Stwardnienie boczne zanikowe

Co jakiś czas jestem o to pytany – pora, żeby zebrać wszystkie informacje w jednym miejscu, nie będę musiał za każdym razem pisać od nowa.

Na początek, złe wieści – przebieg choroby wyraźnie wskazuje na to, że nie wynika ona z żadnych niedoborów, infekcji czy zatruć. Schorzenia, które biorą się z takich „zmiennych” rzeczy mają to do siebie, że często same znikają, w momencie gdy ustanie wywołujący je czynnik, mają też skrajnie różny przebieg – dotyczy to na przykład stwardnienia rozsianego.

Czyli – wszystko wskazuje na to, że choroba jest po prostu wrodzona, albo też wywołana nieznanym czynnikiem, który po tym, jak zadziała, traci na znaczeniu – można to porównać do raka płuc wywołanego paleniem tytoniu, dopóki go nie ma, rzucenie chroni przed chorobą, ale jak się pojawi, rezygnacja z papierosów nie cofnie choroby.

Nie istnieje żadna terapia alternatywna, która byłaby w jakikolwiek sposób potwierdzona, chociażby wiarygodnymi opisami przypadków wyleczenia. Za to jest całe mnóstwo kreatur żerujących na ludzkim nieszczęściu, wmawiających chorym, że takie przypadki miały miejsce i właśnie oni mogą sprzedać cudowny lek, który na pewno zadziała. Przykładem jest sekta wyznawców boreliozy. W anglojęzycznym google jest mnóstwo ofert klinik, gdzie wielkimi kulfonami pisze się o cudownych wyleczeniach po antybiotykach. Problem w tym, że żadna taka klinika nie udostępniła nigdy dokumentacji medycznej nawet jednego przypadku. A co więcej, współczesna medycyna sprawdziła, czy antybiotyki pomagają na chorobę – zupełnie przypadkiem, tak się składa, że ten najczęściej stosowany w leczeniu boreliozy wpływa też na jakieś białko w mózgu, które jest podejrzewane o wywoływanie stwardnienia bocznego zanikowego. Prowadzono więc próby kliniczne, gdzie całymi latami robiono ludziom wlewy dożylne z tego antybiotyku – podano go tysiącom osób, nikogo nie wyleczono. Opisałem to zresztą w oddzielnym wpisie:

http://naturalneleczenie.com.pl/2016/12/02/antybiotyki-w-terapii-stwardnienia-bocznego-zanikowego/

Takich informacji w necie są setki, jakieś magiczne zioła, promieniowania, cuda na kiju. Degeneratów wykorzystujących rozpacz chorych nie brakuje. Ale – powtarzam – nikt jeszcze nie przedstawił dokumentacji przypadku wyleczenia choroby. Zawsze jest to „wyleczyłem już dziesiątki osób, przecież bym nie kłamał, kupujesz pan?”.

Nie, nie wyleczycie choroby. Ale można liczyć na to, że znacznie spowolni się jej rozwój – być może do momentu, gdy medycynie uda się w końcu opracować skuteczne leczenie. Z drugiej strony, część rzeczy potencjalnie zdrowych, może szkodzić. Przyjrzyjmy się im:

Na początek – kwasy omega 3. Ich wysokie spożycie wiąże się z niemal dwukrotnie niższym ryzykiem rozwoju choroby:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4160351/

Z drugiej strony, myszy z eksperymentalnym modelem choroby, które otrzymały omega 3 jako suplement miały znacznie zwiększone poziomy toksycznych substancji w mózgu, co teoretycznie może znacznie przyspieszyć chorobę:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3631166/

Co więcej, suplementacja wysokimi dawkami omega 6 znacznie spowolniła chorobę u myszy, podczas gdy omega 3 przyspieszyły:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC5748836/

Podsumowując – wiemy, że nic nie wiemy. Możliwe, że omega 3 chronią przed wystąpieniem choroby, ale już nie, gdy ona się pojawi. Trzeba pamiętać, że „mysi” model choroby dość mocno różni się od ludzkiego, w zasadzie to dwie różne choroby, nieco tylko podobne.

Mając w pamięci powyższe przykłady, można ostrożnie przyjrzeć się wynikom badań nad stężeniem różnych kwasów tłuszczowych w komórach osób zdrowych oraz chorych, to ta druga tabela:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4492495/table/pone.0131512.t002/

Trzeba trochę ostrożnie podchodzić do tego typu badań, z dwóch względów – pierwszy, to to co podałem wyżej, ta sama substancja która chroni przed chorobą, przyspiesza jej rozwój, gdy choroba już się pojawi. Drugi – to, że chory ma znacznie mniej czy więcej jakiegoś kwasu tłuszczowego może wynikać nie tylko z diety, ale też z tego, że ma po prostu geny znacznie utrudniające lub ułatwiające akumulację, wtedy samo spożycie tej substancji może nie mieć wpływu na chorobę.

Bardzo dużą różnicę widać w kwasie DPA, którego jest niemal dwukrotnie więcej u osób zdrowych, w stosunku do chorych. To jedna z aktywnych form omega 3.

Podobne różnice są w podstawowym omega 3, ALA, ale – o dziwo – nie było różnic ani w poziome EPA, ani DHA, czyli dla dwóch najważniejszych.

Niestety, nie sprawdzono poziomu kwasu gamma linolenowego GLA, to ten, którego suplementacja tak bardzo pomagała w stwardnieniu rozsianym.

Mamy tutaj bardzo ciekawe badanie, gdzie chorzy na SLA byli karmieni eksperymentalną dietą, zawierającą między innymi kwas gamma linolenowy:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/24582471

Co prawda badanie było na niewielkiej grupie pacjentów, ale wyniki są bardzo obiecujące – 43% chorych w grupie kontrolnej zmarło podczas trwania terapii, podczas gdy w grupie która otrzymywała między innymi GLA – wszyscy przeżyli.

Pozostałe różnice nie były wystarczająco wyraźne, by móc pokusić się o jakiekolwiek wnioski.

Podsumowując – stawiałbym na kwas gamma linolenowy, ewentualnie na suplementy DPA, których niestety nie widziałem nigdzie w sprzedaży. W jednym z badań uzyskano cofnięcie się stwardnienia rozsianego po suplementacji bogatym w GLA olejem z ogórecznika, w dawce około 14 ml dziennie – to dość dużo i cena niestety nie będzie niska, na dodatek nikt nie gwarantuje, że terapia cokolwiek da. Proszę mnie nie pytać, ile jest mililitrów w łyżce, a ile w łyżeczce – polecam zakup strzykawki za 50 groszy i odmierzenie.

Urydyna:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/20565334

W jednym z mysich modeli ALS (różne modele to różne rodzaje choroby, każdy wywołany nieco innym czynnikiem) suplementacja urydyną wyraźnie zwiększyła przeżywalność i poprawiła ogólny stan zwierząt. Spożywanie pokarmów bogatych w urydynę może nie przynieść efektu, powinno się stosować suplementy – około 300 mg monofosforanu urydyny dziennie, najlepiej rozbite na porcje i przyjmowane pod język, co może zwiększyć przyswajalność. Jak w przypadku innych rzeczy, nie ma gwarancji, że urydyna coś da w przypadku ludzi.

Zazwyczaj razem z urydyną podaje się cholinę, jednak wstępne badania wykazały, że w przypadku ALS cholina nie przynosiła poprawy:

http://n.neurology.org/content/32/3/315

Ani lit, ani błękit metylenowy (dość ciekawy suplement) nie przyniosły efektu:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/22230045

Lit był dość obiecującym lekiem, ale bardziej szczegółowe badania przyniosły rozczarowanie.

Istnieje podejrzenie, że zatrucie ołowiem może wywołać chorobę, co więcej, ciężkie zatrucie wywołuje schorzenie bliźniaczo podobne – jeśli ktoś był wystawiony na ten pierwiastek, warto zrobić badania krwi i ewentualnie spróbować odtrucia, które jest tanie i bezpieczne.

Sugeruje się, że karnozyna może do pewnego stopnia chronić przed postępem choroby:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/11113563

Zamiast jednak suplementować drogą karnozynę, można po prostu brać jednocześnie beta alaninę (za grosze do kupienia w sklepach dla sportowców) oraz histydynę – też jest w miarę tania. Efekt będzie identyczny. Wskazane dawki – około 2 gramów beta alaniny, 1 gram histydyny. Uwaga – po dużej dawce betki bardzo mocno piecze skóra, dlatego lepiej podzielić to na dwie porcje.

Karnityna, popularny (nie działający) suplement wspomagający odchudzanie ma dodatkowe działanie chroniące komórki mózgu.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/23421600

W tym badaniu pacjenci, którzy otrzymywali 3 gramy acetyl-l-karnityny przeżyli średnio 45 miesięcy, podczas gdy ci w grupie placebo – zaledwie 22 miesiące.

Z karnityną synergistycznie (wzmacniając nawzajem efekt) działa kwas alfa – liponowy, popularny suplement przepisywany cukrzykom. Warto przyjrzeć się opisanemu przypadkowi całkowitego wyleczenia ALS:

https://www.karger.com/Article/FullText/477397

Pacjent uwierzył, że jego choroba jest wywołana zatruciem rtęcią. Zaczął suplementować między innymi kwas alfa liponowy oraz selen – co ciekawe, chorzy tak naprawdę mają niższy poziom rtęci w organizmie, w porównaniu do osób zdrowych, ale też niższy poziom selenu:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/8229049

Oprócz tego stosował też DMPS i szereg różnych witamin. Po jakimś czasie po chorobie nie było śladu. Z tego wszystkiego, co zrobił, najbardziej obiecujący wydaje się być właśnie kwas alfa liponowy. Nie można jednak wykluczyć, że schorzenie faktycznie w przynajmniej części przypadków ma związek z akumulacją metali ciężkich w mózgu (wtedy we krwi może być ich nawet mniej, niż u osób zdrowych), wtedy terapia DMPS byłaby najlepszym rozwiązaniem – może ją przeprowadzić tylko lekarz, można porozmawiać z lekarzem prowadzącym pokazując mu link do opisu przypadku wyleczenia. Jest to terapia bardzo tania i trwająca raptem kilka tygodni.

Przy okazji warto zwrócić uwagę, że jeśli ktoś faktycznie został wyleczony metodami alternatywnymi, to zostaje to opisane i opublikowane – nie ma żadnego spisku, który zabrania publikacji takich rzeczy. To taka uwaga odnośnie tych wszystkich „cudownych” uzdrowicieli, którzy mają na swoim koncie setki wyleczeń, ale żadnego nie udokumentowali, bo spisek koncernów im zabrania.

Wielką niewiadomą jest piracetam. Teoretycznie może mieć działanie chroniące komórki układu nerwowego, w praktyce – nikt tego nie zbadał. Można kupić bez recepty w czeskich aptekach wysyłkowych za jakieś grosze.

Bardzo wysokie dawki witaminy B12 wstępnie przyniosły obiecujące efekty, łącznie ze znacznym przedłużeniem życia chorych, nie wiadomo jednak, czy będzie to potwierdzone w wynikach bardziej szczegółowych badań:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/17969354

W powyższym badaniu użyto metylowanej formy (metylokobalaminy), ale jak pisałem w jednym z poprzednich wpisów, możliwe, że identyczne wyniki da o wiele tańsza zwykła B12 wraz z bardzo tanim TMG jako źródłem grup metylowych:

http://naturalneleczenie.com.pl/2018/01/09/uzupelnianie-b12/

Na koniec – witamina B1. Są jej różne formy, w tym takie, które łatwo przekraczają barierę krew – mózg (benfotiamina, sulbutiamina). Sugeruje się, że niski poziom metabolitów B1 w płynie mózgowo – rdzeniowym to jeden z czynników przyspieszających rozwój choroby:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/7103799

Możliwe, że suplementacja byłaby tu bardzo dobrym rozwiązaniem, ale – jak zawsze – brakuje przeprowadzonych dokładnych badań.

Witamina D3 nie miała wpływu na przebieg choroby, K2 – jest jakaś nikła nadzieja, że może w jakiś sposób wpłynąć.

 

Podsumowując cały artykuł, dużo wskazuje na to, że zebranie wszystkich tych okruchów wskazówek do kupy pozwoli znacznie spowolnić rozwój choroby, nawet kilkukrotnie przedłużając życie. Nikt jednak nie daje gwarancji ani tego, że one zadziałają (ich działanie jest potwierdzane bardzo niewielkimi próbami klinicznymi), ani też tego, że efekt nie będzie odwrotny od zamierzonego.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarze

Uzupełnianie cynku.

Wielokrotnie pisałem o tym, jak ważne niekiedy może być uzupełnienie tego pierwiastka. Pora zebrać to wszystko w jednym miejscu, uzupełnić o kilka ważnych informacji.

Na początek – kto powinien go uzupełniać? Ideałem byłoby oczywiście przeprowadzenie badań, niestety – standardowo wykonywane testy z krwi są bardzo mało wiarygodne, odzwierciedlają głównie poziom w diecie w ostatnich dniach, a także to, jak ostatnio organizm regulował poziom we krwi – na przykład przy infekcjach może się on błyskawicznie zmieniać, co nie ma związku z zapasami wewnątrz komórek.

Najbardziej oczywiście są zagrożone osoby na mało wartościowej diecie, bądź z chorobami układu pokarmowego. Ogólnie poziom minerałów i witamin w naszym pożywieniu spadł, odkąd zaczęliśmy zapychać się rafinowaną mąką czy cukrem. Dla przykładu, porównując mąkę razową z białą widać, że ta pierwsza ma ponad trzy razy więcej tego pierwiastka:

http://nutritiondata.self.com/facts/cereal-grains-and-pasta/5744/2

http://nutritiondata.self.com/facts/cereal-grains-and-pasta/5747/2

Osoba, w której diecie jest na przykład dużo cocacoli, siłą rzeczy musi mieć niedobór, jako że sporą część kalorii dostarczy w postaci bezwartościowego cukru.

Dość często przewija się informacja, że kobiety stosujące antykoncepcję hormonalną tracą bardzo dużo cynku, ale być może to zależy od tego, jaki preparat stosują – można to skonfrontować z ginekologiem. Uzupełnienie niedoboru może zmienić poziom hormonów, przez co tabletki mogą przestać działać, dlatego powinno się o tym poinformować lekarza – będzie zapewne wiedział, jak skorygować dawkę tabletek antykoncepcyjnych.

Niewielkie ilości traci się podczas wytrysku – mniej niż miligram, ale uzależniony od masturbacji mężczyzna może stracić 1-2 miligramy dziennie. Niewiele, dopóki nie pomnoży się tego przez kilka lat.

Nie ma jednoznacznych objawów niedoboru – różne choroby oraz inne niedobory mogą wyglądać bardzo podobnie, jak pisałem, nie ma też tanich, dokładnych testów (popularny test smaku jest mało wiarygodny). Bardzo dobrym sprawdzianem jest próbna suplementacja – jeśli w ciągu kilkunastu dni nagle poczujemy, że włosy są o wiele mocniejsze, czujemy się lepiej, znikły problemy z układem pokarmowym, poprawiło się libido, znikają problemy skórne, a rany goją się kilka razy szybciej – wiadomo, że mamy poważny niedobór.

Organizm ważącego około 70 kg człowieka powinien zawierać około 2300 mg cynku. W przypadku poważnego niedoboru, można zakładać, że powinno się uzupełnić około 1000 mg.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/15585770

Z powyższego badania wynika, że jednorazowo przyswoimy nie więcej, niż 12 mg – obojętnie, czy weźmiemy tabletkę zawierającą 15 mg, czy 150 mg.

Trzeba też uwzględnić to, że jeśli ktoś ma słabą dietę, to część suplementu będzie po prostu wykorzystana na bieżące potrzeby, czyli na przykład zamiast 12 mg, tylko 9 zostanie odłożone i zmagazynowane.

No i trzeba też pamiętać o tym, że spora część wchłoniętego w jelitach cynku zostanie po prostu wysikana – organizm ludzki nie potrafi wykorzystać od razu dużych dawek minerałów, trzeba go wysycać stopniowo.

Można śmiało założyć, że z każdej przyjętej dużej dawki suplementu (20 i więcej miligramów cynku), zaledwie 5 mg zostanie zmagazynowane. W praktyce oznacza to, że musimy przyjąć 200 dawek, by niedobór został uzupełniony.

Jak widać, jest to dość czasochłonne – można cały proces przyspieszyć, biorąc tabletki kilka razy dziennie. Powinno się stosować dość długie przerwy, nie powinno się też brać cynku razem z posiłkiem, a także razem z magnezem bądź wapniem.

Bardzo ważne jest równoległe uzupełnianie miedzi – te dwa pierwiastki są w równowadze, duże dawki w końcu doprowadzą do silnego niedoboru miedzi, były opisywane przypadki, gdy ludzie trafiali do szpitala. Co prawda wymaga to wielu miesięcy, a nawet lat bardzo dużych dawek, ale zagrożenie jest realne – na dodatek nawet niewielkie niedobory miedzi mogą mieć konsekwencje zdrowotne. Sugerowałbym, by przez kilka dni brać tylko cynk, a potem przez 2-3 dni miedź, w dawkach 2 do 4 mg dziennie.

Na koniec – próba kliniczna, pokazująca potęgę suplementacji:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/11952542

Grupa pacjentów miała nawracające brodawki (kurzajki), wywołane wirusami. Żadna z zastosowanych terapii nie przynosiła efektu. Postanowiono sprawdzić, czy uzupełnienie niedoboru cynku cokolwiek pomoże. Dostawali bardzo wysokie dawki, rzędu 50 mg cynku dziennie, druga grupa dostała placebo.

Po 2 miesiącach, prawie wszyscy pacjenci (87%) z grupy aktywnego leku zostali całkowicie wyleczeni, a jedyne osoby, którym terapia nie pomogła to te, które po tych 2 miesiącach dalej miały niedobory wykrywane badaniami. Żaden pacjent z grupy placebo nie został wyleczony.

Pytanie – jakie jeszcze przewlekłe choroby wirusowe można wyleczyć cynkiem? W powyższym przykładzie pacjenci mieli od wielu lat infekcję, która nie znikała, wirus zagnieździł się i nie dało się w żaden sposób usunąć. Uzupełnienie tylko jednego niedoboru pokarmowego sprawiło, że w praktycznie każdym przypadku organizm po prostu sam usunął tego wirusa, jeśli tego nie zrobił to tylko dlatego, że dawka suplementu była zbyt niska i chorzy dalej mieli niedobór.

Na przewlekłych chorobach wirusowych zarabia się obecnie grube miliardy – HIV, wirusowe zapalenia wątroby, jest nawet bardzo poważne podejrzenie, że choroba Alzheimera ma jako praprzyczynę infekcję wirusową. Ba, nawet szczepionka przeciw rakowi szyjki macicy, kosztująca majątek, ma za zadanie… zabezpieczyć przed przewlekłą infekcją wirusem. Ile z tych chorób dałoby się wyleczyć zwykłym cynkiem?

Mam w tej chwili przed sobą wyniki próby klinicznej, w której suplementacja cynkiem w dawce 2 x 20 mg przez 4 miesiące versus placebo, w przewlekłej infekcji wirusem zapalenia wątroby typu C. Efekt? Spadek stężenia kopii wirusa we krwi z 28,3 na 6,2.

Tutaj badanie dotyczące pacjentów z HIV/AIDS:

https://www.omicsonline.org/open-access/the-effect-of-zinc-sulphate-on-the-increase-of-cd4-t-lymphocytes-in-hivaids-patients-2168-9652-S5-003.php?aid=58827

Od lat narzekałem, że nikt nie chce tego sprawdzić, w końcu gdzieś na Indonezji przeprowadzono badanie. Przez 3 miesiące pacjenci otrzymywali 32 mg cynku dziennie, pod kontrolą placebo.

W grupie placebo, poziom komórek CD4, który jest wyznacznikiem postępu choroby spadł o 23, z 526 na 503. Choroba postępowała.

Za to u tych pacjentów, którzy otrzymali cynk, poziom wzrósł z 342 do 414 – choroba się delikatnie cofnęła! Hurraaaaaaaa, mamy tani lek, który może nie wyleczy pacjentów całkowicie, ale na pewno odwlecze w czasie konieczność przyjmowania bardzo drogich leków antywirusowych, mających bardzo poważne skutki uboczne. Tani, bezpieczny lek. Którego nie dostał żaden pacjent.

Żeby było śmieszniej, takich „cudownych leków” o udowodnionym działaniu przeciw HIV/AIDS jest całkiem sporo – chociażby selen czy cysteina. Przynajmniej znacznie spowalniają one rozwój choroby, pozwalając o całe lata odroczyć konieczność przejścia na mającą potworne skutki uboczne terapię lekami antywirusowymi.

Oczywiście to, że choroba lekko cofnęła się po podaniu cynku czy cysteiny nie oznacza, że przy dalszej suplementacji dalej by się cofała – możliwe, że najzwyczajniej w świecie chwilowo poprawił się stan chorego. Nie będziemy wiedzieć, co się stanie, dopóki tego nie sprawdzimy – a nie zapowiada się na to, żeby komukolwiek opłacało się sprawdzanie takich zależności.

Na koniec – choroba Alzheimera. Co prawda uważa się, że cynk odgrywał tutaj inną rolę, między innymi blokując toksyczność miedzi, niemniej wstępne badania sugerują, że potrafi przynajmniej spowolnić chorobę – kto wie, może rację mają naukowcy, którzy widzą jej przyczynę w infekcji wirusowej i tak naprawdę cynk po prostu pozwolił organizmowi na zwalczenie tego wirusa?

http://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1002/biof.1005/abstract?deniedAccessCustomisedMessage=&userIsAuthenticated=false

Na koniec, kto powinien uważać – u osób chorych na stwardnienie rozsiane poziom tego pierwiastka we krwi jest znacznie podwyższony. Jest podejrzenie, że może to mieć wpływ na przebieg choroby. Suplementacja byłaby dość ryzykowna.

 

A, bym zapomniał. Jak ktoś chce to zrobić naprawdę tanio, to można na allegro kupić sześciowodny siarczan cynku. Jeśli odważy się 10 gramów (waga „dilerska” kosztuje kilkanaście zł i się czasem przydaje) i rozpuści w 1/2 litra wody, to w 1 mililitrze będzie około 4,4 mg cynku. Można to trzymać w plastikowej butelce, nabierać strzykawką 3-4 mililitry, rozpuszczać w wodzie i pić. Dla porównania, 3 miesiące terapii preparatem Zincas to koszt około 150 zł.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

Jak nas okłamują – dwa przykłady błędnej interpretacji badań plus słowo o rtęci w szczepionkach.

Dziś króciutko, dwa oszustwa które krążą po internecie, dwa z tysięcy.

Na początek – przepiękny bełkot niejakiego dra Bodo Kuklińskiego, który zabrał głos w temacie szczepionek. Fragment książki, przyznam że nie miałem jej w ręku i przeklejam to, co wysłano mi mailem pytając, co o tym sądzę:

Pewne przeprowadzone w Danii na niespełna trzystu siedemdziesięciu dziewięciu tysiącach dzieci, które urodziły się pomiędzy rokiem 2003 oraz 2008, a które zaszczepiono szczepionką kombinowaną przeciwko dyfterytowi, tężcowi, krztuścowi, polio oraz bakterii Haemophilus influenzae, badanie kohortowe wykazało, iż u 2117 dzieci z tej grupy w siedem lat po zabiegu rozwinęła się epilepsja. Tymczasem wśród dzieci nieszczepionych tą szczepionką ilość zachorowań na padaczkę wyniosła zaledwie sto dwadzieścia jeden 

Teoretycznie wszystko się zgadza, szczepionki powodują epilepsję, szczepione dzieci chorowały dwadzieścia razy częściej, badanie to wykazało. Prawda? No nie do końca. Zerknijmy do tego badania, autor albo liczył na to, że nikt tego nie zrobi, albo po prostu sam miał do szkoły pod górkę:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/22357833

Co się okazuje? Grupy badane nie były równe. Szczepionych dzieci było dwadzieścia razy więcej, więc siłą rzeczy również było w tej grupie dwadzieścia razy więcej przypadków epilepsji. Po uwzględnieniu tego i policzeniu proporcji okazuje się, że ryzyko jest identyczne.

Dość popularne na polskich forach badanie, gdzie „udowodniono” nieskuteczność klasycznej terapii przeciw boreliozie – makaki zarażono bakteriami, podawano im antybiotyki, następnie zwierzęta dokładnie przebadano – wykryto u nich żywe bakterie:

http://journals.plos.org/plosone/article?id=10.1371/journal.pone.0029914

I znowu – teoretycznie wszystko się zgadza, małpy dostawały antybiotyki przez miesiąc, potem zrobiono test polegający na położeniu na skórę zwierzęcia sterylnych nimf kleszczy, nimfy opiły się krwią, u co drugiej małpy we krwi znaleziono bakterie boreliozy.

Mamy dowód na to, że leczenie nie działa? No nie do końca. Jest tu pewien haczyk, o którym nie przeczytacie na forach i blogach gdzie jest to omawiane.

Zanim wyjaśnię na czym to polega, podrzucę drugi link:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3952603/

Zrobiono dokładnie to samo, co w badaniu wyżej – u ludzi, którzy brali standardową dawkę antybiotyku, położono na skórę sterylne nimfy. Jak już się opiły, zdjęli je, sprawdzono, czy są bakterie. I… nie było ich, z jednym wyjątkiem – pacjenta „kontrolnego”, który dopiero się zaraził, miał w momencie badania wielki rumień, dopiero zaczynał leczenie i służył sprawdzeniu, czy faktycznie nimfy „wyssą” z organizmu bakterie, jeśli bakterie w tym organizmie są.

Skąd taka drastyczna różnica?

Rozwiązanie jest banalne. Użyty antybiotyk w organizmie człowieka krąży przez około 12 godzin, z organizmu makaka może zniknąć w 2 godziny. A i to przy założeniu, że małpa faktycznie połknie tabletkę, a nie wypluje ją gdy laborant przestanie patrzeć. Te zwierzęta najzwyczajniej w świecie nie były leczone.

Na koniec błąd popełniany przez drugą stronę, „racjonalistów”. Wiadomo, że część szczepionek zawiera rtęć, rozważmy taką, która zawiera 25 mcg rtęci – dość przeciętne stężenie. Można usłyszeć głosy, że przecież to jak zjedzenie ryby na obiad.

http://www.nutritionmyths.com/how-much-canned-tuna-is-safe-to-eat/

Niby prawda, 25 mcg rtęci to średnio około 100 gramów tuńczyka. Ale przyjrzyjmy się temu bliżej, liczby które niżej podam są bardziej założeniem, by uzmysłowić pewną zależność:

Po pierwsze, dziecko „trochę” mniej waży. Załóżmy, że szczepionkę dostaje dzieciak ważący 15 razy mniej.

Po drugie, wrażliwość ośrodkowego układu nerwowego na neurotoksyny jest o wiele większa w pierwszych miesiącach życia. Przyjmijmy, że czterokrotnie – z czapy trochę, ale nikt nie będzie w stanie powiedzieć, jaka naprawdę jest różnica dla tej właśnie substancji.

Po trzecie – zastrzyk „trochę” lepiej się przyswaja od obiadu. Rtęć z tuńczyka ma bardzo dobrą przyswajalność, ale i tak musi przejść przez wątrobę. Przyjmijmy, że będzie to dwukrotna różnica.

Można teraz dalej się dokopywać, że związki rtęci w szczepionkach są mniej toksyczne od tych w tuńczyku, a z drugiej strony – ten w pokarmie może być w formie związków które łatwiej wydalić. Ale zostawmy to, po prostu pomnóżmy to, co mamy wyżej.

W szczepionce mamy piętnaście razy więcej rtęci na kilogram masy ciała, podanej dziecku z cztery razy wrażliwszym mózgiem, w formie dwa razy bardziej przyswajalnej. Razem mamy sto dwadzieścia razy większą toksyczność.

To już trochę inaczej wygląda, prawda? Już nie 100 gramów tuńczyka na obiad, tylko dwanaście kilogramów.

Opublikowano Bez kategorii | 7 komentarzy

Uzupełnianie B12

Bardzo wiele osób – w tym lekarzy – nie ma pojęcia, jak powinno wyglądać uzupełnianie tej witaminy bez pomocy zastrzyków. Często jestem o to pytany, warto, by wszystko znalazło się w jednym miejscu.

Tytułem wstępu, kilka ciekawostek.

Żadne zwierzę nie jest w stanie tej witaminy syntetyzować w swoim organizmie, nie zawiera jej też żadna roślina, chociaż są doniesienia, że algi morskie mogą być jej źródłem – ogólnie uważa się, że zawierają głównie nieaktywne analogi, jednak badania osób odżywiających się dużymi ilościami morskiej zieleniny wykazały, że nie mają one niedoborów:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/7562085

Przypuszczam jednak, że nie tyle chodzi tu o produkcję w samych glonach, co po prostu o bakterie które albo żyją z nimi w symbiozie, albo też najzwyczajniej w świecie znajdują się na powierzchni owych roślin.

Praktycznie niemożliwym jest zachowanie odpowiedniego poziomu tej witaminy na diecie wegetariańskiej, a tym bardziej wegańskiej. Kiedyś jedna weganka wmawiała mi, że ma dobre wyniki – faktycznie miała, ale potem okazało się, że po prostu ktoś jej dosypywał suplementy do jedzenia. Na takich dietach powoli, nieubłaganie poziom będzie spadał, aż zaczną pojawiać się nieprzyjemne objawy. Trwa to na tyle długo, że ludzie tego po prostu nie kojarzą ze sobą, albo wydaje im się, że to normalne z powodu np starzenia się – zapasy w organizmie mogą wystarczyć nawet na 15 lat.

Uważny czytelnik dostrzeże tu pewną sprzeczność – jak to jest, skoro żadna roślina nie zawiera tej witaminy, a organizmy zwierząt nie są w stanie jej produkować, jakim cudem roślinożerne zwierzęta są w stanie przeżyć bez tabletek? Odpowiedź jest bardzo prosta – dokładnie tak, jak przeżywały wegetariańskie społeczności naszych przodków, a także wegetariańskie społeczności dziś w dzikich krajach, takich jak Indie.

B12 jest produkowana przez bakterie, na dodatek jest dość pospolitym produktem przemiany materii. W praktyce wystarczającym źródłem jest brudna woda, brudne pożywienie, a także – czy raczej przede wszystkim – owady i drobne bezkręgowce, takie jak ślimaki. Roślinożerne małpy, gdy znajdą się w niewoli i dostaną „sterylną” żywność, po pewnym czasie zaczynają mieć objawy niedoboru.

Teoretycznie jest możliwe odżywianie się tak, by mieć B12 bez mięsa, mleka i jajek, w praktyce – byłoby to koszmarnie kosztowne, czasochłonne a przede wszystkim niezdrowe. Dość szybko skończyłoby się infekcjami przewodu pokarmowego, a także wyhodowaniem sporej ilości pasożytów.

Odrobina teorii przyswajania. Aby witamina ta została strawiona, musi w żołądku połączyć się z pewną substancją (brak jej wytwarzania to jedna z najczęstszych przyczyn niedoborów). Dlatego właśnie ta produkowana przez bakterie w jelitach jest dla nas bezużyteczna. Ale tej substancji jest bardzo niewiele, wystarczy zaledwie na 1 mcg (około połowy tego, co powinniśmy zjeść każdego dnia). Oznacza to, że bez względu na to, ile zjemy w suplemencie – czy będzie to 1 mcg, czy 10 000 mcg, przyswoimy tyle samo. Suplement zawierający 500% zapotrzebowania tak naprawdę niczym nie będzie się różnił od tego, który zawiera 100% – obydwa zaspokoją około 50%.

Ale jest tu coś, co może nam pomóc – bierne przenikanie B12 przez błony jelit. Około 1% tego, co połkniemy, zostanie w ten sposób wchłonięte, nawet jeśli nasz żołądek w ogóle nie wytwarza czynnika odpowiedzialnego za umożliwianie trawienia. W praktyce oznacza to, że połykając suplement mający 10 000% zapotrzebowania, dostarczamy 150% – tyle, ile połączy się w żołądku, a także 1/100 z całej reszty.

Teraz o samym niedoborze. Zazwyczaj gdy go wykrywamy, jest już bardzo źle – jeśli diagnozuje się zmiany we krwi, prawdopodobnie zdążyły się już pojawić nieodwracalne zmiany w mózgu. Anemia to jeden z ostatnich etapów, dlatego zbrodnią jest mówienie, że ktoś nie ma niedoboru bo nie ma anemii.

Można śmiało założyć, że osoba z wykrytym niedoborem ma wyczerpane zapasy B12 w wątrobie i w komórkach. Ciało ludzkie magazynuje jej około 2500 mcg, Można więc bezpiecznie przyjąć, że dążymy do uzupełnienia około 2000 mcg, aby przywrócić pełną sprawność, a także by wytworzyć zapasy gwarantujące zachowanie zdrowia podczas np chorób jelit, w czasie których zużycie jest bardzo duże.

Ciężko wyczuć, ile z połkniętej B12 jest magazynowane, a ile zostanie od razu zużyte czy po prostu wysikane. Można jednak dla bezpieczeństwa oprzeć się na zasadzie potrojenia wartości – czyli dążymy do tego, by do naszej krwi przedostało się około 6000 mcg B12, odpowiednio rozłożone w czasie, by dać organizmowi szansę na powolne magazynowanie.

Pora połączyć podane wyżej informacje w logiczną całość. Chcemy dostarczyć 6000 mcg substancji, której przyswajamy tylko 1%. Oznacza to, że musimy zjeść w suplementach 600 000 mcg, 600 mg, przy czym bardzo dużej poprawy można spodziewać się po „zaledwie” 200 mg.

Teraz popatrzmy na to, co można kupić w aptece. Jeśli ktoś będzie próbował uzupełniać niedobór popularnymi tabletkami 10 mcg, to pełnię efektu osiągnie po zjedzeniu 60 000 pastylek. Jeśli kupi się „bardzo mocne” tabletki zawierające 500 mcg, to wystarczy ich „zaledwie” 1200, a już po 400 będzie widoczna bardzo duża poprawa.

Można kupić kapsułki, które zawierają 5000 mcg – i takie właśnie powinno się stosować. 100 takich tabletek, rozłożone na kilka miesięcy powinno wystarczyć, by uzupełnić niedobór i wytworzyć zapas wystarczający na przetrwanie stanów zwiększonego zapotrzebowania.

Teraz słówko o różnych formach.

Bardzo często można przeczytać, że formy metylo~ czy adenozylo~ są o wiele lepiej przyswajalne, że nasz organizm nie wykorzysta zwykłej cyjanokobalaminy tak, jak potrafi wykorzystać te „aktywne”. Źródłem tego mitu jest fakt, że wewnątrz komórek mamy właśnie te formy – metylo, adenozylo i hydroksy. Na chłopski rozum logiczne jest, że dostarczając np adenozylokobalaminę, ułatwiamy naszemu ciału zadanie.

Prawda jest jednak inna – witaminy te zostają rozłożone na poszczególne części składowe zanim dostaną się do wnętrza komórki, dopiero wewnątrz niej nasze ciało produkuje z niej formy metylo i adenozylo:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/28223907

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4692085/

Innymi słowy, nie ma praktycznie żadnego znaczenia, którą formę wybierzemy. Metylokobalamina może okazać się źródłem grup metylowych, dodam, że koszmarnie drogim w porównaniu do na przykład betainy, tym można tłumaczyć poprawę odczuwaną przez niektóre osoby w stosunku do zwykłej cyjanokobalaminy. Nie jestem też pewien, czy w powyższych opracowaniach nie popełniono błędu – możliwe, że forma adenozylo jest co prawda niszczona przed wprowadzeniem do wnętrza komórki, ale być może będzie ona lepiej magazynowana w wątrobie – w takiej właśnie formie tam się znajduje.

Na koniec – nie jest możliwe zachowanie pełni zdrowia biorąc bardzo duże dawki suplementów np raz na miesiąc. B12 trzeba uzupełniać regularnie mniejszymi dawkami.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Jod

Jod zasługuje na oddzielny artykuł. Pisałem o nim w kilku innych miejscach, ale temat jest na tyle istotny, że powinien znaleźć się na głównym blogu.

Na początek trochę pomarudzę. Ludzi interesujących się alternatywą można podzielić na dwie duże grupy.

Pierwsza – to fanatyczni zwolennicy. Wierzą we wszystko, co przeczytają w internecie. Jeśli coś nie zostało przebadane – na pewno działa, bo właśnie dlatego złe koncerny tego nie zbadały.

Druga, równie głupia – fanatyczni przeciwnicy. Wierzą, że wszystko co jest w internecie, a nie ma na wikipedii to nieprawda. Jeśli coś nie zostało przebadane – na pewno nie działa, bo gdyby działało, to na pewno dobre koncerny farmaceutyczne by to przebadały.

Myślę, że w obu tych przypadkach chodzi głównie o pompowanie swojego ego. Obie strony barykady uważają, że walczą o coś dobrego, obie czują się częścią jakiejś większej społeczności. To trochę jak z kibolami albo rasistami, dzięki dołączeniu się do jakiegoś nurtu, identyfikacji z grupą można poczuć się lepszym od innych.

W przypadku jodu pamiętam dyskusje z przedstawicielami obydwu nurtów betonu. Fanatyczny zwolennik picia dawek rzędu kilkaset razy większych od rekomendowanego spożycia uważał, że absolutnie nic złego nie może się stać, a jak zobaczył badania, gdzie co drugiej osobie coś się jednak stało – stwierdził, że pewnie potem ci ludzie by wyzdrowieli.

Z kolei lekarz, który postanowił „przemówić do rozsądku” przedstawicielowi tego złego, głupiego nurtu alternatywy (czyli mi), wyjaśniał że niedoborów na pewno nie ma, bo nie ma, przecież gdyby były to by o tym wiedział. Jak mu pokazałem badania z których wynika, że jednak są i to masowe – jakieś styki mu się w głowie poprzepalały, zaczął mnie wyzywać i zablokował.

Ma to przełożenie na dostępność informacji – osoba szukająca czegoś o tym pierwiastku trafia albo na stronki, które są prowadzone przez fanatycznych zwolenników, albo na witryny przeciwników. Komuś nie obeznanemu z medycyną czy metodologią trudno się w tym wszystkim rozeznać. Stąd konieczność zrobienia tego wpisu – próba racjonalnego spojrzenia na zagadnienie, z uwzględnieniem zarówno zalet, jak i wad suplementacji.

TYPY SUPLEMENTÓW

Tu nie ma za bardzo dużego pola do popisu – suplementy dzielą się na organiczne (np kelp) i nieorganiczne (zazwyczaj jodek potasu). Szczerze odradzam wszelkie formy organiczne, pomijam już problem tego, jak się przyswajają (według niektórych badaczy dużo gorzej i powodują większe problemy, według innych są lepsze), ale główny problem to zanieczyszczenia. Preparaty typu kelp siłą rzeczy muszą mieć w sobie inne pierwiastki z tej samej grupy – głównie fluor i brom. Mają one wyraźny negatywny wpływ na tarczycę. Zdarza się, że są też zanieczyszczone metalami ciężkimi. A przede wszystkim – są cholernie drogie.

Właściwy suplement to jodek potasu. W tej formie można go spotkać w praktycznie każdej multiwitaminie, a teraz uwaga, niespodzianka – ten sam jodek potasu, który kupimy nawet nie w aptece, ale w każdym hipermarkecie będzie już tylko na receptę, jeśli znajdzie się w tabletce bez innych dodatków. Nie pytajcie dlaczego, nie jestem ministrem zdrowia, jestem zdrowy psychicznie.

Co pozostaje?

Albo trzeba uśmiechnąć się do multiwitaminy, albo sprowadzać tabletki z np Iherb czy Vitacost, albo… zrobić suplement samodzielnie. To ostatnie jest dość kłopotliwe, pomyłka o 3 zera w szkole to jedynka z chemii, w realnym życiu – ciężkie zatrucie. Niemniej jeśli ktoś chce się bawić w małego chemika, może na allegro czy nawet w aptece kupić jodek potasu czy zwykłą jodynę, rozpuścić to w wodzie, a potem odmierzać właściwą dawkę strzykawką (rozpuszczanie w dużej ilości wody pozwala ustrzec się błędów wynikających z niedokładnie odważonego suplementu).

Robimy zdrowe suplementy!

Dla odważnych, podaję wartości:

0,8 grama jodku potasu to 800 mg, z czego samego jodu będzie 620 mg (wyliczone z mas molowych).

0,8 grama jodku potasu rozpuszczone w 200 ml wody da około 3 mg jodu / 1 ml roztworu

0,8 grama rozpuszczone w 2 litrach wody da 0,3 mg (300 mcg) w 1 ml.

0,4 grama rozpuszczone w 2 litrach da dokładnie 150 mcg/ml, czyli tyle, ile powinno się dziennie zażywać.

Jodek potasu na allegro to zawrotne sumy rzędu 10 zł, zaś waga mająca dokładność 0,01 grama kosztuje około 20 zł (albo można pożyczyć od znajomego dilera).

Jodyna i płyn Lugola są mniej pewnym źródłem – zawarty w nich jod atomowy po pierwsze może najzwyczajniej wyparować, po drugie – jest silnie  reaktywny.

SPOŻYCIE JODU W POLSCE

Od kiedy wprowadzono jodowanie soli, czyli – dosłownie – wymuszono na każdym z nas suplementację, stan zdrowia społeczeństwa w Polsce znacznie się poprawił. Rodzi się mniej głupich dzieci, rodzą się ogólnie zdrowsze, przypuszczalnie miało to nawet wpływ na średnią długość życia.

Jako że jodowanie soli było wprowadzane systematycznie na przestrzeni wielu lat, istotne będą jedynie najnowsze badania. Do kosza należy wyrzucić wszelkie badania gdzie pacjenci wypełniają kwestionariusze co jedli – właściwym wskaźnikiem jest ilość jodu znajdująca się w moczu. Według zaleceń WHO, powinno go tam być pomiędzy 100 a 200 mcg/l, przy czym wartości poniżej 50 mcg/l są już ciężkim niedoborem. Dla kobiet w ciąży idealny wynik to 200 mcg/l, zaś minimalna wartość to 150 mcg/l:

http://apps.who.int/iris/bitstream/10665/85972/1/WHO_NMH_NHD_EPG_13.1_eng.pdf

Przyjrzyjmy się przeprowadzonym w naszym kraju badaniom:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/18475048

Porównano tutaj wyniki dzieci przed i po wprowadzeniu obowiązkowego jodowania soli. Bardzo ładnie się podniosło, ale w dalszym ciągu średni wynik to tylko 93 mcg/l, ponad połowa dzieciaków miała wynik poniżej rekomendowanej wartości. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że ten sam dzieciak na drugi dzień może mieć wynik powyżej rekomendowanej, bo akurat zje dorsza na obiad. Niemniej – do „idealnego” poziomu 150 mcg/l bardzo dużo brakuje, część dzieciaków będzie miała problemy związane z niedoborami.

Przyjrzyjmy się z kolei badaniu kobiet w ciąży – tutaj jest o tyle ciekawie, że mają one zalecane suplementy jodu, jako że niski poziom bardzo mocno odbija się na zdrowiu dziecka:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/21104637

Średni poziom wynosił 112 mcg/l, przy czym dla grupy która nie brała suplementów wynosił on średnio zaledwie 97 mcg/l.

Oznacza to, że przeciętna kobieta w ciąży nie przyjmująca suplementów ma tylko połowę „idealnego” poziomu jodu, co poważnie odbija się na zdrowiu dzieci, na przykład okazało się, że matki z niskim poziomem hormonów tarczycy czterokrotnie częściej rodzą dzieci z autyzmem (ale i tak wmówią sobie, że to wina szczepionek):

http://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1002/ana.23976/abstract

Mamy jeszcze jedno badanie stanu dzieci:

https://thyroidresearchjournal.biomedcentral.com/articles/10.1186/1756-6614-5-23

Tym razem jest nieco lepiej – średnie stężenie to 101 mcg/l. Ale w dalszym ciągu jest to o 50 mcg/l mniej, niż powinno być, by zapewnić idealny poziom u większości dzieci. Przypominam, że to średnie spożycie – jeśli wynosi ono 101 mcg/l, w grupie znajdą się dzieciaki, które mają zaledwie 50 jak i te, które będą miały 150. Dlatego dąży się do wyższych wartości, ale nie takich, by część osób wypadła na ponad 250 mcg/l.

Podsumowując – żeby zmieścić się w oficjalnych normach WHO, statystyczna osoba w Polsce powinna mieć w moczu 50 mcg/l jodu więcej. Nie oznacza to, że powinna spożywać 50 mcg jodu – aby osiągnąć taki efekt, powinno się dodatkowo spożywać około 150 mcg dziennie. Kobieta w ciąży powinna brać suplementy zawierające nawet 250 mcg jodu (zresztą takie chyba są najczęściej polecane przez lekarzy). Idealna sytuacja to rozbicie tego na dwie dawki w ciągu dnia.

TARCZYCA

Słowem wstępu – jod odpowiada za stan tarczycy. Można powiedzieć, że jedyna funkcja tego narządu to zamiana jodu w hormony. Jeśli tego pierwiastka będzie zbyt mało, wpadniemy w niedoczynność – i tutaj nie ma możliwości, żeby było inaczej. Oczywiście nie każda niedoczynność jest wynikiem niedoboru, ale niedobór zawsze skończy się tą chorobą. I tu mamy pierwszy problem – polscy endokrynolodzy. Jest ich mało, a ci którzy są to relikty poprzedniej epoki, zapewne znakomita większość z nich nie zdałaby współczesnego egzaminu lekarskiego. Co więcej, ten beton siedzi na wyjątkowo dobrze opłacanych stołkach, ma dość mocne układy, efektem czego jest niemal całkowicie zablokowana możliwość kształcenia nowych specjalistów w tej dziedzinie.

W wyniku tej sytuacji mamy sytuacje, gdy decyzje endokrynologów są po prostu kuriozalne. Spotkałem się z przypadkiem kobiety, która była u pięciu (!) różnych lekarzy, od każdego dostała zupełnie inną diagnozę i w związku z tym pięć różnych zaleconych sposobów leczenia. Siłą rzeczy, przynajmniej czterech z tych lekarzy się pomyliło. Całkiem niedawno na forum kobieta poszła do „specjalistki” ze swoją niedoczynnością – miała wyniki tarczycy świadczące o problemie, do tego cały zestaw towarzyszących objawów – podwyższoną prolaktynę, zbyt niskie ciśnienie krwi, problemy z zatwardzeniami i tak dalej. Co na to szanowna lekarka? „Pani tarczyca jest w porządku, pani głupot w internecie nie czyta, tu recepta na leki na prolaktynę, tutaj na niskie ciśnienie, tu na problemy z jelitami…”. W efekcie wypisała jej recept na ponad 500 zł miesięcznie. Dla porównania, leczenie tarczycy, które zlikwidowałoby wszystkie te problemy, to około 5 zł miesięcznie.

Sam swego czasu miałem nieprzyjemną sytuację, gdy poszedłem do lekarki zapytać, czy mogłaby wypisać mi suplementy jodu – jako wegetarianin podejrzewałem niedobory, obawiałem się, że tarczyca nie będzie pracować jak trzeba. Powiedziała, że nie ma mowy, może mi wypisać skierowanie na badanie tarczycy, a jak wyjdzie że mam problem – wypisze mi receptę na hormony. Kretynka.

To są błędy oczywiste, ale mamy też nie tak jasny, o wiele bardziej powszechny – leczenie niedoboru jodu hormonami. Jak pisałem, niski poziom tego pierwiastka zawsze prowadzi do niedoczynności. Właściwym rozwiązaniem jest uzupełnienie niedoboru, żeby biedna tarczyca miała surowiec do produkcji hormonów – zamiast tego lekarze przepisują syntetyk, który co prawda likwiduje objawy, ale raz że potrafi uzależnić (organ nieużywany zanika, jeśli będziemy odpowiednio długo zastępować tarczycę w jej pracy, będzie problem z jej powtórnym „uruchomieniem”), a dwa – takie postępowanie jest po prostu absurdalne, jeśli ktoś ma niedobór witaminy B12 i związaną z tym anemię, to podaje mu się witaminę w tabletkach czy w zastrzyku, a nie robi co miesiąc transfuzję.

O tym, jak rodzimi rzeźnicy wykańczają chorych z problemami tarczycowymi można pisać bardzo długo – ignorowanie nadczynności, wycinanie tego narządu bo pojawiają się zmiany, które ma co drugi zdrowy człowiek… eh, szkoda gadać.

Pojawia się pytanie – co z nadczynnością? Skoro niski poziom jodu prowadzi do słabej pracy tarczycy, czy wysoki nie skończy się nadmierną jej aktywnością? Tu odpowiedź jest zaskakująca – to właśnie niski poziom może prowadzić do nadczynności. Mechanizm jest bardzo prosty – zachodzi kompensacja, gdy tego pierwiastka jest zbyt mało, tarczyca jest po prostu o wiele mocniej stymulowana. Co prawda nie ma wtedy objawów klinicznych niedoczynności, ale takie zmuszanie narządu to zbyt intensywnej pracy nie kończy się dla niego zbyt dobrze. Żeby nie było tak wesoło – znacznie podwyższone spożycie jodu również prowadzi czasem do nadczynności, ale nie na zasadzie prostego zwiększenia produkcji, tylko z powodu zaburzeń w pracy narządu, które w końcu prowadzą do jego degeneracji.

Badania statystyczne pokazują, że optymalny poziom spożycia jodu jest bliski rekomendowanemu – wtedy częstotliwość występowania schorzeń tego narządu jest najniższa:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/20172467

Ogólne ryzyko zachorowanie na nowotwory tarczycy pozostaje zbliżone zarówno przy zbyt wysokim, jak i zbyt niskim spożyciu, ale wyższy poziom sprawia, że częściej pojawia się mniej groźna odmiana.

Pozostaje jedno schorzenie – autoimmunologiczne zapalenie tarczycy, choroba Hashimoto. Tutaj badania nie pozostawiają wątpliwości – wyższe spożycie jodu wiąże się ze zwiększoną zachorowalnością. Mamy przykład z Polski, gdzie ilość zachorowań zwiększyła się aż czterokrotnie (do prawie 6%) po wprowadzeniu jodowanej soli:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/11751062

Tego typu badania mają jedną istotną wadę – nie wiadomo, czy te osoby po prostu nie miały ujawnienia choroby, która i tak pojawiła by się w późniejszym czasie, wiadomo, że jod może przyspieszyć taki proces. Niemniej czterokrotnie częstsza choroba to zbyt wysoki wynik, by w całości „usprawiedliwiać” go takim mechanizmem. Jako że praktycznie wszystkie dotychczas przeprowadzone badania dały zbliżony wynik, można bezpiecznie założyć, że suplementacja jodem powyżej rekomendowanej dawki nawet kilkukrotnie zwiększa ryzyko zachorowania na Hashimoto.

Co prawda są głosy, że zwiększone ryzyko dotyczy głównie tych osób, które wcześniej miały niedobór tego pierwiastka, ale wnioski dla przeciętnego czytelnika pozostają te same – jeśli masz niedobór jodu i zaczniesz go uzupełniać, ryzykujesz chorobę autoimmunologiczną.

Czy Hashimoto jest groźne? Niezupełnie. W najgorszym wypadku skończy się tym, że trzeba będzie łykać tabletki z syntetycznymi hormonami (co i tak byłoby koniecznością w przypadku przedłużającego się niedoboru jodu). Choroba nie ma żadnych poważniejszych konsekwencji, jeśli się te tabletki łyka. Można zminimalizować ryzyko, jeśli równolegle z jodem będzie się przyjmować selen.

Można spotkać się z wyssanymi z brudnego palucha rewelacjami, jakoby bardzo wysokie dawki jodu (setki razy przekraczające zalecenia) leczyły autoimmunologiczne zapalenie tarczycy. W całości pochodzą one od jednego „lekarza”, który uzasadniał podawanie wysokich dawek tym, że… tyle jodu spożywaliśmy, zanim Bóg wygnał nas z raju, dlatego takie spożycie jest naturalne. Tego szaleńca cytuje Zięba w swojej książce. No cóż, są ludzie którzy uwierzą dosłownie każdemu, kto mówi to, co chcą usłyszeć.

Podsumowując – dodatkowa suplementacja uchroni sporo osób przed niedoczynnością i koniecznością przyjmowania syntetycznych suplementów, ale też u części osób doprowadzi do choroby autoimmunologicznej, która zmusi ich do brania tychże tabletek. Odsetek zachorowań na nadczynność pozostanie niemal niezmieniony, ogólny odsetek zachorowań na nowotwory tarczycy – również, ale zmniejszy się częstotliwość występowania jego groźniejszej odmiany, co zmniejszy śmiertelność.

NOWOTWORY

Na koniec najciekawszy aspekt – nowotwory. Jod jest niezbędny do prawidłowej pracy tarczycy, to prawda. Ale nie tylko. Komórki które posiadają zdolność jego akumulacji znajdują się również w tarczycy oraz w gruczołach piersiowych. Od dawna jest głośno o tym, że spożycie jodu może znacznie zmniejszyć zachorowalność na te choroby – przypominam, że statystycznie co trzydziesty człowiek umiera na raka piersi czy prostaty (ogólnie nowotwory zabijają co czwartego z nas).

Najwięcej badań dotyczy nowotworu piersi, niestety nikt nie przeprowadził ich na większą skalę – zresztą, kto miałby takie badanie zasponsorować?

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/15922087

Tutaj podano substancję wywołującą zmiany nowotworowe dwóm grupom szczurów – jedna z nich miała dietę normalną, druga otrzymała stosunkowo duże dawki jodu. U 72% normalnie karmionych szczurów rozwinęły się zmiany nowotworowe, ale tylko u 30% tych, które otrzymały jod, przy czym działał tylko ten w postaci atomowej (takiej, jaka jest w np jodynie, ale nie w jodku potasu).

Jest sporo badań, w których zioła bogate w jod zatrzymywały rozwój raka piersi u szczurów, albo dosłownie zabijały ludzkie komórki nowotworowe, pozostawiając nietknięte komórki zdrowe:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/10551319

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/11376555

Badania jasno pokazują, że kobiety chorujące na raka piersi mają znacznie częściej równoległe choroby tarczycy, wskazujące na niedobory:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC314421/

Porównując śmiertelność na raka piersi i prostaty w Japonii i w USA widać kilkukrotną różnicę, w Japonii spożywa się kilkukrotnie więcej jodu (ale nie aż tyle, ile sugerują różne alt-blogi). Co ciekawsze, Japończycy którzy wyjadą do Ameryki i zaakceptują tamtejszą dietę, mają umieralność identyczną jak typowy mieszkaniec tamtego kraju, więc nie ma to nic wspólnego z genami.

Podobne wyniki mamy dla nowotworów prostaty – osoby z zaburzeniami pracy tarczycy mają 3-4 razy wyższe ryzyko zachorowania:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/17571964

W tym badaniu wyszło, że spożycie jodu nie ma dużego wpływu, ale trzeba uwzględnić, że tak naprawdę badano, ile jodu spożywali pacjenci dzień przed badaniem, a nie ile w ciągu np roku.

Przeglądając statystyki zachorowań w Polsce widać wyraźnie, że wprowadzenie jodowanej soli nie zmniejszyło wyraźnie ryzyka – być może nawet w ogóle na nie nie wpłynęło. Oznacza to, że albo jod ma niewielkie znaczenie, albo też że dawka była po prostu zbyt mała, by cokolwiek zmienić.

Sugeruje się również, że niedobór jodu może znacznie wpływać na ryzyko zachorowania na raka trzonu macicy oraz raka jajnika.

Przypuszczalnie jod nie ma większego wpływu na pozostałe nowotwory, co widać porównując zachorowalność w Japonii i w krajach z niskim spożyciem.

Wygląda na to, że to jest rozwiązanie zagadki niskiej zachorowalności na nowotwory piersi

Warto tu również zaznaczyć, że statystyka zachorowalności na raka piersi jest niższa w Indiach niż w Japonii – przym czym Japonia to kraj z chyba najwyższym spożyciem jodu na świecie, Indie – mają jeden z najniższych. To, co łączy te kraje to dieta – znakomita większość kalorii pochodzi z węglowodanów, spożycie mięsa i tłuszczu nasyconego jest bardzo niskie.

Podsumowując, niski poziom jodu wydaje się być znaczącym czynnikiem ryzyka kilku nowotworów, suplementacja może zmniejszyć ryzyko nawet o kilkadziesiąt procent, ale w porównaniu do na przykład ogólnej diety, która może zmniejszyć ryzyko o kilkaset procent – jego wpływ jest marginalny. Niemniej nawet jeśli jod będzie zmniejszał te ryzyko o 1/3, to jego suplementacja uratuje życie co setnej osobie.

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

Jak to w końcu jest z witaminą D3?

Pytanie, które przewija się co chwilę – ile tego brać, z czym, dlaczego tak a nie inaczej?

Przede wszystkim, należy odpowiedzieć na pytanie – jaki poziom witaminy D3 we krwi jest optymalny? Dość często w kręgach „alternatywnych” można spotkać się z opinią, że im więcej tym lepiej, że przecież medycyna niemal nie zna przypadków śmiertelnego zatrucia, więc to musi być bezpieczne. To dość zdradliwa iluzja – to, że coś nas od razu nie zabija nie oznacza, że jest nieszkodliwe. Najlepszy przykład to papierosy – na palcach jednej ręki można policzyć przypadki ciężkich zatruć w całej historii ludzkości, wymaga to wypalenia setek, jak nie tysięcy papierosów jednego dnia. Z drugiej strony, kilkanaście dziennie zabija co drugiego palacza.

Prawie wszyscy mamy w zimie niedobory tej witaminy, to prawda. Suplementacja pozwala uniknąć wielu schorzeń – to też prawda. Ale nie powinno to dawać zielonego światła opiniom, że spokojnie można brać kilkadziesiąt tysięcy jednostek dziennie i będziemy mieć z tego tytuły wyłącznie korzyści. Na własne oczy widziałem wpis na jakiejś obłąkanej grupie facebookowej, gdzie baba chwaliła się swoim poziomem witaminy pisząc „Czytało się Ziębę, hihi” (tak, dosłownie w ten sposób) – był mocno toksyczny, brała ponad 50 000 jednostek dziennie. Ona uważała, że jest OK, bo przecież przeczytała w jakiejś książce czy na youtube zobaczyła że ktoś tak mówi.

Popularność tego typu opinii wynika chyba z tego, że ludzie po prostu lubią czuć się ważni. Ta kobieta mogła sobie wmówić, że lepiej zna się na medycynie, niż wszyscy naukowcy i lekarze na świecie. Była „kimś”, wojownikiem przeciw strasznemu spiskowi. Zapewne zapłaciła za to nerkami, ale cóż, sława (nawet ta istniejąca tylko we własnej głowie) wymaga wyrzeczeń.

Najlepsze źródło D3, niestety tylko przez kilka miesięcy w roku

Nauka ma bardzo duży problem z ustaleniem, jaki poziom jest idealny. I nie dlatego, że jakiś spisek blokuje badania – te są prowadzone, chociaż faktycznie niezbyt intensywnie. Główny problem to zmiana poziomu w ciągu roku. Rozpatrzmy trzy grupy osób.

Jedna – poziom w zimie 10, latem 50, średni – 30.

Druga – w zimie 10, latem 150, średni 80.

Trzecia – w zimie 10, latem 290, średnio 150.

W badaniach wyjdzie nam, że osoby mające średnio poziom 80 będą najzdrowsze – ale na ile będzie to wiarygodny wynik? Poziom 290 jest toksyczny, przez co osoba mająca średnio 150 będzie mieć zimą silny niedobór, latem zaś znajdzie się na granicy wytworzenia zwapnień w nerkach. Możliwe, że osoba mająca latem 150 będzie mieć najlepszy stan zdrowia, bo przez jakiś czas ma poziom idealny.

To są jednak tylko zgadywanki, dopóki nie będzie przeprowadzonych badań na większą skalę trzeba trzymać się tego, co mamy.

A mamy parabolę. W największym do tej pory badaniu (prawie ćwierć miliona osób) wyszło, że najbezpieczniejszym poziomem jest około 55 nmol/l (22 ng/ml), osoby z poziomem 10 nmol/l miały prawie 2,5 razy większe ryzyko zgonu w badanym okresie, niż te z idealnym. Osoby z poziomem powyżej 150 nmol/l (60 ng/ml) miały 1,5 razy większe ryzyko zgonu.

https://academic.oup.com/jcem/article/97/8/2644/2823270

Badań, które dały zbliżony wynik jest bardzo dużo, jest też sporo w których wyszła zależność liniowa. Nie wiadomo, jaki wpływ na wynik miało to, że część osób mogła zacząć brać suplementy, gdy zachorowała.

Póki nikt nie opublikuje badań nad różnymi dawkami suplementu, trzymałbym się takich ustaleń i dążył do takiego własnie poziomu we krwi, ale też trzeba być gotowym na zmianę opinii, gdy pojawią się nowe ustalenia.

Przyjrzyjmy się tabelce, w której wypisano wyniki badań – o ile podniósł się poziom przy suplementacji różnymi dawkami:

http://ajcn.nutrition.org/content/69/5/842/T4.expansion.html

Wynika z niej, że wystarczy 2000 IU dziennie, by mieć poziom gwarantujący najlepszy stan zdrowia, a nawet znaleźć się na granicy tego zbyt wysokiego.

Warto poświęcić akapit pewnemu artykułowi, który – jestem pewien – zrobił furorę na grupach alt-medowych:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/28768407

Autor wielkimi kulfonami wypisał tam krzykliwy tytuł „P O T Ę Ż N Y błąd w zaleceniach dawkowania witaminy D3!”. Wyszło mu, że aby osiągnąć wymagany poziom u 97.5% osób, należy brać nie 2000 jednostek, ale prawie 10 000.

Gdzie się pomylił? Prawdą jest, że trzeba brać takie dawki, by podnieść poziom u każdego. Ale to wcale nie oznacza, że każdy powinien brać takie dawki. To jak ze szczepionkami – żeby zapewnić optymalną odporność u 97,5% populacji, każdy powinien dostać 2-3 dawki. Oznacza to jednak, że 95% osób dostanie dawkę zbyt dużą, po to tylko, by te 5% z obniżoną odpornością dostało odpowiednią. Znacznie lepsze rozwiązanie to dać 90% jedną dawkę, a tym 10% z problemami (osoby starsze, po ciężkich chorobach, dostające leki obniżające odporność) dać dawkę podwójną.

Zawsze znajdzie się kilka osób, które D3 nie przyswajają – będą to chorzy na celiakie, osoby z niewydolnością nerek, wątroby czy nawet z banalnym niedoborem magnezu. Próba ustalenia jednakowej dawki, która podniesie poziom u absolutnie każdego sprawi, że osoba zdrowa otrzyma tyle, co ten chory – a przez to u niej poziom podniesie się znacznie powyżej optimum, nawet na granicę toksyczności.

Trzeba wziąć pod uwagę, że dawki proponowane przez autora tego badania podnosiły poziom średnio do 120 nmol/l. Część osób nie osiągnęła wymaganego poziomu 50 nmol/l, ale oznacza to jednocześnie, że część musiała zbliżyć się do 200 nmol/l.

Bardzo dużo mówi się o tym, że suplementacja zapobiega wielu chorobom, ale z reguły jest to po prostu czcza gadanina. To nic nie kosztuje, pokrzyczeć że witamina D3 chroni przed wszystkimi chorobami, a zły spisek ukrywa to przed światem – ludzie chcą takie coś usłyszeć, chcą w to wierzyć, więc krzykacze zdobywają popularność. Póki co jednak nie wiemy, czy suplementy będą chronić przed na przykład stwardnienie rozsianym, toczniem układowym czy nowotworami, chociaż wstępne analizy to właśnie sugerują. Przeprowadzone dotychczas próby kliniczne wykazały, że ochrona przed infekcjami górnych dróg oddechowych (grypy, przeziębienia) jest niewielka, w przypadku nowotworów – były bardzo małe grupy pacjentów, ale wpływ wydaje się być wyraźny. Witamina ta nic nie zmieniła w sytuacji chorych na astmę, nic kompletnie nie dała chorym na cukrzycę, nie miała też większego wpływu na depresję.

Znakomita większość badań, które łączą niedobór D3 z chorobami ma jedną zasadniczą wadę – nie wiemy, czy badamy wpływ niedoboru D3, czy może braku ruchu, gdyż osoby z niedoborami statystycznie znacznie rzadziej wychodzą z domu. Jedynie badania ze ślepą próbą mogą coś pokazać, ale tu problemem jest czas – takie na przykład stwardnienie rozsiane według wstępnych badań może zależeć od niedoboru, ale w młodości pacjenta, czyli ktoś może zachorować teraz, bo 20 lat temu unikał słońca. Siłą rzeczy tyle musielibyśmy czekać na wyniki prób klinicznych. Zapewne w przyszłości powstaną analizy stanu zdrowia tych osób, które niedawno brały udział w takich próbach – bez problemu będzie można wtedy stwierdzić, czy po np 20 latach zmniejszyło się u nich ryzyko wystąpienia schorzeń objawiających się w późnym wieku.

Pojawia się pytanie – co brać razem z D3? Często można spotkać się z poglądem, że wystarczy brać witaminę K2, żeby uniknąć zwapnień. Jest on szczególnie mocno rozpowszechniany przez osoby, które sprzedają witaminę K2. Wszystko opiera się na pojedynczym badaniu, w którym co prawda suplementacja rozpuściła złogi, ale… były to złogi wywołane eksperymentalnym niedoborem witaminy K. Nie istnieje badanie, które sugerowałoby, że dzięki witaminie K2 „wapń trafia tam, gdzie trzeba”.

Zawiera nie tylko witaminę K, ale też np indolo-3-karbinol

Zarówno witamina K (ta zwykła, obecna w zielonych częściach roślin) jak i witamina A mają dość silny efekt chroniący przed toksycznością nadmiaru D3. Nie trzeba płacić majątku za formę Mk7, by uchronić się przed skutkami nadmiaru:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/27511521

Czy oznacza to, że biorąc D3 powinno się jednocześnie brać A i K? Niekoniecznie. To, że jakaś substancja chroni przed zatruciem nie oznacza, że  sama w sobie jest zdrowa – przykład to alkohol etylowy, chroniący przed toksycznością alkoholu metylowego. Bardzo możliwe, że biorąc dodatkowe wysokie dawki A i K po prostu wydamy niepotrzebnie pieniądze. Na wszelki wypadek można jednak brać niewielkie dawki retinolu – w aptece opakowanie kosztuje 5 zł, zaś jeden brokuł dostarcza prawie 1000% zapotrzebowania na witaminę K.

Jest jeszcze problem magnezu. Często można w internecie spotkać informacje, że jest on niezbędny do przyswajania D3, a problemy które się czasem podczas jej uzupełniania pojawiają wynikają głównie z jego niedoboru. Przyznam, że w sporej części rozpowszechnienie tych informacji to moja wina (czy tam zasługa). Nie ma za bardzo badań klinicznych w tym kierunku, wiadomo, że po dużych dawkach D3 poziom wapnia potrafi urosnąć, zaś magnezu spaść:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/20660032

Nawet w tym roku pojawił się artykuł, gdzie autorzy narzekają na brak przeprowadzonych badań:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/28471760

Brakuje tu niestety prób klinicznych, pisząc to opieram się na doświadczeniach własnych oraz znajomych – suplementacja D3 przy niedoborze magnezu powoduje dość nieprzyjemne skutki uboczne, takie jak częstomocz, suchość w ustach, zatwardzenia, uczucie oszołomienia. Wynikają one z podwyższenia poziomu wapnia, ale wygląda na to, że w tym wypadku nie jest to wywołane nadmiarem D3, ale niedoborem magnezu, który został niejako „zużyty” do metabolizowania tej witaminy.

Jeśli ktoś ma tego typu objawy, powinien odstawić D3 i skupić się na suplementacji magnezem, ewentualnie witaminami K i A. Po uzupełnieniu tych substancji można wrócić do D3.

Podsumowując, jak powinna według mnie wyglądać suplementacja:

  • jeśli podejrzewamy duże niedobory, kilka dni wcześniej warto zacząć brać magnez, dowolny z apteki który nie jest tlenkiem, 60 tabletek po 50 mg jonów powinno dać się kupić w okolicach 5 zł. Wskazane branie dawek 3×2 tabletki (3 x 100 mg) dziennie. Po skończeniu opakowania czy dwóch można z tego zrezygnować.
  • samej D3 raczej nie warto brać więcej, niż 2-3 tysiące jednostek zimą, 500-1000 latem, a nawet mniej, jeśli często się opalamy. Idealny suplement to devikap, który co prawda jest na receptę, ale może ją wypisać aptekarz.
  • jeśli ktoś jest strachliwy i chce dmuchać na zimne, można dokupić witaminę A – 50 kapsułek po 2500 IU kosztuje około 5 zł. Dłuższa suplementacja witaminą A jest niewskazana.
  • nie ma badań jednoznacznie wskazujących, że witamina K2 jest lepsza od zwykłej K1, nie wiadomo co przyszłość przyniesie. Jeśli jednak ktoś chce wydać 100 zł rocznie na suplement, który może znacznie zmniejszyć ryzyko nowotworów czy chorób układu krążenia, sugerowałbym na vitacost czy na iherb odszukać miksy k1, mk4 i mk7. Wystarczy 1 tabletka co 2-3 dni.
Opublikowano Bez kategorii | 8 komentarzy

Rak trzustki.

Nie, nie będzie o leczeniu. Ten typ nowotworu jest wyjątkowo paskudny – w momencie, gdy daje objawy, przerzuty są już w całym organizmie, leczenie to w praktyce próba przedłużenia życia pacjenta i sprawienia, by nie cierpiał za mocno. Nikomu nie udało się tego jeszcze wyleczyć, czy metodami oficjalnymi, czy alternatywnymi – a w każdym razie nikt nie przedstawił dowodu. Jest jeden opis przypadku bardzo wyraźnego przedłużenia życia, ale nie wiem, czy prawdziwy – można o tym przeczytać w książce „Antyrak”. Pacjent dostawał tam zestaw ziół i dietę składającą się z takich roślin, które mają wykazane działanie przeciwnowotworowe.

Statystycznie co druga osoba czytająca te słowa zachoruje na jakiegoś raka, co czwarta umrze. Rak trzustki zabija 2% z nas – jeden człowiek na pięćdziesiąt jest na niego skazany. Jak pisałem, nie ma metod leczenia, czy oficjalnie czy alternatywnie, nie oznacza to jednak, że jesteśmy tu bezbronni. Bez większego problemu można tej chorobie zapobiegać, zmniejszając ryzyko nawet ponad dziesięciokrotnie. Znakomita większość ludzi albo ignoruje porady dotyczące zapobiegania (bo o śmierci wygodniej nie myśleć), albo wybiera takie, które niekoniecznie wyglądają na skuteczne, ale są kuszące, typu „wszyscy naukowcy się mylą, zdrowa dieta to tłusta dieta!”, albo „wystarczy że kupisz ten jeden tajemniczy suplement…”.

Na początek drobne ostrzeżenie – analizując czynniki ryzyka, bardzo łatwo wpaść w różne metodologiczne pułapki. Taki sztandarowy przykład to witamina C – badania wykazywały, że osoby mające wyższe stężenie we krwi czy wyższe spożycie rzadziej chorowały na choroby serca i nowotwory. Sporo osób wyciągnęło z tego wnioski, że chroni ona przed tymi chorobami i niekiedy dorobiło się niemałych majątków sprzedając biały proszek. Bardziej szczegółowe badania wykazały jednak, że witamina C jest po prostu bezwartościowa, suplementacja ani odrobinę nie zmieniała ryzyka chorób serca czy nowotworów. Rozwiązanie tej zagadki jest banalnie proste – osoby z najwyższym stężeniem we krwi to jednocześnie osoby jedzące najwięcej roślin, a najmniej produktów odzwierzęcych.

W przypadku czynników ryzyka raka trzustki takich pułapek jest bez liku – wiadomo, że wegetarianie chorują rzadziej, ale czy to dlatego, że jedzą mniej mięsa, czy może z powodu wyższego spożycia błonnika? Może wystarczy kupić ten błonnik, co kosztuje 5 zł na miesiąc, zamiast męczyć się z dietą?

Warto dodać, że większość wymienionych niżej czynników ryzyka wpływa na większość nowotworów.

Na początek badanie porównujące ryzyko zachorowania w zależności od ilości mięsa w diecie:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4691673/

Wegetarianie i weganie mieli ryzyko zachorowania zmniejszone o ponad połowę, osoby z niskim spożyciem mięsa – nieco mniej niż połowę, zaś osoby jedzące z mięs tylko ryby – o nieco ponad jedną czwartą. Co ciekawe, osoby jedzące mięso miały nieco niższe ogólne ryzyko zgonu z powodu raka w porównaniu do wegetarian i wegan – ale obie te grupy miały znacznie niższe w porównaniu do osób odżywiających się „normalnie”.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4451698/

Analiza dostępnych badań nad błonnikiem sugeruje, że wysokie spożycie zmniejsza ryzyko o około połowę. Nie wiadomo jednak, czy wynika to z błonnika jako takiego, czy może z tego, o czym pisałem wcześniej – występuje on w roślinach, więc osoby które go jedzą w dużych ilościach siłą rzeczy mają dietę bardziej roślinną.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4946347/

Bardzo znaczące są wyniki dotyczące selenu, miedzi i cynku. Statystycznie, pacjenci mieli stężenie miedzi we krwi 1432, zaś osoby zdrowe – 1098. Podobnie różnica była widoczna w przypadku selenu – 60 vs 76. Z miedzią jest pewien problem – jej stężenie zmienia się w zależności od stanu organizmu (np z powodu stanów zapalnych), a nie z powodu nadmiaru w diecie. Nie wiadomo więc, czy te wyniki świadczą o wpływie odżywiania. Niskie spożycie cynku wiązało się z większym ryzykiem, ale różnica nie była duża, a badanie było dość słabo przeprowadzone. Można jednak ryzykować przypuszczenie, że to właśnie niedobór cynku jest jednym z głównych czynników – to właśnie on najczęściej odpowiada za wysoki poziom miedzi we krwi.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/4092355

Pacjenci chorzy na raka trzustki mieli stosunek cynku do miedzi 2.66, zaś osoby zdrowe – 1.39. Pytanie, czy z tego można wyciągać jakiekolwiek praktyczne wnioski – tego niestety nie dowiemy się, dopóki nie zostaną przeprowadzone szczegółowe badania. Nikomu się z tym jednak nie spieszy – mamy chorobę zabijającą 2% ludzi, mamy banalnie proste badanie do przeprowadzenia – dajemy grupie ludzi suplementy cynku i patrzymy, czy zmniejszy się zachorowalność. Dopóki ktoś tego nie zrobi, nie będziemy wiedzieć na pewno. Póki co musimy zgadywać.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4705892/

Niskie spożycie magnezu niemal podwajało ryzyko choroby. Mamy ten sam problem, co wyżej – magnez występuje głównie w roślinach. Czy faktycznie on był przyczyną, czy suplement pomoże, czy raczej trzeba zmienić całą dietę?

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/25864626

To badanie wydaje się być najbardziej znaczące, jako że różnice są zbyt duże, by podciągnąć je pod błąd statystyczny. W krajach, gdzie jest najniższy poziom słońca (z uwzględnieniem zachmurzenia), ryzyko raka trzustki było aż sześć razy wyższe w porównaniu z tymi z najwyższym nasłonecznieniem. Badania oceniające ryzyko w porównaniu do stężenia witaminy D3 we krwi dały sprzeczne rezultaty, ale te oceniające ilość godzin spędzanych na słońcu sugerują, że istnieje tu związek.

Podsumowując, dopóki ktoś nie przeprowadzi badań wpływu suplementacji na ryzyko zachorowania, nie będziemy wiedzieć na pewno, obecne wstępne badania sugerują, że witamina D3 może mieć duży, pozytywny wpływ.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3348117/

Ta analiza dała dość jasne rezultaty – osoby otyłe mają 20%-50% wyższe ryzyko zachorowania.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2883092/

Spożycie alkoholu to dość istotny czynnik ryzyka – w zależności od stażu i stylu picia, ryzyko może zwiększyć się nawet sześciokrotnie. Najbardziej narażone są osoby upijające się dużymi dawkami, w porównaniu do picia nawet większych ilości, ale rozłożonych w czasie.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26537936

Wyższe spożycie tłustych ryb morskich było powiązane z wyraźnie obniżonym ryzykiem, ale tu mam wątpliwości, czy chroniły kwasy omega 3, czy może po prostu obecny w nich jod – w badaniach szczury z niedoborem jodu dwukrotnie częściej zapadały na różne nowotwory.

Nie wiadomo, czy witamina K (lub jej formy K2) mają jakikolwiek wpływ – część badań sugerowała takie zależności, jednak witamina K2 występuje w pożywieniu razem z bardzo silnie chroniącym przed nowotworami sprzężonym kwasem linolowym, dlatego wyniki badań analizujących dietę są bardzo wątpliwe.

Być może sprzężony kwas linolowy (CLA) znacznie zmniejsza ryzyko, na razie jednak brak dokładniejszych badań – wstępne próby kliniczne na zwierzętach sugerują, że ma on działanie ochronne.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/17093171

Spożywanie dużych ilości cukru, szczególnie w postaci napoi gazowanych może zwiększać ryzyko nawet dwukrotnie. Co ciekawe:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26075658

Spożywanie owoców nie tylko nie zwiększa ryzyka, ale wręcz chroni przed chorobą.

Podsumowując – unikając alkoholu i cukru, stosując dietę głównie roślinną, z wysoką zawartością błonnika, uzupełniając cynk, selen i witaminę D3, można zredukować ryzyko przynajmniej kilkukrotnie.

Nie wiadomo, w jaki sposób redukcja dwóch czynników ryzyka jednocześnie będzie na siebie wpływać – w medycynie bardzo często mamy w takim wypadku do czynienia z synergią. W skrócie – jeśli trucizna A zabije 1 osobę na 100, trucizna B również zabije 1 osobę na 100, to podanie tych dwóch trucizn jednocześnie nie zabije 2 osób na 100, tylko prawie wszystkie. Możliwe, że jednoczesne zastosowanie wszystkich możliwych sposobów zmniejszy ryzyko niemal do zera.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarze

Omegi, omegi

Dawno nic nie pisałem – no niestety, realne życie jest ważniejsze niż blogi. Mam teraz chwilę wytchnienia i coś czasem skrobnę, ale nie wiem, ile to potrwa, kiedy znowu mnie porwą obowiązki.

Dziś chciałem napisać o kwasach omega 3. Narosło wokół nich tyle mitów i niedopowiedzeń, że zasłużyły sobie na solidny artykuł, który wyjaśni co i jak. Będę miał też gdzie odsyłać ludzi z forum, którzy ciągle o to pytają.

Będę pisał z ogromnymi uproszczeniami, a czasem nawet przekłamaniami – nie zależy mi na dokładności przekazu, ale bardziej na tym, żeby to, co napiszę było jasne i zrozumiałe dla każdego, nawet jeśli nie ma żadnego wykształcenia w tym kierunku.

Nasz organizm potrzebuje dwóch podstawowych kwasów tłuszczowych – omega 3 oraz omega 6, odpowiednio kwasu alfa linolenowego (ALA) i linolowego (LA). Pierwszy jest obecny między innymi w oleju lnianym, drugi – w prawie każdym innym. Bez nich będziemy chorować, a w końcu umrzemy – jednak niemal niemożliwym jest doprowadzenie do niedoboru, jako że występują w prawie każdym posiłku.

Przepiękny len

Dodatkowo są inne kwasy tłuszczowe – omega 7, omega 9, w przeróżnych konfiguracjach. W tym wpisie chciałem się jednak skupić wyłącznie na 3 i 6.

Na początek bardzo ważna rzecz – nasze ciało produkuje kilkanaście innych kwasów tłuszczowych, używających tych dwóch podstawowych jako surowca. Bez tych innych również nie możemy funkcjonować i dość szybko byśmy zachorowali, nie są one jednak „niezbędne” – teoretycznie nasze ciało powinno sobie poradzić z syntezą, o ile dostarczymy ALA i LA. I tu zaczynają się schody, tutaj gnieżdżą się mity.

Bardzo często można usłyszeć, że spożywamy za dużo omega 6, za mało omega 3. Jest to prawda, ale nie cała. Są całe grupy osób, które – pomimo nadmiaru omega 6 w pożywieniu – mają  silny niedobór jego „zaawansowanych” form. Chodzi tu przede wszystkim o kwas gamma linolenowy (GLA), niezbędny do dziesiątek procesów w organizmie. Jako ciekawostkę można przytoczyć badanie, w którym jego suplementacja cofnęła objawy stwardnienia rozsianego – chorzy dosłownie wstawali z wózków inwalidzkich:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/17922959

Jedno z powikłań po boreliozie (oszuści wmawiają chorym, że to dalej borelioza naciągając ich na czasem wieloletnią terapię) to zespół przewlekłego zmęczenia. Według jednej z najmocniejszych hipotez, choroba rozwija się poprzez osłabienie odporności oraz osłabienie organizmu antybiotykami, co z kolei zwiększa aktywność wirusów. Jeśli pacjent ma bardzo niskie zapasy kwasu gamma linolenowego, zapasy te szybko ulegają wyczerpaniu, a bez niego organizm nie jest w stanie bronić się przed niektórymi wirusami. Następuje błędne koło – wirus blokuje syntezę GLA, a bez niego nie można zwalczyć wirusa. W konsekwencji infekcji wirusowej przewodu pokarmowego rozwija się patologiczna flora bakteryjna, zalewająca organizm specyficzną formą kwasu mlekowego (w badaniach chorzy mieli nawet kilkadziesiąt tysięcy razy więcej bakterii, które produkują  tę szkodliwą odmianę kwasu mlekowego), co wywołuje objawy potwornego zmęczenia. Czasem antybiotyki ograniczają liczebność tych bakterii, przez co jest po nich chwilowa poprawa, ale nie likwidują przyczyny choroby. Chory może wtedy uwierzyć, że ma ciągle bardzo trudną w wyleczeniu boreliozę, bo przecież po antybiotykach czuje się lepiej, a jak je odstawi to znowu jest gorzej. Właściwe rozwiązanie to uzupełnienie poziomu GLA, ale na tym nie zarobi się takiej kasy, jak na wciskaniu ludziom antybiotyków. Tutaj hipotezę wyjaśniono nieco bardziej naukowo, z przypisami:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1860620/

Kolejne schorzenia, w których stwierdza się niski poziom i gdzie suplementacja zdaje się mieć bardzo duży sens, to cukrzyca czy reumatoidalne zapalenie stawów.

Próba rozwiązania tego problemu poprzez spożywanie zwykłego omega 6 jest skazana na porażkę – wątroba po prostu nie jest w stanie przerobić go na formy bardziej zaawansowane. Doraźna pomoc to uzupełnienie GLA bezpośrednio – najlepsze źródła to olej z wiesiołka lub z ogórecznika, których powinno się spożywać odpowiednio 15 lub 7 ml dziennie. Dodatkowo warto uzupełnić magnez i cynk – ich niedobory mogą upośledzić syntezę GLA.

W przypadku badania przeprowadzonego na chorych na stwardnienie rozsiane, chorzy dostawali olej z ogórecznika w dawce 14 ml dziennie przez 18 miesięcy – przez ten czas mieli ciągłą, stopniową poprawę.

Kolejny ciekawy przypadek to kwas arachidonowy – jest bardzo wiele przesłanek sugerujących, że jego obecność w produktach odzwierzęcych jest jedną z przyczyn, dla których one szkodzą – jego obecność prowokuje stany zapalne. Z drugiej jednak strony, jest to jeden z podstawowych składników budulcowych mózgu. Jego poziom jest szczególnie niski u na przykład chorych na marskość wątroby czy u ludzi z autyzmem. Nie wiadomo, czy w przypadku chorej wątroby suplementacja cokolwiek da, czy wręcz zaszkodzi, ale wstępne próby kliniczne sugerują, że może pomóc w autyzmie. Jako że zakup suplementu graniczy z niemożliwością, nie ma co się nad nim rozwodzić.

Podsumowując rozdział o omega 6 – znakomita większość osób ma nadmiar podstawowej formy, ale też bardzo wiele osób cierpi z powodu niedoboru form zaawansowanych. Nie ma niestety żadnego wiarygodnego testu, który pozwala sprawdzić czy nas to dotyczy. W przypadku chorób przewlekłych można próbować „w ciemno” pić olej z wiesiołka, by zobaczyć czy będzie po nim widoczna poprawa.

Pora przejść do omega 3. Tu mamy bardzo popularny mit – że wystarczy pić olej lniany. Rozpowszechniany z jednej strony przez fanatycznych wegan, z drugiej – przez różnych blogerów i szarlatanów. Mamy podobną sytuację, jak z omega 6 – samo dostarczenie podstawowej formy nie gwarantuje, że organizm będzie w stanie przerobić ją na bardziej zaawansowane.

Właśnie te kolejne formy, szczególnie EPA i DHA są wykorzystywane do budowy ludzkiego mózgu. I tu jest kolejny problem – nawet gdyby olej lniany był przerabiany wystarczający efektywnie, byłyby to ilości, które wystarczą zaledwie na podtrzymanie procesów i zatrzymanie ucieczki z organizmu. Jeśli ktoś miał niedobory na tyle długo, by rozwinęły się zmiany w psychice, to żeby je skorygować, powinien swój organizm dosłownie zalać nadmiarem EPA i DHA.

Całkiem dobrym sprawdzianem wysycenia jest badanie stężenia kwasów tłuszczowych w błonach komórkowych erytrocytów (niestety, niedostępne dla przeciętnego zjadacza chleba). Jak na dłoni widać, jak potężny wpływ mają te substancje.

W jednym z badań, przeciętne stężenie DHA u zdrowego mężczyzny wynosiło 4.6, zaś u mężczyzny z zaburzeniami typu bipolar – 2.8

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/20413162

W innym z kolei, osoby z depresją miały poziom omega 3 wynoszący 26,9, w porównaniu do 35,3 osób zdrowych

http://journals.plos.org/plosone/article?id=10.1371/journal.pone.0010635

Na koniec prawdziwy hit – osoby w grupie z najniższym poziomem omega 3 miały aż osiem razy większe ryzyko podjęcia próby samobójczej

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/15450784

O tym, jak potężny wpływ może mieć suplementacja aktywnych form, niech świadczy to badanie:

https://www.nature.com/articles/ncomms8934

Pacjenci cierpiący na zaburzenia świadczące o tym, że może się u nich rozwinąć psychoza, zostali podzieleni na 2 grupy – połowa dostawała przez 12 tygodni kwasy omega 3, druga zaś połowa – placebo. Osoby, które otrzymały omega 3, miały aż cztery razy niższe ryzyko rozwoju psychozy w późniejszym życiu – efekt ten utrzymywał się aż przez 10 lat, bo tyle trwało badanie.

Dość dużo kontrowersji wzbudza temat leczenia depresji za pomocą kwasów omega 3. Badania kliniczne dają tutaj sprzeczne rezultaty – w jednej próbie substancje te działają doskonale, w innej – w ogóle. Warto zwrócić uwagę na kilka faktów.

Po pierwsze, na sprzedaży omega 3 nikt konkretny nie zarobi – nie da się ich objąć patentem, więc nie ma jakiegoś „spisku producentów suplementów”, którzy mogliby przepychać badania wykazujące ich działanie. W drugą stronę już nie jest tak różowo – wprowadzenie terapii oznaczałoby wielomiliardowe straty dla najbogatszych korporacji. Jeśli więc miałoby dojść do fałszowania badań, to w stronę próby wykazania braku skuteczności.

Po drugie, badania sugerują, że działa tylko długotrwała terapia, tylko wysokimi dawkami i tylko formą EPA. Oznacza to, że jeśli weźmiemy 20 prób klinicznych, z których w 10 badano tylko formę DHA, w 5 kolejnych stosowano niskie dawki, a w jeszcze 3 – badania trwały bardzo krótko, to średnia tych prób wykaże, że omega 3 nie działają. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę tylko badania przeprowadzone prawidłowo, działanie będzie bardzo silne i wyraźne.

Po trzecie zaś, badania sugerują, że statyny zaburzają działanie omega 3, czyli grupa pacjentów biorąca te leki faktycznie może nie odnieść z omeg żadnych korzyści.

Biorąc pod uwagę doskonałe wyniki wielu prób klinicznych, a także niską cenę i niemal zerowe skutki uboczne terapii, uważam, że omega 3 powinny być pierwszą rzeczą, którą się próbuje w zaburzeniach typu depresja, bipolar czy nerwica lękowa.

Podobnie sytuacja przedstawia się z chorobami serca. W badaniach na zwierzętach omega 3 miała doskonałe wyniki, u ludzi już niestety nie. Jak się okazało, omegi podawano pacjentom którzy jednocześnie brali statyny, jeśli statyny negują działanie omeg, nie miały one prawa zadziałać. W ten sposób prawdopodobnie „udowodniono” coś, co nie jest prawdą, a dzięki czemu pacjentom dalej przepisuje się patentowane leki, na których mogą zarobić korporacje, zamiast kwasów tłuszczowych. Tutaj jest szersze omówienie tego problemu:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3571733/

Podsumowując rozdział o omega 3

  • olej lniany absolutnie nie jest wystarczający, gdyż nikt nie jest w stanie ocenić, jak skutecznie jego organizm przerobi go na aktywne formy
  • niedobory będą miały głównie osoby, których organizm słabiej przetwarza formę podstawową w zaawansowane, dieta będzie mieć mniejsze znaczenie
  • niedobory nie dają wyraźnych objawów, ale wszelkie zaburzenia w sferze psychiki typu nerwice, depresje czy psychozy mogą o nich świadczyć
  • uzupełnianie wymaga wysokich dawek, rzędu 2000 mg EPA dziennie przez wiele miesięcy, można stosować suplementy, albo po prostu jeść duże ilości tłustych ryb morskich, ryzykuje się wtedy jednak zatrucie tym wszystkim, co teraz pływa w morzu oprócz ryb
  • nadmiar może być mocno szkodliwy

Na koniec kilka podpowiedzi.

  • równoległa suplementacja beta alaniną (do kupienia w każdym sklepie dla pakerów) powinna ułatwić przyswajanie EPA, DHA i ewentualnie kwasu arachidonowego w mózgu, chroniąc je przed rozpadem
  • witamina E zwiększa długość życia omega 3 we krwi, przez co więcej dotrze tam, gdzie powinny
  • nie powinno się stosować omega 3 i omega 6 w tym samym czasie, jako że konkurują ze sobą – lepiej robić przerwy, na przykład jedno rano, drugie wieczorem
  • EPA i DHA dużo łatwiej się przyswoi, jeśli jednocześnie w diecie znajdzie się cholina (obecna w jajkach czy w lecytynie sojowej albo słonecznikowej), a także monofosforan urydyny – dostępny jedynie w formie suplementów
Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarze

Czy będzie przełom w leczeniu choroby Alzheimera?

Nie mam ostatnio zbyt wiele czasu, dziś jedynie króciutki wpis.

Ciekawostka o chorobie Alzheimera, tłumaczenie najważniejszych fragmentów dla nie znających angielskiego. Grupa naukowców uważa, że główną przyczyną choroby jest mieszanka dwóch czynników – specyficznych genów oraz infekcji mózgu. To, co u przeciętnego człowieka nie miałoby żadnego efektu, u ludzi z tymi specyficznymi genami prowokuje nietypową odpowiedź immunologiczną, co prowadzi do masowego obumierania komórek. Czynniki, które uważa się za będące przyczyną choroby, wedle tej nowej teorii są jedynie skutkiem ubocznym.

Główny podejrzany to najzwyklejszy w świecie wirus opryszczki, ale mogą to też być wszelkie inne wirusy i bakterie potrafiące penetrować barierę krew-mózg, takie jak borelioza czy nawet zwykła bakteria zapalenia gardła, chlamydia. Jako że wirus opryszczki jest na celowniku jako najczęściej występujący i mający największy „potencjał” prowokowania odpowiedzi immunologicznej, możliwe, że terapia antywirusowa mogłaby okazać się skutecznym lekiem na chorobę Alzheimera. Niestety, naukowcy nie otrzymali do tej pory pieniędzy na próby kliniczne. Co więcej, jeśli winien jest wirus, może się okazać, że niedługo na tę chorobę będzie dostępna szczepionka.

Parę słów ode mnie – jeśli ta teoria jest prawdziwa, to można próbować sobie radzić metodami nieco odstającymi od głównego nurtu – na przykład w próbie klinicznej terapia wysokimi dawkami cynku (50 mg i więcej przez kilka miesięcy) doprowadziła do usunięcia wirusa opryszczki z organizmów chorych, u których nie zadziałały „normalne” leki antywirusowe. Wiadomo też, że wirus opryszczki nie lubi lizyny, którą za grosze można kupić na allegro (chyba 50 zł za kilogram, co wystarczy na parę lat). Nie wiadomo jednak, jak takie eksperymenty wpłyną na reakcję immunologiczną w mózgu, mogą ją zaostrzyć, zamiast wyciszyć. Osoby chore mają niższy poziom cynku w porównaniu do zdrowych, zaś jedna wstępna próba kliniczna wykazała, że u chorych otrzymujących cynk choroba Alzheimera delikatnie się cofnęła.

Pewne jest, że nawet jeśli teoria jest prawdziwa, to jednak infekcja i geny nie są jedynymi czynnikami. Bardzo duży wpływ na ryzyko choroby ma dieta – spożywanie dużej ilości tłuszczu nasyconego podwaja ryzyko, tłuszczy trans zwiększa je jeszcze mocniej, zaś duża ilość aktywnych form omega 3 (czyli tłustych gatunków ryb) bardzo silnie chroni przed chorobą.

https://www.scientificamerican.com/article/controversial-new-push-to-tie-microbes-to-alzheimer-s-disease/

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Ocet jabłkowy

Wokół octu jabłkowego narosło tyle mitów, że zasłużył sobie na oddzielny wpis.

Niestworzone historie, jakie można o nim usłyszeć biorą się z tego, że ludzie nie potrafią prawidłowo analizować rzeczywistości. Każda choroba czasem sama znika, sama się pojawia. Taka dajmy na to alergia – bardzo często przechodzi w momencie wejścia w dorosłość, gdy przestawiają się w organizmie hormony. Jeśli ktoś wtedy akurat zacznie pić ocet jabłkowy, będzie mu się wydawało, że go wyleczy. Usłyszy u tym jego znajomy, też zacznie pić – oczywiście nic mu to nie da. „A, bo to trzeba taki specjalny, organiczny”. Jeszcze ktoś zacznie go brać, akurat objawi mu się nowotwór, który rozwijał się co prawda już od 10 lat, ale tego ta osoba nie wiedziała, za to zaraz zostanie to skojarzone z octem, który pije od miesiąca. Nie dalej jak wczoraj na fanpage jakaś kobieta, uważająca się zresztą za mądrzejszą  od wszystkich lekarzy twierdziła, że sobie osteoporozę wyleczyła w rok witaminą K2. Kilkaset osób dostawało K2 w badaniach klinicznych, nikogo nie wyleczyła, ale co tam badania kliniczne – ważniejsze jest to, co widać! Ktoś przeszedł pod drabiną i wpadł pod samochód? Wiadoma sprawa. Hodował kaktusy i dostał mandat? Głupi, wszyscy przecież wiedzieli, że to się tak skończy.

Niestety, ten błąd jest nagminny – „ja widziałem, że dwa zdarzenia nastąpiły jedno po drugim, więc jedno musi wynikać z drugiego!”. Stąd te wszystkie cudowne leki na raka, te przypadki autyzmu po szczepionkach…

O occie jabłkowym można przeczytać chyba wszystko, jeśli sięgnie się do odpowiedniej liczby prywatnych stronek. Jest popularny. bardzo dużo osób go bierze, więc zawsze znajdzie się ktoś, komu wyzdrowienie zgra się w czasie z piciem tego paskudztwa. Jeśli dodamy do tego fakt, że ludzie patrzą na efekty przez pryzmat oczekiwań (o, nie brał octu, katar miał aż tydzień, a ja brałem i po zaledwie siedmiu dniach byłem zdrowy!), mamy komplet.

Warto uporządkować to, co o occie wiadomo, co wykazano i potwierdzono badaniami.

Przede wszystkim – ocet to ocet. Nie ma prawie żadnej różnicy między jego odmianami. Jego właściwości biorą się z kwasu octowego, a cała reszta występuje w nim w ilości nie mającej wpływu na zdrowie. Na stronkach sprzedawców można przeczytać mnóstwo bzdur, w rodzaju że „jest bogaty w potas” – tyle, że jeden banan ma tego potasu więcej, niż jest w całym litrze. Ten zwykły, kosztujący 4 zł za litr zadziała dokładnie tak samo, jak „organiczny”.

Pytanie, które jest chyba najważniejsze – czy jest jakiś związek z nowotworami? Co drugi człowiek zachoruje na tę chorobę, co czwarty na nią umrze, wszystko, co zmniejsza ryzyko jest na wagę złota. Podobnie jak ognia należy unikać wszystkiego, co je zwiększa.

Zazwyczaj bada się to pytając ludzi, ile czego jedzą, a potem sprawdza czy jakieś substancje pojawiają się szczególnie często – albo szczególnie rzadko – u osób, które zachorowały. Tego typu badanie ma jedną potężną wadę – niektóre pokarmy zjada się razem z innymi. Przyglądając się badaniu, w którym ludzie spożywali gin z tonikiem, wódkę z tonikiem, whisky z tonikiem – można wyciągnąć mylne wnioski, że tonik powoduje marskość wątroby. Podobnie ocet – nawet jeśli sam z siebie nic by nie robił, to produkty z którymi się go tradycyjnie spożywa mogą mieć bardzo duże znaczenie.

No nic, trzeba brać co dają. Porównano dietę 130 osób ze zdiagnozowanym rakiem pęcherza oraz takich, które nie zachorowały:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/15237578

Osoby spożywające dużo wątróbki chorowały czternaście (!) razy częściej, konserwy mięsne – osiem razy, zaś wieprzowinę – 4,5 raza. I na koniec ocet – duże spożycie również wiązało się z 4,5 razy wyższym ryzykiem zachorowania. Badanie prowadzono w Serbii, możliwe, że w tamtym kraju tradycyjnie ocet stosuje się jako dodatek do potraw mięsnych.

Z ciekawostek, rzeczy, które zmniejszały ryzyko zachorowania to soki owocowe (12,5 raza), kapusta (czterokrotnie) oraz częste oddawanie moczu (w domyśle – picie dużej ilości wody) 5,5 raza.

Mamy też badanie z Chin, gdzie porównano dietę 211 osób z rakiem przełyku oraz 633 zdrowych:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/12875624

W tym wypadku wysokie spożycie octu zmniejszało ryzyko trzykrotnie. Nie wiadomo, jaki wpływ miało spożycie mięsa, bo w Chinach prawie się go nie spożywa, ale podobnie jak w prawie każdym badaniu nad ryzykiem nowotworów, wysokie spożycie warzyw i warzyw strączkowych zmniejszało ryzyko kilkukrotnie.

Wiemy, że nic nie wiemy. Dwa badania, na dodatek obarczone setką nieścisłości nic nam nie powiedzą. Jeśli ktoś będzie chciał postraszyć ludzi, mówiąc że ocet wywołuje raka, pokaże im tylko te pierwsze, jak będzie chciał im go sprzedawać – tylko drugie.

Jest jeszcze badanie na myszach, którym wszczepiono komórki nowotworowe i po dostaniu octu żyły znacznie dłużej, ale był to specjalny produkt z resztek przy produkcji japońskiej wódki ryżowej shōchū. Resztki z których nie zrobiono octu miały nawet mocniejsze działanie. Innymi słowy – wyniki bardzo ciekawe, ale raczej nijak mają się do octu jako takiego:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/15630262

Znacznie lepiej przebadano wpływ octu na układ krążenia, co prawda głównie u zwierząt, ale badań na ludziach prędko się nie doczekamy – kto miałby je zasponsorować?

Szczury z nadciśnieniem, którym podano ocet, miały zmniejszenie aż o 20 punktów, przy czym nieco lepiej działał ocet ryżowy, niż zwykły. Podobnie ryżowy bardziej obniżał poziom aldosteronu. Nie wiadomo, jaki był konkretnie mechanizm działania, podejrzewa się takie rzeczy jak zwiększone przyswajanie wapnia w jelitach:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/11826965

Badanie epidemiologiczne na grupie pielęgniarek wykazało dwukrotnie niższe ryzyko zawału u tych, które spożywały sałatkę z octem, ale trzeba brać pod uwagę, że taka sałatka zawierała też większą dawkę omega 3:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/10232627

U szczurów, które spożywały duże ilości cholesterolu, dodatek kwasu octowego chronił przed jego wzrostem we krwi:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/16611381

Co ciekawsze, ocet jabłkowy, bez względu na to jak został przygotowany, chronił przed zwiększeniem stężenia trójglicerydów, a także przed zmianami stłuszczeniowymi wątroby:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/21561165

Najciekawiej wygląda wpływ octu na poziom cukru. Dostępne wyniki sugerują, że może on być doskonałym środkiem chroniącym przed cukrzycą, a w niektórych wypadkach nawet skutecznym lekarstwem.

W jednym z badań podawano pacjentom różne posiłki, które mieszano albo z octem, albo z octem zneutralizowanym za pomocą sody oczyszczonej:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/7796781

Jak się okazuje, ocet doskonale chronił przed skokiem poziomu cukru po posiłku, ale tylko wtedy, gdy nie został zneutralizowany. Z tego wynika oczywisty wniosek, że jego pozytywne działanie polega na zakwaszeniu.

W innym z kolei badaniu, ocet nie tylko sprawił, że zmniejszył się poziom glukozy po posiłku, ale również zmniejszył apetyt, przez co pacjenci przez resztę dnia zjadali o około 200 kcal mniej:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/16321601

Więcej szczegółów ujawnia kolejne badanie:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/20068289

Tutaj również zneutralizowany ocet nie miał żadnego wpływu, co stawia kropkę nad „i” w dyskusji czy organiczny ocet jest lepszy – znaczenie ma tylko i wyłącznie to, że zakwaszał on żołądek. Miał też dużo silniejszy efekt, jeśli spożywano go razem z jedzeniem, a nie na przykład kilka godzin wcześniej. Dodatkowo działanie było widoczne tylko dla węglowodanów złożonych (na przykład chleb), ale już nie dla glukozy.

Podsumowując – ocet może dość silnie chronić przed chorobami serca, a także przed cukrzycą czy otyłością, pod warunkiem, że będzie zawierał odpowiednio dużo kwasu octowego – niektóre „eko” produkty mają go bardzo mało. Identyczne działanie będzie miał każdy ocet, ten za 3 zł i ten za 300 zł, liczący się parametr to stężenie kwasu octowego.

Wszelkie inne efekty, o jakich można przeczytać na forach i stronach internetowych w znakomitej większości najczęściej po prostu nie istnieją – ktoś kiedyś z czegoś wyzdrowiał akurat wtedy, gdy zaczął pić ocet, napisał post, powstała legenda i krąży po internecie.

Nie są znane skutki uboczne niskich dawek (kilka łyżek dziennie), ale bardzo duża ilość może mieć poważne konsekwencje – znacznie zaburzyć poziom elektrolitów w organizmie, co może skończyć się nawet śmiercią.

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarze