widzimy, że padły komórki nowotworowe, a zwykłe przeżyły – już jest coś, mamy pewien potencjał.

Znakomita większość „cudownych terapii”, o których czytamy w internecie, to własnie pozytywne wyniki tej pierwszej fazy badań. Niestety, bardzo, bardzo niewielki odsetek substancji działających w probówce zadziała w fazie drugiej. Dlaczego?

Odpowiedzią jest takie skomplikowane słówko: „farmakokinetyka”. Jeśli zażyjemy jakiś  lek, to po pewnym czasie przechodzi on do krwi. a potem się w niej przez jakiś czas utrzymuje. I tu mamy pierwszy problem z mniszkiem. Co z tego, że zanurzone w nim komórki nowotworowe umierały, skoro możemy go w ogóle nie przyswoić, może te substancje, które działają – nie wchłaniają się w przewodzie pokarmowym?

Drugi aspekt farmakokinetyki – okres półtrwania. Niektóre substancje błyskawicznie znikają z krwi, niszczone przez wątrobę lub filtrowane przez nerki. Czasem stosuje się różne sztuczki, by temu zapobiec. Przykład z metod „naturalnych”, kurkuma – bierze się razem z nią ekstrakt z czarnego pieprzu, który blokuje enzym w wątrobie odpowiedzialny za rozkład kurkuminy. Dzięki temu poziom we krwi utrzymuje się o wiele dłużej, a co za tym idzie – kurkuma działa wielokrotnie silniej.

Nawet jeśli to wszystko dostanie się do krwi, wcale nie oznacza to, że znajdzie się w okolicy guza. Niektóre substancje nie przekraczają bariery krew-mózg, inne z kolei nie są wchłaniane przez tkanki.

Nie wiemy, jaki jest okres półtrwania substancji aktywnych mniszka lekarskiego, nawet jeśli dostaną się one do krwi. Może znika on po kilku minutach?

No dobra, załóżmy, że mamy szczęście – mniszek przeszedł do krwi, nie jest szybko niszczony ani filtrowany. Pojawia się problem stężenia. Widziałem badania, w których „udowodniono”, że ekstrakt z czystka zabija bakterie boreliozy. Ludzie zaczęli to kupować na potęgę. Nikt jednak im nie powiedział, że w badaniu użyto horrendalnych stężeń – musieliby zjeść kilka kilogramów zioła, by uzyskać podobne w organizmie, co oczywiście nie udałoby się  z innego powodu, a mianowicie:

Toksyczność. W probówce można zabić komórki nowotworowe wszystkim. Najprostsza metoda, nalać do środka domestosa. I co z tego, że guz zniknie, skoro razem z nim zniknie pacjent? Tu właśnie kryje się sekret znakomitej większości „cudownych” ziół, które „zabijają więcej komórek nowotworowych niż chemioterapia”. Czystek zabiłby pacjenta długo przed osiągnięciem ułamka stężenia wymaganego do zabicia bakterii. Pewną odpowiedź da wrzucenie do probówki normalnych komórek, ale to że przeżyje jakaś jedna komórka nie oznacza, że nie wystąpi obrzęk mózgu czy wstrząs anafilaktyczny.

Jest jeszcze kwestia przygotowania preparatu. Znowu wracając do tego czystka – w badaniu użyto specjalnie przygotowanego ekstraktu olejków eterycznych. Herbata w ogóle nie działała. Czym innym jest dostępny w aptece sok z dziurawca, a zupełnie inne działanie ma jego wyciąg alkoholowy. W badaniu użyto wodnego wyciągu z korzenia mniszka.

Pora przyjrzeć się badaniu nad naszym zielskiem:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3018636/

Na początek – dawka. Co prawda bardzo dokładnie opisano, w jaki sposób tworzono ekstrakt, ale ktoś zapomniał dodać, z jakiej konkretnie ilości surowca go uzyskano. Dawki użyte w badaniu (i skuteczne) wynosiły od 1 do 10 mg/ml, przy czym dla jednej z linii komórkowej dopiero stężenie 10 mg/ml dało rezultaty.

Na razie nie jest źle – 1 mg na ml to 1 gram na litr, najprymitywniejszy przelicznik 1:1 mówi nam, że 70 kg człowiek musiałby wypić 70 gramów ekstraktu, albo 700 dla uzyskania najwyższego stężenia. Dużo, ale nie są to już setki czy tysiące litrów, jak w przypadku innych „cudownych” substancji. Niemniej te prymitywne przeliczniki rzadko kiedy są prawdziwe, przyjrzyjmy się nieco bliżej.

Przypuszczam, że bardzo wiele osób będzie zainteresowanych tym, jak przekłada się stężenie substancji aktywnych we krwi w stosunku do ilości zjedzonego korzenia. Każda substancja obecna w mniszku będzie inaczej się wchłaniać, ale można zaryzykować bardzo, bardzo ostrożne założenie, że będzie to zbliżone do innych flawonoidów. Na przykładzie dwóch z nich spróbuję ocenić, jak to może wyglądać w przypadku mniszka, ale ostrzegam, że w rzeczywistości różnice mogą być nawet rzędu kilkuset razy:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/12209378

Spożycie 123 mg hesperetyny zwiększyło jej stężenie we krwi do do 325 nmol/l, podczas gdy spożycie 29 mg naringeniny zwiększyło jej stężenie do 112 nmol/l. Dość podobne wyniki, weźmy hesperetynę. Jej masa molowa to ~300 gramów na mol. Mamy około 1000 nanogramów na litr, 1 mikrogram. Dążymy do stężeń w miligramach, więc trzeba niestety dodać trzy zera. Już mamy 123 gramy hesperetyny, które trzeba zjeść, by uzyskać stężenie 1 mg/l. Komórki nowotworowe ginęły przy 5 mg, mnożymy razy 5, pi razy drzwi 600… no tak, jeszcze musimy zamienić litry na mililitry. 600 KILOGRAMÓW, które trzeba zjeść, by uzyskać stężenie jak w badaniu w którym ginęły komórki nowotworowe.

Dobra, ale może lepsze wyniki da się uzyskać sprawdzając wzrost stężenia zaraz po spożyciu, weźmy badanie gdzie jest mniej liczenia i mniejsze ryzyko, że pomylę się o trzy zera:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/22439822

100 mg hesperetyny w pokarmie o najlepszej biodostępności spowodowało krótkotrwały wzrost jej stężenia we krwi do wartości ~300 ng/ml. Tu mamy dużo prościej, bo podano wyniki w gramach na mililitr. Jedząc 1000 mg (1 gram), będziemy mieć 3000 ng/ml, czyli 3 mcg/ml. Dalej musimy to pomnożyć razy 1000, ale mamy „realniejsze” wartości jednego kilograma. Mam nadzieję, że to pozwala spojrzeć z odpowiedniej perspektywy na wyniki tych badań i zrozumieć, że aby mniszek faktycznie leczył – trzeba znaleźć substancję, która działa, po czym wyprodukować jej koncentrat, który być może będzie można stosować.

Przy okazji prosiłbym, żeby ktoś kto zna się na tym nieco lepiej ode mnie sprawdził te obliczenia. Wracamy do analizy badania:

Czy sprawdzano toksyczność dla normalnych komórek – owszem, przeżyły nienaruszone, nawet przy najwyższych stężeniach.

Czyli mamy coś, co – pod warunkiem, że uda się utrzymać tego stężenie w okolicy guza takie, jak w badaniu – wyrżnie w 48 godzin połowę jego komórek. W praktyce klinicznej wyszukuje się tę substancję, która zadziałała, podaje się choremu w postaci kroplówki, uzyskując bardzo wysokie stężenia – tak własnie wygląda chemioterapia. Na początek jednak przeprowadza się próby na zwierzętach.

Mamy też drugie badanie:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/22647733

Tym razem sprawdzono prawdziwego mordercę – raka trzustki. chorobę mającą 100% śmiertelności. Tak, 100% – nigdy nikogo nie udało się jeszcze z niej wyleczyć jeśli zaczęła dawać objawy, w każdym razie nie z użyciem metod oficjalnych, te nieoficjalne nawet jak miały sukcesy, nigdzie nie zostały one opisane. W badaniu użyto stężeń od 0,5 mg/ml do 7,5 mg/ml. Nie dość, że komórki były zabijane, to na dodatek „zapamiętywały” sygnał do popełnienia samobójstwa, nawet po tym, jak ekstrakt z mniszka został usunięty. Tutaj podobnie, nie było żadnego negatywnego wpływu na zwykłe, zdrowe komórki. Tak, zgadza się – dużo ponad 90% komórek zostało zabitych przy najwyższym stężeniu, utrzymywanym przez kilka dni.

Czy oznacza to, że mamy „lek na raka”? Niekoniecznie. Jak pisałem, jest bardzo wiele niewiadomych. Czy uda się wprowadzić do organizmu taką ilość, nie zabijając go? Czy uda się utrzymać na tyle długo, by miało to jakiś efekt? Czy substancja aktywna dotrze do komórek nowotworowych?

W związku z tym absolutnie niedopuszczalne jest twierdzenie, że jedząc korzeń mniszka wyleczymy nowotwór. Ale równie niedopuszczalne jest mówienie, że takie coś na pewno nic nie da. Nie znamy farmakokinetyki jego substancji aktywnych, może się okazać, że są one koncentrowane w okolicach guzów, dając bardzo wysokie stężenia. Ale może też okazać się, że nawet jedząc 10 kg korzenia dziennie, nie uzyskamy nawet minimalnego stężenia niezbędnego do wywołania efektu. Może trzeba będzie poczekać, aż ktoś wyizoluje aktywną substancję, opracuje w formie wlewu, taki wlew z reguły zawiera też inne substancje – zwiększające wchłanianie właśnie przez guz, zmniejszające niszczenie ich przez wątrobę czy wydzielanie przez nerki.

Czasem takie badania przynoszą zaskakująco dobre efekty, tutaj na przykład ekstrakt z zielonej herbaty, spożywany przez myszy w pokarmie, okazał się skuteczniejszy od chemioterapii:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/10942245

Dawki ekstraktu z zielonej herbaty stosowane w badaniach potrafiły być naprawdę bardzo duże, przez co ich stosowanie w domowej terapii byłoby dość trudne, ale tu jest badanie, w którym obecne w diecie w ilości 10% tanie jak barszcz mielone siemię lniane zmniejszyło tempo wzrostu czerniaka o 63%

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/9500208

Było jednak bardzo wiele badań, w których coś, co bardzo obiecująco wyglądało pod mikroskopem, w ogóle nie radziło sobie w organizmie.

Podsumowując – tak, warto jeść korzeń mniszka, gdy jest się pacjentem onkologicznym, jako że jest relatywnie mało szkodliwy (a nawet zdrowy) i śmiesznie tani, ale trzeba pamiętać, że ma on duży wpływ na działanie chemioterapii, którego nie sposób tu opisać, jako że na każdy lek wpłynie to inaczej. Jakby kogoś interesowały szczegóły – zmniejszy się aktywność CYP1A2 oraz CYP2E, natomiast nie powinno wpłynąć na aktywność CYP2D oraz CYP3A, tak przynajmniej było u gryzoni. Prowadzący lekarz będzie wiedział, co to znaczy i czy wpłynie na te „normalne” leki, które stosuje.

Nie wolno jednak opierać się na nim jako na „cudownym leku”, bo szanse na to, że mniszek faktycznie zadziała gdy się go po prostu zje są bardzo niewielkie. Musiałby zostać spełnionych naprawdę bardzo dużo założeń, kto wie, może koncentruje się w guzach, może jest akumulowany przez komórki… jest jednak o wiele, wiele większe prawdopodobieństwo, że mniszek nic nie da, może w przyszłości, gdy zostaną opracowane bardzo mocne koncentraty do wlewów dożylnych… Są inne zioła, które przeszły z powodzeniem drugą fazę – faktycznie pomogły zwierzętom, gdy podano im je do zjedzenia. W dalszym ciągu może się okazać, że w organizmie człowieka zachowają się inaczej, ale tutaj prawdopodobieństwo, że coś dadzą, jest o niebo większe.

Nic nie jest ukrywane, nie ma żadnego „cudownego środka”, który można kupić w zielarskim czy zebrać na łące, komórki nowotworowe ginęły przy stężeniach nie do uzyskania drogą normalnej suplementacji – mowa tu o konieczności zjadania kilkuset kilogramów korzenia mniszka dziennie. Faktem jest, że powinno się go dokładnie przebadać, wyizolować to, co działa, wyprodukować na tej bazie leki.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

Analiza filmu Zięby „Jak uzupełniać kolagen”.

Zazwyczaj nie tracę czasu na czytanie książek czy oglądanie filmów ludzi, którzy określają się jako „mądrzejsi od naukowców” – podawane przez nich rozwiązania są co prawda łatwiejsze w zrozumieniu i ciekawsze, niż nauka, ale jednocześnie prawie zawsze są stekiem bzdur. Nauka ma to do siebie, że jest trudną, długotrwałą pracą, wymagającą poświęcenia całych lat swojego życia, prawdziwe rzeczy rzadko kiedy są „szybkie, łatwe i przyjemne”. Są niestety popularne – łatwiej powiedzieć „szczepionki robią autyzm!”, niż poświęcić kilkanaście lat na studiowanie immunologii.

Dla tego filmu zrobiłem wyjątek, jako że link podesłała mi osoba którą znam na żywo, na dodatek to tylko niecałe 9 minut. Przyjrzyjmy się temu, co wygaduje Zięba i porównajmy to z tym, jaka jest prawda.

Na początek pozwolę sobie na przykład – jak łatwo można wpaść w pułapkę szarlatanów, którzy machają ludziom przed oczyma wynikami badań. Szarlatan mówi „Wiemy, że jeśli samochód ma 4 koła, to pojedzie z prędkością 100 kilometrów na godzinę” – tu następują linki do badań, gdzie faktycznie, czarno na białym stoi – badali to, samochody jadą 100 na godzinę na 4 kołach. „Logiczne jest więc, że jak będzie miał osiem kół, to pojedzie 200 na godzinę! Mechanicy to ukrywają! U mnie na stronce można kupić dodatkowe kółka, to prawda, mam na to badania!” (i tu kolejny link do badania, w którym samochód z 4 kołami jedzie 100 na godzinę).

Dokładnie tak samo jest z suplementami. Organizm ludzki, jeśli ma odpowiednią ilość powiedzmy witaminy C, będzie syntetyzował kolagen. Jeśli witaminy C zabraknie, przestanie go syntetyzować. Czy to oznacza, że zwiększenie jej ilości dwukrotnie sprawi, że nagle będzie syntetyzował dwa razy więcej? Jest to dokładnie tak samo logiczne, jak myślenie, że doczepienie dodatkowych kółek do samochodu zwiększy jego szybkość. Niestety, taką właśnie „logiką” posługują się samozwańczy eksperci internetowi.

A teraz wróćmy do samego filmu. Robiłem w czasie jego trwania notatki, wybierając kluczowe zwroty, które stanowią niejako „oś” rozumowania.

Pierwsze twierdzenie:

Oficjalne zapotrzebowanie na witaminę C to 90 mg, ale to wystarczy zaledwie na to, by powstrzymać szkorbut, prawdziwe zapotrzebowanie jest o wiele większe.

I tu mamy pierwsze kłamstwo. Szkorbut zostaje powstrzymany dawką 6,5-10 mg na dobę, rekomendowane spożycie jest 9-14 razy wyższe. Czy jest wystarczające – można się kłócić w nieskończoność, chodzi tu jedynie o pokazanie kłamstwa, albo może rażącej niewiedzy. Linki do badań można znaleźć chociażby w tym opracowaniu:

http://apps.who.int/iris/handle/10665/66962

Jedziemy dalej:

Zapotrzebowanie może być dużo większe, w zależności od sytuacji

Tutaj mamy ukryte przesłanie podprogowe – „musicie brać suplementy, ale nie wiemy, jak dużo”. Przyjrzyjmy się badaniu:

http://ebn.bmj.com/content/12/2/48.full

14 641 mężczyzn, średnia wieku 64 lata, dostawało przez przez średnio 8 lat witaminę C (500 mg) plus placebo, witaminę E (400 IU) plus placebo, mieszankę ich obydwu albo podwójne placebo. Sprawdzano, czy w jakikolwiek sposób wpłynie to na ryzyko śmieci z powodu choroby serca, wylewu albo po prostu czy przedłuży życie. Ani witamina C, ani E nie miały najmniejszego wpływu na długość życia, nie uratowały tez nikogo przed zawałem czy udarem.

Jest jeszcze metaanaliza:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4666862/

Tu z kolei okazało się, po badaniach pod kontrolą placebo na ponad 60 000 osobach, że witamina C nie ma żadnego wpływu na ryzyko raka.

„Nie wiemy, jakie jest zapotrzebowanie, ale na pewno dużo większe niż się zaleca, każdy powinien ją brać, a najlepiej to truskawki nią sypać zamiast nawoz.. zamiast cukrem” – to ja przepraszam, że tak zapytam, ale jakie to choroby pojawiają się, gdy nie kupi się od pana Zięby białego proszku? Skoro te niedobory mamy, to coś złego musi się z nami dziać, prawda? Rygorystyczne badania wykazały, że nie owe mityczne niedobory nie powodują raka, miażdżycy, nie skracają w żaden sposób życia, nie powodują osteoporozy, nie zwiększają ryzyka zachorowania na grypę czy przeziębienie. To co one w końcu robią? Co mi się stanie, jak nie dam Ziębie pieniędzy za biały proszek?

Po zabiegu operacyjnym poziom witaminy C spada do zera, pacjent jest na granicy szkorbutu

No niestety, panie Zięba, sprawdzono to dawno temu i nie jest to prawda. P zabiegach operacyjnych poziom witaminy C faktycznie spada, ale nie zmniejsza się jej bufor – czyli organizm w dalszym ciągu ma bardzo duże zapasy, zaś spadek poziomu we krwi jest wynikiem zmiany proporcji białych krwinek:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/3767294

Są głosy, by witaminę C podawać, jako że może ona pomagać zwalczać stres oksydacyjny, ale żeby twierdzić, że pacjent jest na granicy szkorbutu? Litości. Takie coś może mieć miejsce w skrajnych przypadkach – gdy pacjent jest krytycznie chory, z ciężką infekcją pooperacyjną bądź z urazem wielonarządowym.

Przy zatruciu grzybami zapotrzebowanie na witaminę C drastycznie rośnie.

Nie. Faktycznie stosuje się ją w megadawkach dożylnie przy zatruciu muchomorem sromotnikowym, ale chodzi tu o zalanie organizmu wszystkim, co może w jakikolwiek sposób pomóc – wlewa się litry substancji która konkuruje z trucizną o dostęp do enzymów, przez co zapycha się szlak metaboliczny i trucizna nie dociera tam gdzie powinna, wlewa się substancję w ogóle wyłączającą ten enzym, a także wszystko, co tylko może w jakikolwiek sposób zmniejszyć uszkodzenia – witamina C gra tutaj swoją rolę, ale jest ona niewielka. Nie chodzi o to, że „nagle wzrosło zapotrzebowanie”, bo nie wzrosło. Walczy się o to, by przeżyło chociaż trochę komórek wątroby, a jeśli jest nawet cień szansy, że gigadawki witaminy C połączą się z wolnymi rodnikami zanim te zniszczą mitochondria komórki wątrobowej – próbuje się.

Posypywałbym jedzenie witaminą C

Oho, już wiemy, która korporacja farmaceutyczna wspiera Ziębę – dentyści! Szkliwo rozpuszcza się gdy pH spadnie poniżej 5,5, zaś witamina C ma pH 2,3. Pod tym linkiem można pooglądać zęby pana, który przez kilka lat przegryzał suplementy z witaminą C, czyli jego zęby miały z nią bezpośredni kontakt:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4137695/

Kolagen powinniśmy mieć z pożywienia

Nie, nie powinniśmy. To nie jest, tak, że żeby mieć zdrowy kolagen, trzeba jeść kolagen. Żeby mieć sprawne palce nie jemy palców, dla zdrowych włosów nie jemy włosów, nie gryziemy zębów żeby mieć zdrowe zęby. Kolagen faktycznie jest ważny i jego struktury w organizmie to coś, o co powinno się dbać, ale cały „trick” polega nie na tym, żeby go „jeść”, ale by pozwolić organizmowi na optymalną budowę.

I tu jest ten problem, o którym pisałem. Nauka jest trudna, spiski są proste. Spiskowiec powie „jedzcie kolagen” – i wszyscy zadowoleni, bo mają proste rozwiązanie problemu. Naukowiec zacznie wymieniać wszystkie warunki, które muszą być spełnione, by ten kolagen był prawidłowo budowany – w połowie listy przeciętny zjadacz chleba przestanie słuchać. Po co, co ten jajogłowy może wiedzieć, tu mi taki pan w internecie powiedział że wystarczy zjeść kurzą nogę.

No niestety, jak to mówią – mnie oszukasz, przyjaciela oszukasz, mamusię oszukasz ale życia nie oszukasz. Można zjeść wszystkie kurze nogi na świecie, a nasza struktura ani odrobinę się nie poprawi – bo organizm nie będzie mógł ich wykorzystać.

No ale przejdźmy do sedna:

Kolagen trzeba uzupełniać.

Właśnie. Trzeba czy nie? Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie, a skoro nie ma, jakim prawem rzuca się takie twierdzenia? Wszystko sprowadza się do pytania, czy mamy w diecie odpowiednią ilość glicyny, proliny i hydroksyproliny. Są to aminokwasy, z których organizm bez problemu zbuduje włókna kolagenowe – o ile ich potrzebuje. Ale czy ktokolwiek może mieć tego niedobory? Chyba tylko osoby z ciężką anoreksją. Są jeszcze przypadki schorzeń, w których produkcja w organizmie jest upośledzona. Wtedy „zalanie” go nadmiarem może mieć pozytywny efekt.

Nasz organizm bez przerwy buduje kolagen. Nie ma z tym żadnych problemów, od urodzenia jak widać wytworzyło praktycznie cały, z jakiego się składamy. Nic nie trzeba było uzupełnić, są ludzie którzy od urodzenia nie zjedli kawałka mięsa, czyli nigdy nie mieli kontaktu z kolagenem z zewnątrz – a ich ciała wytworzyły wszystko tak, jak trzeba.

To jest bardzo proste – zjadamy dowolny pokarm, który zawiera białko. Prawie na pewno będzie się w nim znajdować prolina i glicyna, a nawet jeśli jakimś cudem ich nie będzie – organizm potrafi je syntetyzować z innych. Następnie są one wbudowywane we włókna kolagenowe, razem z innymi aminokwasami. I to wszystko, cała tajemnica.

Innym problemem są specyficzne choroby, w których synteza włókien z proliny i glicyny nie idzie jak trzeba. Wtedy być może warto przyjmować je w postaci peptydów. Sprawia to, że organizm nieco łatwiej dostarczy je na miejsce, bo pomija się jeden z kilkunastu etapów budowy. Możliwe nawet, że uda się go „oszukać” i wymusić nadprodukcję, co może mieć pozytywne efekty – ale może też mieć nieprzyjemne. Tego nie wiemy, bo po prostu tego nie badaliśmy. Rzucanie twierdzeń „trzeba uzupełniać” jest mocno na wyrost, bo równie dobrze może się okazać, że kolagen dostarczany z zewnątrz zaburza naturalny proces jego tworzenia przez nasze ciało i po kilku latach od suplementacji będziemy mieli problemy.

Warto tu zaznaczyć, że nadmiar kolagenu w diecie (ponad 20 gramów dziennie) bardzo szybko doprowadzi do nieprzyjemnych objawów. Jest on białkiem „niepełnym” – nie zawiera wszystkich niezbędnych do życia aminokwasów, przez co prowadzi do niedoboru tych brakujących, zostają one wyparte przez nadmiar pozostałych. Między innymi zostanie zablokowane przyswajanie tryptofanu przez mózg, a także przyswajanie tryptofanu w diecie, co skończy się w najlepszym wypadku ciężką depresją, ale były przypadki śmiertelnych powikłań. Reklamując ludziom suplementację, warto wspomnieć o takim „drobnym” szczególe jak to, że nadmiar zabija. No, chyba że się o tym nie wie…

Wywar z kurzych łapek to najlepszy kolagen

Niezupełnie, najlepszym kolagenem jest rybi, jego spożycie najmocniej i najrówniej podniosło stężenie peptydów, przy czym nie ma to większego znaczenia – innych można po prostu jeść więcej:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/17253720

Jak się zresztą okazuje, najzwyklejsza w świecie żelatyna całkiem dobrze się przyswaja, w formie peptydów:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/25410396

Co o suplementacji mówią badania?

Grupa sportowców otrzymywała go przez 24 tygodnie, czyli prawie przez pół roku:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/18416885

Jak na pół roku codziennego picia 10 gramów kolagenu o znacznie zwiększonej przyswajalności, efekty nie są oszałamiające. Owszem, była poprawa parametrów związanych z bólem, ale niewielka, a u niektórych osób było nawet pogorszenie. Mowa tu o młodych sportowcach, u których zarówno wykorzystanie dietetycznego kolagenu, jak i zapotrzebowanie na niego jest o wiele większe, niż u przeciętnej osoby, więc w tej grupie suplementy siłą rzeczy musiały dać znacznie lepsze efekty.

W tym badaniu również okazało się, że lekko poprawiły się parametry związane z bólem stawów, po półrocznej suplementacji:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/19212858

Badania sugerują również poprawę uelastycznienia i jędrności skóry, nikomu oczywiście nie cofną się od tego zmarszczki, ale efekt optyczny może być widoczny.

Reasumując, wygląda na to, że suplementacja kolagenu przynosi bardzo niewielką poprawę. W praktyce, aby uzyskać zadowalające efekty, trzeba brać go nawet przez kilka lat. Nie wiadomo, czy nie powoduje skutków ubocznych. Dotychczas przeprowadzone badania sugerują, że raczej warto go brać, ale nie należy spodziewać się cudów

Jest tu jedno drobne „ale”. Kolagen (czy w ogóle żelatyna) zawiera glicynę. Jest ona aminokwasem, który bardzo mocno ułatwiał w badaniach zasypianie i poprawiał jakość snu, na dodatek był w nich stosowany w niemal identycznych dawkach, jakie otrzymywali pacjenci w suplementach kolagenu. To mogło wypaczyć wyniki – osoby, które lepiej śpią, mają znacznie lepszą regenerację. Możliwe, że identyczne wyniki jak suplementacja dałoby po prostu zwiększenie komfortu snu, że żelatyna jako taka w żaden sposób nie wpłynęła na zdrowie pacjentów, a pomogło im to, że lepiej po niej spali.

No dobra, a teraz coś, co nie pojawiło się w programie, a co przez połączenie  tematu wykładu, tytułu filmu i rzuconą uwagę dla każdego stało się „oczywiste” – co z witaminą C? Czy jej suplementacja w jakikolwiek sposób wpłynie na kolagen? Widzę, że Zięba bardzo duży nacisk kładzie na ten proszek, co prawda już w setkach badań udowodniono, że on nie działa – podawali go dożylnie chorym na raka bez żadnego efektu (tak, sprawdzono to, naprawdę), podawali przez całe lata ludziom pod kontrolą placebo, by sprawdzić, czy chroni przed ryzykiem powstania nowotworu, czy pomaga zapobiegać zawałowi serca – nic, zero. To po prostu bezwartościowy proszek. Ale może pomaga na kolagen? Przyjrzymy się:

Nie ma tu żadnych dostępnych badań, ale można pójść naokoło. Wiemy, że kolagen poprawia stan kości – przyspiesza regenerację po złamaniu, zapobiega w jakimś (niewielkim) stopniu osteoporozie. Gdyby witamina C faktycznie wspomagała syntezę kolagenu, jej podanie powinno przy złamaniach czy przy osteoporozie zadziałać tak, jak podanie tegoż kolagenu. Jeśli suplementacja nic nie da, będzie ona jak dodatkowe cztery koła doczepione do samochodu.

No cóż… nie miała ona żadnego wpływu na gęstość kości:

klik!

Nie miała też żadnego na regenerację po złamaniu:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/25187584

Wnioski są odrobinę na wyrost, bo badania, w których kolagen opóźniał proces osteoporozy oraz ułatwiał zdrowienie po złamaniu przeprowadzono na zwierzętach, ale nic lepszego nie mamy. Zresztą, nawet jeśli te badania na zwierzętach nie przekładają się na ludzi, brak efektu witaminy C musi oznaczać jedną z dwóch rzeczy: albo nie wpływa ona na kolagen u człowieka, albo też kolagen nie wpływa na kości.

Na koniec coś, co mnie rozłożyło na łopatki – parówki to zdrowa żywność, bo bez chemii. Nie to co te wszystkie inne rzeczy, które mają te różne dziwne barwniki i konserwanty, na przykład E 300 (radzę wpisać w google, to bardzo niebezpieczna chemia!). Parówki to samo zdrowie jest. Taaaa, ja wiem, że ludziom to smakuje, że ludzie CHCĄ to słyszeć, że będą podążali za kimś, kto im będzie takie rzeczy mówił (dlatego Mercola mówił ludziom, że rzucanie palenia jest niezdrowe, często też słyszy się o nowym odkryciu cudownych właściwości piwa czy wina). Słyszałem, że Zięba poleca ludziom dietę, która w badaniach klinicznych po pół roku zapchała ludziom tętnice, wrzucając ich w stan przedzawałowy, w innych – kilka tysięcy (!) razy zwiększyła ryzyko kamieni nerkowych. I wmawia, że to najzdrowszy sposób odżywiania.

Jak ktoś tak mocno odkleił się od rzeczywistości, może faktycznie uwierzyć w to, że parówka jest „naturalna” i „zdrowa”. W praktyce jest to „jedzenie” najbardziej nafaszerowane chemią ze wszystkiego, co tylko znajduje się na półkach sklepowych, z reguły z najgorszych gatunków mięsa zwierząt, które były karmione najmniej wartościowym pokarmem, na dodatek pływa w tłuszczu nasyconym. Tak, wiem, są tacy którzy uważają, że „obalono mit” tłuszczu nasyconego. Ilość naukowców, którzy się z tym zgadzają jest mniej więcej zbliżona do odsetka zgadzającego się z tym, że Ziemia została stworzona parę tysięcy lat temu, a kości dinozaurów podrzucono, by testować naszą wiarę. A tu można na obrazkach pooglądać, jak wyglądały tętnice małp, które dostały do jedzenia tłuszcz nasycony:

http://atvb.ahajournals.org/content/15/12/2101.long

 

Podsumowując – straciłem 9 minut życia na słuchanie bredni, a potem parę godzin na pisanie o tych bredniach.

Opublikowano Bez kategorii | 30 komentarzy

Suplementacja miedzi

Trudny temat. Ciężko rozstrzygnąć, czy ten pierwiastek powinno się suplementować, czy raczej unikać. Oficjalna medycyna umywa ręce, nieoficjalna dzieli się na dwie grupy – jedna część chce w ogóle zdelegalizować miedź i wyrzucić ją z powszechnie stosowanych suplementów, druga – namawia, by każdy brał jej jak najwięcej. Można spotkać zarówno osoby, które uważają ją za główną przyczynę połowy chorób, jak i takie, które twierdzą, że to jej niedobór jest za to wszystko odpowiedzialny. Spróbuję w miarę racjonalnie i w zrównoważony sposób przedstawić wszystkie za i przeciw, ale chyba czytelnikowi pozostawię rozstrzygnięcie, kto ma rację.

Główną „zaletą” miedzi jest jej udział w procesie tworzenia dysmutazy ponadnadtlenkowej – pod tą skomplikowaną nazwą kryje się najsilniejszy antyoksydant, jakim dysponuje nasze ciało, wielokrotnie skuteczniejszy od witaminy C. Trwa spór o to, czy witamina C potrafi obniżać poziom miedzi – wiadomo, że wysokie dawki wywołują silny niedobór u zwierząt laboratoryjnych, jest niemal pewne, że identyczne zjawisko występuje u ludzi – wszystkie mechanizmy są takie same, nikt jednak nie prowadził badań nad megadawkami, z uwagi na dobro pacjentów. Umiarkowana suplementacja, w ilości 1500 mg na dobę po 2 miesiącach wywołała zmiany we krwi identyczne z tymi, jakie pojawiają się na początku niedoboru miedzi:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/6837490

Miedź można znaleźć w stanie surowym w naturze – tak właśnie wygląda.

Suplementacja miedzią, w ilości 2 mg na dobę wywołała wyraźny wzrost aktywności dysmutazy, co oznacza, że najprawdopodobniej poziom w diecie był nie wystarczający, by zapewnić pełną ochronę organizmu:

http://www.fasebj.org/cgi/content/meeting_abstract/21/5/A723-c

Jest wiele sensacyjnych stronek, na których podaje się miedź jako cudowny lek przeciw tętniakom, wylewom i żylakom. Badania nie potwierdziły tych rewelacji, osoby które zmarły na tętniaka miały taki sam poziom miedzi, jak te które zmarły z innych powodów. Faktem jest natomiast, że w badaniach na zwierzętach miedź chroniła przed rozwojem miażdżycy:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/10487484

Wiemy też, że osoby, które zmarły na zawał serca mają statystycznie niższy poziom miedzi, niż te które zmarły z innych przyczyn:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/10721936

Wiadomo, że niedobór miedzi może wywołać osteoporozę, ale nie jest do końca pewne, jaki odsetek przypadków jest nim wywołany, a także czy suplementacja może zapobiec chorobie. W niewielkiej próbie klinicznej 3 mg miedzi dziennie spowodowały niemal całkowite zatrzymanie postępu choroby w stosunku do grupy placebo:

http://onlinelibrary.wiley.com/wol1/doi/10.1002/(SICI)1520-670X(1996)9:3%3C87::AID-JTRA1%3E3.0.CO;2-E/abstract

Nie ma żadnych wiarygodnych badań, które pozwoliłyby na ocenę związku miedzi z ryzykiem raka. Wiadomo, że poziom tego pierwiastka bardzo mocno rośnie we krwi u chorych, przez co są dziesiątki badań które pozornie wskazują na miedź jako na przyczynę choroby – w rzeczywistości jest odwrotnie, to choroba sprawia, że rośnie jej stężenie we krwi.

I to warto podkreślić – jeśli mamy tego pierwiastka zbyt dużo we krwi, to przyczyną najprawdopodobniej nie jest nadmiar w diecie, ale jakiś czynnik wywołujący zwiększenie stężenia ceruloplazminy – stan zapalny, stres czy rozchwianie poziomu hormonów.

W chorobach Parkinsona i Alzheimera miedź zdaje się grać dość ważną rolę, nie wiadomo jednak do końca, jaką. Obecnie dość mocno broni się zarówno teoria, że jej nadmiar może przyspieszać rozwój schorzeń, jak i ta, że taki efekt może mieć niedobór.

Oddzielnym problemem są nerwice. W schorzeniach tych poziom miedzi jest bardzo mocno podniesiony. Podejrzewa się, że może ona być jednym z mechanizmów – nawet jeśli za wzrost stężenia odpowiada coś innego (na przykład zwykły stres wywołaną tą właśnie nerwicą dokonaj tej sztuki), to jednak jej nadmiar we krwi może w jakiś sposób wpływać na mózg.

Często jest tak, że „medycyna alternatywna” zwalcza jakiś objaw, bo zajmujący się nią „znachor” jest zbyt głupi, żeby zrozumieć różnicę między przyczyną a skutkiem. W efekcie przypomina to szamańskie techniki pudrowania krost u chorego na ospę – można wyleczyć ospę, a wtedy przy okazji te krosty znikną, ale to nie zadziała w drugą stronę.

Taki właśnie mechanizm można zaobserwować u wielu „alternatywnych” zajmujących się tematyką miedzi – zauważyli oni, że osoby chore mają wyższy poziom, więc uznali, że to ona jest przyczyną. W rzeczywistości jest to zwykła reakcja organizmu na chorobę.

W przypadku nerwic może w tym być jednak ziarno prawdy, a może nawet więcej niż ziarno. Ciężko jednak rozstrzygać, czy faktycznie istnieje tu związek przyczynowo skutkowy. Wiadomo, że osoby cierpiące na nerwicę mają bardzo duże niedobory cynku, wiadomo też, że taki niedobór powoduje zwiększony poziom miedzi. Coś, co niektórzy uważają za „toksyczność” może być najzwyklejszym objawem niedoboru cynku. Osobiście dość długo zmagałem się z nerwicą, ona zresztą sprawiła, że zainteresowałem się medycyną. Do tej pory zdarza mi się, że miewam stany podwyższonego lęku, jednak nawet bardzo duże dawki miedzi w żaden sposób na to nie wpływały.

Nieco inaczej sprawa przedstawia się w schizofrenii. W tym schorzeniu nie tylko jest dużo wyższy poziom interesującego nas pierwiastka, ale też bardzo wyraźnie koreluje on z atakami. Tu również jest możliwość, że to po prostu kombinowany efekt niedoboru cynku, który bardzo często mają, a także zmiany poziomu hormonów, co może wywołać zwiększenie poziomu miedzi we krwi, niemniej hipoteza związku przyczynowo – skutkowego jest tu nieco mocniej uzasadniona.

Jak pisałem – ciężko rozstrzygnąć, czy powinno się stosować suplementy, czy nie. Jest tylko kilka solidnych badań, na których można się oprzeć. Żadna próba kliniczna nie wykazała negatywnych efektów. Jest jednak niemal pewne, że niektóre osoby są o wiele bardziej narażone na niedobór, przez co w ich przypadku stosowanie suplementacji jest dość mocno wskazane. Są to osoby, które stosują wysokie dawki cynku, witaminy C albo żelaza. Te trzy substancje powodują dość silne wypłukanie miedzi z organizmu, co może nieść ze sobą poważne konsekwencje.

Suplementy można kupić w aptece, są jednak dość drogie. Dla lubiących zabawy w małego chemika – można wykonać je samodzielnie. Należy wziąć 5 gramów pięciowodnego siarczanu miedzi i rozpuścić w litrze wody. Jeden mililitr takiego roztworu będzie zawierał 1,3 mg miedzi. Uwaga – miedź w nadmiarze jest bardzo silną trucizną, jeśli ktoś nie potrafi gramów od dekagramów odróżnić, niech się za to nie bierze. Zarówno apteczne suplementy, jak i „samoróbki” trzeba trzymać w miejscu niedostępnym dla dzieci. Siarczan miedzi jest ohydny w smaku i rozpuszczenie nawet 2 mililitrów w szklance wody sprawi, że jej wypicie będzie sporym wyzwaniem – radzę nie robić tego na pusty żołądek i nie pić całej szklanki od razu. Podobnie suplementy apteczne – lepiej nie brać ich na czczo.

Dawkowanie dla chętnych – 1 mg z suplementów powinien razem z tym, co mamy w diecie bez problemu zapewnić pełnię zdrowia, 3 mg wydają się dobrym rozwiązaniem przez pierwsze miesiące, jeśli podejrzewamy niedobór. Nie powinno się przekraczać 5 mg.

Jeśli ktoś ma niewyjaśnione objawy, zwłaszcza  wiążące się z wątrobą, powinien wcześniej upewnić się, że nie ma choroby Wilsona – rzadka genetyczna przypadłość, w której bardzo mocno rośnie poziom miedzi w organizmie. Zwykłe testy nie będą tu pomocne – poziom we krwi jest często nawet zaniżony, pomimo tego, że w wątrobie jest tysiące razy powyżej normy.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Śmierć po suplementacji witaminy C – opis przypadku.

Główny problem z alternatywnymi metodami jest taki, że zazwyczaj zajmują się nimi ludzie, którzy w ogóle nie znają się na medycynie, ba – nawet na biologii. Ostatnio modne stało się powiedzenie „żyjemy w epoce postprawdy” – prawdą nie jest to, do czego doszli naukowcy przez dziesiątki lat analizy i kosztujących miliardy badań. Rację ma ten, kto zrobi lepszy wpis na fejsiku, blogasku, wrzuci film na jutuba. Prawdą jest ostatnio przeczytany post.

Żeby nie było – sam zajmuję się metodami alternatywnymi, owszem, jest całkiem sporo takich, które działają i zostało to udowodnione, ale z różnych powodów nie przedostają się do mainstreamu. Jest sporo takich, które mogłyby działać, bardzo wiele na to wskazuje, jednak ze zbliżonych powodów jak powyżej nikt tego nie sprawdza, nie prowadzi się badań. Niestety – na każdą taką działającą lub prawdopodobnie działającą metodę, przypada kilkaset czystej wody bredni.

Czasem jest tak, że metody faktycznie mogą działać, ale brak wiedzy medycznej zamienia coś, co jest dobrym pomysłem, w śmiertelną pomyłkę. Przykład dosłownie z wczoraj – dzwoni koleżanka, która złamała nogę, pyta czy mam witaminę K2,  bo w internecie przeczytała, że to wpływa dobrze na kości, pewnie pomoże się zrosnąć. Uświadomiłem jej, że mając nogę w gipsie, bierze leki przeciwzakrzepowe, których działanie zostanie przez witaminę K2 zneutralizowane – co prawda mechanizm ich działania nie do końca się pokrywa, jednak końskie dawki witamin z grupy K, jakie są w suplementach, mogą wpłynąć na krzepliwość, zwłaszcza gdy kończyna jest unieruchomiona. Konsekwencją może być zakrzepica, bardzo często kończąca się śmiercią.

Jedną z niebezpieczniejszych terapii „ery postprawdy” jest witamina C. Zazwyczaj sama w sobie nie jest groźna – chyba, że chory zrezygnuje ze skutecznego leczenia, by łykać bezużyteczny proszek. Tak, bezużyteczny – witaminę C sprawdzono na wszystkie sposoby, nie zapobiega miażdżycy, w żaden sposób nie wpływa na ryzyko raka, nie leczy nowotworów – tak, podawano ją w końskich dawkach dożylnie pod kontrolą placebo, nic nie dała: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3691494/

Co jednak, gdy ktoś uwierzy jakiejś książce czy filmikowi na youtube, na którym samozwańczy ekspert przekonuje, że nie da się jej przedawkować, że w żaden sposób nie może to zaszkodzić?

Jeden z odkrywców witaminy C, Albert Szent-Györgyi

Jak wiadomo każdemu, kto zajmuje się medycyną, witamina C powoduje zwiększone odkładanie się szczawianów wapnia w nerkach. Zazwyczaj nasilenie tego procesu jest niewielkie, do tego stopnia, że niektóre starsze badania, prowadzone krótko i z małymi dawkami nie wykazały żadnego wpływu – jednak takie, gdzie obserwowano prawie 50 000 pacjentów przez 11 lat pokazały, że suplementy witaminy C podwajają ryzyko pojawienia się kamieni nerkowych u mężczyzn: http://jamanetwork.com/journals/jamainternalmedicine/fullarticle/1568519

Prawdziwy problem pojawia się wtedy, gdy ktoś zacznie brać naprawdę duże dawki, rzędu kilku czy nawet kilkunastu gramów na dobę (są tacy, co biorą i kilkadziesiąt…). Jak ze wszystkimi niemal substancjami, toksyczność zaczyna drastycznie rosnąc wraz z przekroczeniem dawki, którą organizm potrafi zneutralizować – wypicie litra wody nikomu nie ma prawa zaszkodzić, wypicie dziesięciu zabije. Podobnie jest z witaminą C – przekroczenie dawek doprowadzi do lawinowego narastania procesów krystalizacji, co jest szczególnie groźne dla osób z predyspozycjami – uwarunkowaniami genetycznymi czy na przykład kogoś w podeszłym wieku.

Niedawno opisano przypadek, w którym starszy człowiek uwierzył filmom z youtube, a może jakiejś książce, i żeby poprawić swój stan zdrowia – kupił suplementy witaminy C. Wiadomo, że lekarze i naukowcy się nie znają, co on tam będzie ich słuchał, tu jest taka super ukryta terapia…

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/18714631

Sytuacja przypomina nieco film noir. Po dwóch tygodniach choroby, objawiającej się otępieniem, brakiem pełnego kontaktu z rzeczywistością i ogólnymi bólami całego ciała, 72 latek zgłosił się do szpitala. Twierdził, że nie brał żadnych leków, nie zażywał też żadnych substancji nie będących lekami. Lekarz w czasie wywiadu zauważył, że pacjent coś kręci, więc zapytał wprost, czy na pewno nie brał on żadnych dziwnych leków czy suplementów – pacjent po prostu przestał odpowiadać na pytania. Było jednak jasne, że jest on w pełni władz umysłowych i świadomy swojego postępowania, chociaż nieco oszołomiony.

Wyniki krwi dały wstępną diagnozę ciężkiej niewydolności nerek. Pacjenta zapytano o zgodę na inwazyjne metody leczenia (taka zgoda jest wymagana), w tym na podłączenie do sztucznej nerki, intubację czy do zestawu podtrzymującego życie. Poinformowano go wtedy, że prawdopodobnie umrze, jeśli nie zgodzi się na tego typu zabiegi, a najprawdopodobniej również przeszczep nerki. Pacjent powiedział, że rozumie, ale w dalszym  ciągu odmawia terapii, nie życzy też sobie, by o jego stanie zawiadomiono rodzinę.

Stan pacjenta zaczął się pogarszać, wkrótce komunikacja stała się niemożliwa. Pojawił się pomysł, by mimo wszystko uratować mu życie, jako że jego wcześniejsza decyzja mogła być podjęta w stanie zmienionej świadomości. Wtedy jednak ze szpitalem skontaktowała się rodzina pacjenta, po zapoznaniu się z sytuacją potwierdzili, że pacjent wierzy tylko w medycynę alternatywną, uważa wszystkie oficjalne metody za oszustwo i gdy był w pełni władz umysłowych wielokrotnie wyrażał wolę, by nie leczyć go tymi oszukańczymi, oficjalnymi metodami. Zgodnie z prawem, jego wola została uszanowana. Wkrótce potem pacjent zmarł.

Przyczyna niewydolności nerek była wtedy nieznana – miała to rozstrzygnąć sekcja zwłok. Okazało się, że nerki były kompletnie zapchane kryształami szczawianu wapnia, zaś w domu pacjenta znaleziono stos opakowań po witaminie C. Rodzina potwierdziła, że był zwolennikiem suplementacji w dawkach kilkunastu gramów dziennie.

Nie jest to pierwszy przypadek niewydolności nerek, ale pierwszy, który zakończył się śmiercią pacjenta – zresztą na jego wyraźne życzenie. Takie historie można mnożyć:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/23548555

Tu z nerkami pożegnała się pacjentka, którą namówiono na wlewy z witaminy C jako „skutecznej” terapii przeciw toczniowi układowemu.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/23830537

Tutaj historia jest nieco inna – co prawda to nie witamina, ale również „alternatywna” terapia, tym razem sokami z roślin, które zawierają duże dawki szczawianów. Inwalidami zostało 36 osób.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/3994472

W tym wypadku wina leżała po stronie lekarzy – wlew z 45 gramów witaminy C zabił pacjenta, całkowicie zapychając jego nerki szczawianami.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/10936161

W tym wypadku pacjent, który zniszczył sobie nerki megadawkami witaminy C zgodził się na terapię i został uratowany.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26271145

Podobnie było w tym wypadku.

Dla znakomitej większości ludzi witamina C jest bezpieczna, nawet w bardzo dużych dawkach. Nasz układ pokarmowy reguluje przyswajalność, zaś nerki doskonale radzą sobie z nadmiarem. I wszystko pięknie wygląda, dopóki nie trafi się ktoś, kto ma genetycznie nieco inaczej ustawiony próg tolerancji w układzie pokarmowym, albo również genetycznie słabszą zdolność do radzenia sobie z nadmiarem na poziomie nerek. Albo po prostu osoba starsza czy osłabiona.

Naprawdę warto zachować odrobinę zdrowego rozsądku, patrzeć krytycznie na to, co się przeczyta na blogach, w książce czy zobaczy na youtube. Nie wszystko, co widzicie w internecie, jest prawdą. Jest sporo terapii alternatywnych, które faktycznie działają i są bezpieczne, wiemy to, bo dokładnie je przebadano.

Opublikowano Bez kategorii | 12 komentarzy

Gdy boli kolano – mięsień pośladkowy średni

Ah, kochane kolanka. Jeden z najbardziej wrażliwych  stawów w naszym ciele. Każdy chyba zna  kogoś, kto musiał zrezygnować ze sportu, bo mu „kolana wysiadły”. Co może być dużym zaskoczeniem – bardzo często problemy z nimi biorą się z tego, że coś jest rozregulowane w zupełnie innej części naszego ciała.

Na początku chciałem przestrzec, żeby nie brać sobie tego co tu przeczytacie aż tak bardzo do serca. Ból kolan ma bardzo wiele różnych przyczyn, sztuczka którą niżej opiszę koryguje tylko jedną z nich, bardzo częstą, ale nie jedyną. Czasem ludzie biorą za pewnik wszystko, co przeczytają w internecie, boli kolano? To NA PEWNO ta przyczyna! Idealna sytuacja to właściwa diagnoza, niestety, żyjemy w Polsce. Moja dziewczyna miała problem z kolanami, poszła do lekarza – diagnoza. Ale jako że ma znajomości i mogła to zrobić za darmo, poszła też do drugiego – hmmm, kompletnie inna diagnoza… trzeba rozstrzygnąć, który miał rację, poszła do trzeciego. Dał jeszcze inną diagnozę, kompletnie różną od dwóch poprzednich. Każdy zalecał inne leki, inne ćwiczenia. Jeszcze ciekawsza była sytuacja z biegaczem, opisującym swój problem na  forum dyskusyjnym. Miał on najbardziej banalną, najzwyklejszą kontuzję, jaka tylko istnieje, coś co ma co czwarty biegacz. Był z tych u czterech lekarzy, którzy zrobili wszystkie możliwe badania, łącznie z usg, dostał cztery różne diagnozy i cztery różne zalecenia, łącznie z operacją i wycinaniem różnych rzeczy w środku. Ani jedna z tych diagnoz nie była trafna, ba, nawet nie zbliżyła się do prawdy. Znajoma opisywała problemy swojej matki ze stawem biodrowym – czterech lekarzy, cztery różne diagnozy i cztery różne zalecenia.

Pozostaje chyba próbować leczyć się samemu „w ciemno”. Na szczęście, opisana tutaj metoda jest całkowicie bezpieczna, nawet jeśli nie pomoże, to nie zaszkodzi. Co najwyżej ktoś straci trochę czasu, a nie zdrowia.

W Polsce nie mamy popularnej nazwy na tego typu schorzenie – czasem stosuje się określenie „kolano biegacza”. Nie ma chyba sensu zagłębiać się w terminologię – jeśli boli kolano, może to być „patellofemoral pain”. w tym wypadku opisane tu ćwiczenia mogą pomóc. Jeśli to coś innego – przynajmniej nie zaszkodzą, bo nie używa się przy nich kolana.

Od dawna teoretyzowano, że ból kolana bierze się z zaburzenia pracy bioder. Brzmi trochę nieprawdopodobnie, ale jest jak najbardziej spójne i logiczne. Jeśli mięśnie skręcające nogę w biodrze są osłabione albo przykurczone, kolano jest prowadzone pod nieco innym kątem. W efekcie rzepka jest nieco mocniej „ciągnięta” z jednej strony, słabiej z drugiej – dosłownie wylatuje ona ze swojej koleiny, którą powinna chodzić. Podobnie krzywe stawianie stopy może niszczyć kręgosłup – w naszym ciele jest dużo tak zaskakujących powiązań.

U grupy biegaczek, cierpiących na bóle jednego kolana, zmierzono siłę poszczególnych mięśni:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/17762354

Okazało się, że po stronie kontuzji, mięśnie odwodzące udo na zewnątrz oraz skręcające je były o wiele słabsze, niż po drugiej. Większość mięśni w biodrze była też o wiele słabsza, niż u zdrowych biegaczek.

W związku z tym, przeprowadzono próbę kliniczną, w której część osób z takimi problemami miała standardową terapię, polegającą na wzmacnianiu ud, zaś część – dodatkowo ćwiczenia korygujące pracę mięśni  odwodzących i skręcających udo na zewnątrz:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/19052244/

Jak się okazało, ból zmniejszył się tylko w tej grupie, która dodatkowo wykonywała ćwiczenia bioder.

Kluczem jest tutaj jeden malutki mięsień – pośladkowy średni. Jego rola to głównie stabilizacja biodra, ale dzięki temu „pilnuje” on, by podczas biegania, wchodzenia po schodach, schodzenia, kucania, skakania – kolano było prowadzone prawidłowo. Jego wzmocnienie jest banalnie proste i przynajmniej w części wypadków sprawi, że ból kolana zniknie.

Jak w tej reklamie – „odkrył jeden niesamowity trick, fizjoterapeuci go nienawidzą”. W tym wypadku jest to bardzo bliskie prawdy, bo siłę pośladkowego średniego koryguje się jednym tylko ćwiczeniem. Bardzo ładnie pokazali je na stronie exrx.net, którą zresztą polecam wszystkim ćwiczącym:

http://www.exrx.net/WeightExercises/HipAbductor/WtLyingHipAbduction.html

Większość osób podczas wykonywania tego ćwiczenia robi jeden mały błąd. Jeśli stopa nogi, którą zamierzamy ćwiczyć, jest skierowana w górę, a udo jest z przodu biodra – przede wszystkim będzie pracował nieco inny mięsień. Żeby się przed tym ustrzec, najlepiej mieć obie nogi proste, a nie jak na tym przykładzie jedną zgiętą w kolanie, noga będąca na górze musi być nieco z tyłu – można to osiągnąć, kładąc się przy ścianie, plecami do niej, w odległości około 20 cm, a podczas ćwiczeń dotykać tej ściany piętą. Dodatkowo warto lekko obrócić stopę tak, by palce były skierowane bardziej w stronę ziemi. Bardzo dobrze pokazano to na tym filmie:

Po pewnym czasie, gdy wykonanie nie będzie sprawiać problemu, warto dorzucić trochę ciężarków – można użyć obciążeń sportowych zapinanych na rzepy, stosować kij z ciężarkiem na końcu, jak w linku z exrx, albo po prostu przywiązać coś ciężkiego do nogi.

Jak w każdym ćwiczeniu siłowym, tak i tutaj obowiązuje zasada – trenujemy co kilka dni (nie codziennie), ale za to bardzo intensywnie. W badaniach lepsze efekty dało wzmocnienie mięśnia wytrzymałościowe, więc trening powinien nieco różnić się od typowo siłowego – powinno się wykonywać 12 do 20 powtórzeń, z takim obciążeniem, żeby pod koniec ledwo mieć siłę na uniesienie tej nogi.

To ćwiczenie jest najważniejsze, ale nie jedyne. Dodatkowo można wzmocnić mięśnie przywodzące, niestety – bardzo ciężko zrobić to w domu. Można kupić przyrząd zwany „motylkiem” lub „agrafką” i próbować ściskać go udami, lecz obciążenie jakie on generuje jest zbyt słabe, by dać widoczne efekty.

Nieco trudnym w wykonaniu, ale dość skutecznym ćwiczeniem może być to:

http://www.exrx.net/WeightExercises/HipAdductors/WTLyingHipAdduction.html

Tu również warto stosować obciążenia, zwykłe machanie nogami nic nie da – żeby ten mięsień spełniał swoją rolę i stabilizował biodro, musi urosnąć, a żeby urosnąć – musi dźwigać dużo, dużo kilogramów. Również robi się to co kilka dni, nie codziennie.

Można też dorzucić do tych ćwiczeń takie coś, co powinno nieco wzmocnić drobne mięśnie skręcające nogę:

I to tyle. Regularne wykonywanie tego pierwszego ćwiczenia, a najlepiej jeszcze  dodatkowo dwóch pozostałych powinno sprawić, że w kilka miesięcy problemy z kolanami znikną. Dotyczy to oczywiście tylko tych osób, które mają ten konkretny problem – ale jest to bardzo duży odsetek. Ćwiczenia mają tę zaletę, że nawet jeśli nie pomogą, nie mają prawa zaszkodzić.

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

Kalkulacja opłacalności szczepień – przykład odry

Postanowiłem napisać post o szczepieniach. To głupia decyzja, wiem. Grupa docelowa, która interesuje się zagadnieniem, dzieli się na dwa obozy – w jednym są ludzie bez żadnej praktycznie wiedzy, którzy są jednak przekonani o swojej wielkiej mądrości, uważający, że szczepionki to narzędzie depopulacji rządu światowego, robią autyzm i nie ma tu miejsca na żadną dyskusję. Drugi obóz, dla odmiany, nie ma praktycznie żadnej wiedzy, jest przekonany o swojej wielkiej mądrości i uważa, że wszystkie szczepionki bez wyjątku są dobre i nie ma tu miejsca na żadną dyskusję. Wyważony głos będzie – niestety – hejtowany przez obie strony. Ale chyba taki już mój los – zajmuję się alternatywą, ale krytykuję znakomitą większość alternatywnych podejść. Moi odbiorcy to bardzo nieliczna grupa osób, które chcą – i potrafią – rozważyć za i przeciw, zamiast od razu wybierać barykadę na której staną. Pamiętam, jak koleżanka podesłała mój artykuł o nowotworach swoim znajomym – były dwie reakcje, „co to za antynaukowy szarlatan” oraz „co to za sługus koncernów farmaceutycznych”.

Rozgadałem się, miało być o szczepionkach. O jednej – szczepieniu przeciw odrze. Wybrałem ją, jako że jest to jedna z najbardziej „opłacalnych” szczepionek, dla przykładu – szczepienie przeciw wietrznej ospie kosztuje 5 razy tyle, zaś ospa jest lekko licząc 10 razy mniej groźna.

Jestem leniwy, na dodatek nie mam za bardzo dostępu do narzędzi, pozwalających przeprowadzić obliczenia. Co więcej – nie mam tyle czasu, żeby to porządnie zrobić, w końcu to jest wpis na blogu, a nie praca doktorska. Oprę się na gotowej analizie, wyłapując jedynie co wyraźniejsze błędy, jeśli takowe będą:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/11666109

W dużym skrócie, zanim zabiorę się za badanie – na czym polega taka kalkulacja? Czasem obliczenia są bardzo trudne, bo na ile można wycenić ludzkie życie? Dlatego można przyjąć prostą zależność – ile pieniędzy będzie kosztować ocalenie jednego ludzkiego życia. Dużo ciekawsze – i praktyczniejsze – będzie jednak policzenie kosztów finansowych, z jednej strony zaszczepienia całej populacji dzieci, z drugiej zaś – opieki nad tymi dziećmi, które zachorują gdyż nie dostaną szczepienia. Poniższe obliczenia są robione na podstawie danych z USA, gdzie ceny opieki medycznej są absurdalnie wysokie, ale też odpowiednio wysokie są ceny szczepień.

 

Odra. No dobrze, może nie Odra, ale też ładna rzeka. W końcu nikt nie chce oglądać zdjęć chorych dzieci, prawda?

KOSZT CHOROBY

Takie obliczenia są dość skomplikowane – koszt zaszczepienia to nie tylko sama szczepionka, ale też zatrudniony do tego personel, koszt dojazdu do placówki, czas poświęcony na to, by tam dojechać, ryzyko, że wyłapie się jakieś schorzenie w przychodni, reakcje poszczepienne i tak dalej.

Z kolei koszty epidemii to nie tylko koszty leków i opieki szpitalnej, ale też czas, jaki rodzice muszą poświęcić na opiekę nad chorym dzieckiem (a więc kilka dni urlopu), koszty, które do końca życia będą musiały ponosić te dzieci, które zostaną inwalidami, zmniejszone zdolności zarabiania przez inwalidów i tym podobne.

Przyjrzyjmy się kalkulacji kosztu przypadku odry bez komplikacji:

  • 3 wizyty lekarskie
  • 7 dni straconych przez rodziców

W przypadku konieczności położenia dziecka do szpitala, co przytrafia się w co piątym przypadku:

  • 4 dni kosztów opieki szpitalnej
  • 4 wizyty
  • rodzice tracą 7 dni

W przypadku zapalenia mózgu, 1 przypadek na 1000

  • 3 dodatkowe dni w szpitalu
  • co 4 dziecko z tym powikłaniem ma trwałe uszkodzenie zdrowia
  • co piąte z trwałym uszkodzeniem będzie upośledzone w stopniu lekkim, trzy na pięć w stopniu średnim, jedno na pięć – bardzo ciężkim
  • koszty trwającej do końca życia terapii dzieci ze średnim upośledzeniem przekraczają 4 miliony dolarów, tych z ciężkim są o wiele niższe głównie dlatego, że średni czas życia takiego dziecka to 4 lata

Dodatkowo 1 dziecko na 300 umiera na skutek choroby.

Tutaj nieco się rozjeżdżamy. Celem przytoczonego badania było ustalenie, czy dodatkowe szczepionki będą opłacalne. Oznacza to, że naukowcy ci uwzględnili bardzo niską zachorowalność, uzyskaną dzięki zaszczepieniu ponad 80% dzieci, a obliczali korzyści z dodatkowych szczepień, pozwalających zwiększyć odporność do ponad 90% populacji.

W tym wpisie spróbuję skupić się na czymś innym. Wykorzystam wyniki, uzyskane przez naukowców, aby policzyć, jaki jest całkowity zysk lub strata programu szczepień przeciw odrze. Wykorzystam ten artykuł, zamiast innych skupiających się bezpośrednio na omawianym tutaj problemie głównie dlatego, że w cytowanym przeze mnie naukowcy doszli do wniosku, że nie opłaca się dodatkowo szczepić. Myślę, że przyjęcie za punkt wyjścia takiego artykułu sprawi, że przynajmniej część antyszczepionkowców doczyta do końca.

Można jednak wstępnie przyjąć, że średni koszt jednego przypadku odry to 2000 dolarów.

KOSZT SZCZEPIONKI

Mamy pierwszy problem – koszt szczepienia. Ile tak naprawdę kosztuje szczepionka w USA? Myślę, że bardzo dobrą kalkulację przeprowadzono tutaj:

https://academic.oup.com/jid/article/189/Supplement_1/S131/821190/An-Economic-Analysis-of-the-Current-Universal-2

Uwzględniono w niej 5$ kosztów dojazdu do szpitala, 15$ kosztów ponoszonych przez ten odsetek rodziców, którzy szczepią się prywatnie, koszt samego szczepienia, koszt 2 godzin które można wykorzystać do pracy. Uwzględniono nawet to, że dodatkowo szczepienia dostają ciężarne matki, u których nie wykryto odporności przeciw różyczce.

Pozostaje jeden problem – skutki uboczne. Mamy oczywiście szereg badań, które pokazują, ile i jakich jest powikłań. Ale artykuł powinni przeczytać również antyszczepionkowcy, oni uważają, że co trzecie zaszczepione dziecko umiera, a co drugie zamienia się w zombie. Faktem jest, że w badaniach oceniających skutki uboczne czegoś, co potem badający chce nam sprzedać, są przekłamania. Ale na jaką skalę?

Czy antyszczepionkowcy będą zadowoleni, gdy po pierwsze uwzględnię skutki uboczne dla potrójnego szczepienia (różyczka, świnka, odra), uwzględniając korzyści tylko jednego z nich, po drugie – pomnożę ich koszty dziesięciokrotnie? W praktyce oznacza to, że w moich obliczeniach założę dwadzieścia razy więcej kosztów skutków ubocznych, niż wychodzi w oficjalnych badaniach. Uwzględnię też koszt potrójnej szczepionki, analizując ją tylko dla jednej, co dodatkowo mocno wpłynie na jej niekorzyść.

Innymi słowy, przyjmując ekstremalnie niekorzystne dla szczepień założenia, roczny koszt szczepienia przeciw odrze w USA wynosi około 450 milionów dolarów.

SKUTECZNOŚĆ SZCZEPIEŃ

Koszt choroby. Chyba najważniejszy problem – ile byłoby przypadków odry, gdyby nie szczepionki? Co jest zastanawiające – na wszystkich rządowych stronkach wykres zachorowań jest obcięty w okolicach roku 1950. Proszczepionkowcy wykorzystują te wykresy, by pokazać, jak potężny impet miały szczepienia, wprowadzone około roku 1960.

Wejdźmy jednak na rządową stronkę, popatrzmy na ilość przypadków odry w roku 1920:

https://www.cdc.gov/mmwr/preview/mmwrhtml/00056803.htm

Zachorowało wtedy prawie pół miliona osób, a 7575 zmarło. Bardzo ciężko dotrzeć do danych, nie chcę wklejać wykresów z blogasków czy lolstronek, ale chyba taki link każdego zadowoli:

https://www.cdc.gov/nchs/data/vsushistorical/mortstatbl_1910.pdf

Rok 1910, 6598 zgonów, w poprzednim roku 4860. Dla porównania, w latach przed wprowadzeniem szczepionki umierało średnio 450 osób rocznie. W bardzo dużym stopniu było to spowodowane lepszą opieką zdrowotną i lepszym stanem zdrowia dzieci (eliminacja problemu głodu), niemniej podawanie danych tylko od 1958 jest po prostu próbą zafałszowania.

Uff, znalazłem.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1530127/pdf/amjph00726-0040.pdf

Wygląda na to, że śmiertelność z powodu odry zaczęła dramatycznie spadać długo przed wprowadzeniem szczepień, ale sama ilość zachorowań – ani drgnęła. Czyli nie mają racji ani antyszczepionkowcy, twierdzący że szczepienia nic nie dały i pokazujący wykres zgonów ostro pikujący w dół długo przed wprowadzeniem szczepień, ani proszczepionkowcy, pokazujący wykres zachorowań, który był praktycznie niezmienny do momentu wprowadzenia szczepionki. Tym razem prawda leży pośrodku. Szczepionki były jedynym czynnikiem, który zmniejszył ilość zachorowań, ale miały o wiele mniejszy wpływ na zmniejszenie ilości zgonów – za to w ponad 95% odpowiadają inne rzeczy.

Oznacza to, że bez szczepień, ilość przypadków zachorowań byłaby podobna jak w 1960 – liczmy, że jednak byłby jakiś wpływ poprawy naturalnej odporności i higieny i byłoby to 20 przypadków na 10 000 mieszkańców, albo inaczej – 0,65 miliona zachorowań rocznie. Ilość zachorowań w obecnych czasach dzięki szczepieniom jest tak niewielka, że po prostu pomijalna. Innymi słowy, szczepienia zapobiegają około 650 000 zachorowań rocznie.

Daje to roczne oszczędności 650 000 * 2000, czyli 1 miliard 280 milionów.

OPŁACALNOŚĆ

Oznacza to, że nawet dla bardzo mocno przerysowanych kosztów (cena potrójnej szczepionki zamiast pojedynczej, dwadzieścia razy większa ilość odczynów poszczepiennych niż to się oficjalnie uznaje), płacąc 450 milionów dolarów, oszczędzamy 1 miliard 280 milionów, 3 razy tyle.

Przyjmując oficjalne dane koncernów farmaceutycznych, mamy koszt szczepień wynoszący około 200 milionów, zaś koszt odry – niemal 6 miliardów. Płacąc 200 milionów, oszczędzamy 6 miliardów.

Jest jeden bardzo duży problem w tym badaniu. Chodzi o ilość powikłań po odrze. Od dobrych 70 lat nie było epidemii w kraju, gdzie dzieci są dobrze odżywione, a opieka medyczna na niezłym poziomie. W roku 1960 w Nowym Jorku było średnio 7 przypadków śmierci na 10 000 zachorowań. W badaniu przyjęto 3 zgony na 10 000. Jest to dokładne odzwierciedlenie ilości zgonów w stosunku do ilości zachorowań, które miały miejsce w USA kilkanaście lat temu, więc na pozór można przyjąć, że jest on prawidłowy. Ale pozory często mylą. W USA chorują głównie dzieci mocno osłabione, u których szczepionka się nie przyjęła, albo które w ogóle jej nie dostały. Oznacza to, że dla „statystycznego” dziecka, ryzyko zgonu z powodu odry (a także – proporcjonalnie – ciężkich powikłań) może być znacznie niższe. Bardzo często przyjmuje się ryzyko zgonu 1 na 10 000, a to oznaczałoby, że korzyści finansowe z programu szczepień mogą zrównywać się z kosztami jego prowadzenia.

Podkreślam – chodzi wyłącznie o korzyści finansowe. Liczymy tylko pieniądze, które matka i system opieki zdrowotnej będą musiały wydać na śliniącego się, bełkoczącego człowieka (a tak wygląda jedna ofiara odry na kilka tysięcy), a nie uczucia tych ludzi. Liczymy tylko to, ile osoba która umrze mogłaby zarobić i wnieść do systemu, a nie to, że mogłaby się tym życiem cieszyć.

DODATKOWY KOSZT

Skoro przyznałem część racji antyszczepionkowcom, teraz pora na argument, który zadowoli zwolenników szczepień. Wirus odry ma jedną paskudną właściwość – miesza z układem odpornościowym gospodarza:

http://science.sciencemag.org/content/348/6235/694

W praktyce oznacza to, że jeśli dzieciak przechoruje odrę, straci na kilka lat zdolność do obrony przed innymi schorzeniami – będzie trochę jak chory na AIDS, albo ktoś po ciężkiej chemioterapii. W ten właśnie sposób wirus odry może się rozwijać – atakuje on układ obronny swojego „gospodarza”, gdyby nie to, zostałby błyskawicznie przez niego zniszczony. Niestety, efekty tego ataku wirusa ciągną się bardzo długo. Nie uwzględniono tego w żadnym opracowaniu, na które się tutaj powoływałem.

Co to oznacza dla naszego modelu? Obawiam się, że koszty wynikające z przechorowania odry należy co najmniej podwoić, a może i nawet potroić.

Przyjmując teraz model pesymistyczny – czyli koszty choroby w wyliczeniach oficjalnych (6 miliardów dolarów rocznie), oficjalny koszt szczepień (200 milionów dolarów), a także podwojenie kosztów schorzenia – mam zaoszczędzone 12 miliardów (i bardzo wiele korzyści nieprzeliczalnych – uratowane życia, dzieci które nie będą inwalidami albo półidiotami) za 0,2 miliarda. Zysk sześćdziesięciokrotny.

Przyjmując model najbardziej optymistyczny – dalej przy podwojeniu kosztów choroby, mamy zaoszczędzoną dwa razy większą sumę, niż wydaliśmy na szczepienia.

CZY NIE LEPIEJ…?

Na koniec coś, o czym wszyscy zapominają. W opiece zdrowotnej trzeba uwzględnić jeszcze jedną rzecz, zanim wydamy pieniądze na narodowy program. Czy przypadkiem nie można wydać tych pieniędzy na inny program, przez co nasze korzyści będą o wiele większe?

Jakie korzyści przyniósłby program uświadamiający potencjalne matki, w jaki sposób uchronić swoje przyszłe dziecko przed autyzmem? Świadomość społeczna jest w tym temacie niemal zerowa, a przecież od dawna wiadomo, jakie są czynniki ryzyka i jak ich unikać. Ilość przypadków autyzmu można zmniejszyć – lekko licząc – dziesięciokrotnie. Roczny koszt tej choroby w USA to ponad 250 miliardów (!) dolarów, 50 razy więcej niż oficjalne zyski z wyeliminowania odry. Czy przypadkiem rozdanie przyszłym matkom broszur informacyjnych nie powinno mieć pierwszeństwa?

A inne choroby? Bez większych problemów można uniknąć ponad 90% przypadków cukrzycy, koszt tej choroby w USA to również około 250 miliardów dolarów. Co z chorobami serca, co z narodowym programem promocji nie tylko zdrowego trybu życia, ale i uzupełniania niedoborów pokarmowych, takich jak witamina D3? Ile przypadków chorób serca wynika ze zwykłego niedoboru magnezu i można ich uniknąć? Co z 200 miliardami, jakie kosztuje USA depresja każdego roku? Ile kosztowałby narodowy program dodawania EPA do masła, tak jak dodaje się jod do soli? Co z programem dodawania do wody pitnej litu?

Mam nadzieję, że ten wpis pobudzi Was do przemyśleń, starałem się postawić więcej pytań, niż dałem odpowiedzi.

Zapraszam też do dyskusji – na fanpage, w komentarzach czy na forum. Możliwe, że gdzieś w obliczeniach zrobiłem jakiś poważny błąd, może nawet machnąłem się o jedno czy dwa zera, jak ktoś zauważy, proszę krzyczeć.

Opublikowano Bez kategorii | 16 komentarzy