Gdy boli kolano – mięsień pośladkowy średni

Ah, kochane kolanka. Jeden z najbardziej wrażliwych  stawów w naszym ciele. Każdy chyba zna  kogoś, kto musiał zrezygnować ze sportu, bo mu „kolana wysiadły”. Co może być dużym zaskoczeniem – bardzo często problemy z nimi biorą się z tego, że coś jest rozregulowane w zupełnie innej części naszego ciała.

Na początku chciałem przestrzec, żeby nie brać sobie tego co tu przeczytacie aż tak bardzo do serca. Ból kolan ma bardzo wiele różnych przyczyn, sztuczka którą niżej opiszę koryguje tylko jedną z nich, bardzo częstą, ale nie jedyną. Czasem ludzie biorą za pewnik wszystko, co przeczytają w internecie, boli kolano? To NA PEWNO ta przyczyna! Idealna sytuacja to właściwa diagnoza, niestety, żyjemy w Polsce. Moja dziewczyna miała problem z kolanami, poszła do lekarza – diagnoza. Ale jako że ma znajomości i mogła to zrobić za darmo, poszła też do drugiego – hmmm, kompletnie inna diagnoza… trzeba rozstrzygnąć, który miał rację, poszła do trzeciego. Dał jeszcze inną diagnozę, kompletnie różną od dwóch poprzednich. Każdy zalecał inne leki, inne ćwiczenia. Jeszcze ciekawsza była sytuacja z biegaczem, opisującym swój problem na  forum dyskusyjnym. Miał on najbardziej banalną, najzwyklejszą kontuzję, jaka tylko istnieje, coś co ma co czwarty biegacz. Był z tych u czterech lekarzy, którzy zrobili wszystkie możliwe badania, łącznie z usg, dostał cztery różne diagnozy i cztery różne zalecenia, łącznie z operacją i wycinaniem różnych rzeczy w środku. Ani jedna z tych diagnoz nie była trafna, ba, nawet nie zbliżyła się do prawdy. Znajoma opisywała problemy swojej matki ze stawem biodrowym – czterech lekarzy, cztery różne diagnozy i cztery różne zalecenia.

Pozostaje chyba próbować leczyć się samemu „w ciemno”. Na szczęście, opisana tutaj metoda jest całkowicie bezpieczna, nawet jeśli nie pomoże, to nie zaszkodzi. Co najwyżej ktoś straci trochę czasu, a nie zdrowia.

W Polsce nie mamy popularnej nazwy na tego typu schorzenie – czasem stosuje się określenie „kolano biegacza”. Nie ma chyba sensu zagłębiać się w terminologię – jeśli boli kolano, może to być „patellofemoral pain”. w tym wypadku opisane tu ćwiczenia mogą pomóc. Jeśli to coś innego – przynajmniej nie zaszkodzą, bo nie używa się przy nich kolana.

Od dawna teoretyzowano, że ból kolana bierze się z zaburzenia pracy bioder. Brzmi trochę nieprawdopodobnie, ale jest jak najbardziej spójne i logiczne. Jeśli mięśnie skręcające nogę w biodrze są osłabione albo przykurczone, kolano jest prowadzone pod nieco innym kątem. W efekcie rzepka jest nieco mocniej „ciągnięta” z jednej strony, słabiej z drugiej – dosłownie wylatuje ona ze swojej koleiny, którą powinna chodzić. Podobnie krzywe stawianie stopy może niszczyć kręgosłup – w naszym ciele jest dużo tak zaskakujących powiązań.

U grupy biegaczek, cierpiących na bóle jednego kolana, zmierzono siłę poszczególnych mięśni:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/17762354

Okazało się, że po stronie kontuzji, mięśnie odwodzące udo na zewnątrz oraz skręcające je były o wiele słabsze, niż po drugiej. Większość mięśni w biodrze była też o wiele słabsza, niż u zdrowych biegaczek.

W związku z tym, przeprowadzono próbę kliniczną, w której część osób z takimi problemami miała standardową terapię, polegającą na wzmacnianiu ud, zaś część – dodatkowo ćwiczenia korygujące pracę mięśni  odwodzących i skręcających udo na zewnątrz:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/19052244/

Jak się okazało, ból zmniejszył się tylko w tej grupie, która dodatkowo wykonywała ćwiczenia bioder.

Kluczem jest tutaj jeden malutki mięsień – pośladkowy średni. Jego rola to głównie stabilizacja biodra, ale dzięki temu „pilnuje” on, by podczas biegania, wchodzenia po schodach, schodzenia, kucania, skakania – kolano było prowadzone prawidłowo. Jego wzmocnienie jest banalnie proste i przynajmniej w części wypadków sprawi, że ból kolana zniknie.

Jak w tej reklamie – „odkrył jeden niesamowity trick, fizjoterapeuci go nienawidzą”. W tym wypadku jest to bardzo bliskie prawdy, bo siłę pośladkowego średniego koryguje się jednym tylko ćwiczeniem. Bardzo ładnie pokazali je na stronie exrx.net, którą zresztą polecam wszystkim ćwiczącym:

http://www.exrx.net/WeightExercises/HipAbductor/WtLyingHipAbduction.html

Większość osób podczas wykonywania tego ćwiczenia robi jeden mały błąd. Jeśli stopa nogi, którą zamierzamy ćwiczyć, jest skierowana w górę, a udo jest z przodu biodra – przede wszystkim będzie pracował nieco inny mięsień. Żeby się przed tym ustrzec, najlepiej mieć obie nogi proste, a nie jak na tym przykładzie jedną zgiętą w kolanie, noga będąca na górze musi być nieco z tyłu – można to osiągnąć, kładąc się przy ścianie, plecami do niej, w odległości około 20 cm, a podczas ćwiczeń dotykać tej ściany piętą. Dodatkowo warto lekko obrócić stopę tak, by palce były skierowane bardziej w stronę ziemi. Bardzo dobrze pokazano to na tym filmie:

Po pewnym czasie, gdy wykonanie nie będzie sprawiać problemu, warto dorzucić trochę ciężarków – można użyć obciążeń sportowych zapinanych na rzepy, stosować kij z ciężarkiem na końcu, jak w linku z exrx, albo po prostu przywiązać coś ciężkiego do nogi.

Jak w każdym ćwiczeniu siłowym, tak i tutaj obowiązuje zasada – trenujemy co kilka dni (nie codziennie), ale za to bardzo intensywnie. W badaniach lepsze efekty dało wzmocnienie mięśnia wytrzymałościowe, więc trening powinien nieco różnić się od typowo siłowego – powinno się wykonywać 12 do 20 powtórzeń, z takim obciążeniem, żeby pod koniec ledwo mieć siłę na uniesienie tej nogi.

To ćwiczenie jest najważniejsze, ale nie jedyne. Dodatkowo można wzmocnić mięśnie przywodzące, niestety – bardzo ciężko zrobić to w domu. Można kupić przyrząd zwany „motylkiem” lub „agrafką” i próbować ściskać go udami, lecz obciążenie jakie on generuje jest zbyt słabe, by dać widoczne efekty.

Nieco trudnym w wykonaniu, ale dość skutecznym ćwiczeniem może być to:

http://www.exrx.net/WeightExercises/HipAdductors/WTLyingHipAdduction.html

Tu również warto stosować obciążenia, zwykłe machanie nogami nic nie da – żeby ten mięsień spełniał swoją rolę i stabilizował biodro, musi urosnąć, a żeby urosnąć – musi dźwigać dużo, dużo kilogramów. Również robi się to co kilka dni, nie codziennie.

Można też dorzucić do tych ćwiczeń takie coś, co powinno nieco wzmocnić drobne mięśnie skręcające nogę:

I to tyle. Regularne wykonywanie tego pierwszego ćwiczenia, a najlepiej jeszcze  dodatkowo dwóch pozostałych powinno sprawić, że w kilka miesięcy problemy z kolanami znikną. Dotyczy to oczywiście tylko tych osób, które mają ten konkretny problem – ale jest to bardzo duży odsetek. Ćwiczenia mają tę zaletę, że nawet jeśli nie pomogą, nie mają prawa zaszkodzić.

Opublikowano Bez kategorii | 9 komentarzy

Kalkulacja opłacalności szczepień – przykład odry

Postanowiłem napisać post o szczepieniach. To głupia decyzja, wiem. Grupa docelowa, która interesuje się zagadnieniem, dzieli się na dwa obozy – w jednym są ludzie bez żadnej praktycznie wiedzy, którzy są jednak przekonani o swojej wielkiej mądrości, uważający, że szczepionki to narzędzie depopulacji rządu światowego, robią autyzm i nie ma tu miejsca na żadną dyskusję. Drugi obóz, dla odmiany, nie ma praktycznie żadnej wiedzy, jest przekonany o swojej wielkiej mądrości i uważa, że wszystkie szczepionki bez wyjątku są dobre i nie ma tu miejsca na żadną dyskusję. Wyważony głos będzie – niestety – hejtowany przez obie strony. Ale chyba taki już mój los – zajmuję się alternatywą, ale krytykuję znakomitą większość alternatywnych podejść. Moi odbiorcy to bardzo nieliczna grupa osób, które chcą – i potrafią – rozważyć za i przeciw, zamiast od razu wybierać barykadę na której staną. Pamiętam, jak koleżanka podesłała mój artykuł o nowotworach swoim znajomym – były dwie reakcje, „co to za antynaukowy szarlatan” oraz „co to za sługus koncernów farmaceutycznych”.

Rozgadałem się, miało być o szczepionkach. O jednej – szczepieniu przeciw odrze. Wybrałem ją, jako że jest to jedna z najbardziej „opłacalnych” szczepionek, dla przykładu – szczepienie przeciw wietrznej ospie kosztuje 5 razy tyle, zaś ospa jest lekko licząc 10 razy mniej groźna.

Jestem leniwy, na dodatek nie mam za bardzo dostępu do narzędzi, pozwalających przeprowadzić obliczenia. Co więcej – nie mam tyle czasu, żeby to porządnie zrobić, w końcu to jest wpis na blogu, a nie praca doktorska. Oprę się na gotowej analizie, wyłapując jedynie co wyraźniejsze błędy, jeśli takowe będą:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/11666109

W dużym skrócie, zanim zabiorę się za badanie – na czym polega taka kalkulacja? Czasem obliczenia są bardzo trudne, bo na ile można wycenić ludzkie życie? Dlatego można przyjąć prostą zależność – ile pieniędzy będzie kosztować ocalenie jednego ludzkiego życia. Dużo ciekawsze – i praktyczniejsze – będzie jednak policzenie kosztów finansowych, z jednej strony zaszczepienia całej populacji dzieci, z drugiej zaś – opieki nad tymi dziećmi, które zachorują gdyż nie dostaną szczepienia. Poniższe obliczenia są robione na podstawie danych z USA, gdzie ceny opieki medycznej są absurdalnie wysokie, ale też odpowiednio wysokie są ceny szczepień.

 

Odra. No dobrze, może nie Odra, ale też ładna rzeka. W końcu nikt nie chce oglądać zdjęć chorych dzieci, prawda?

KOSZT CHOROBY

Takie obliczenia są dość skomplikowane – koszt zaszczepienia to nie tylko sama szczepionka, ale też zatrudniony do tego personel, koszt dojazdu do placówki, czas poświęcony na to, by tam dojechać, ryzyko, że wyłapie się jakieś schorzenie w przychodni, reakcje poszczepienne i tak dalej.

Z kolei koszty epidemii to nie tylko koszty leków i opieki szpitalnej, ale też czas, jaki rodzice muszą poświęcić na opiekę nad chorym dzieckiem (a więc kilka dni urlopu), koszty, które do końca życia będą musiały ponosić te dzieci, które zostaną inwalidami, zmniejszone zdolności zarabiania przez inwalidów i tym podobne.

Przyjrzyjmy się kalkulacji kosztu przypadku odry bez komplikacji:

  • 3 wizyty lekarskie
  • 7 dni straconych przez rodziców

W przypadku konieczności położenia dziecka do szpitala, co przytrafia się w co piątym przypadku:

  • 4 dni kosztów opieki szpitalnej
  • 4 wizyty
  • rodzice tracą 7 dni

W przypadku zapalenia mózgu, 1 przypadek na 1000

  • 3 dodatkowe dni w szpitalu
  • co 4 dziecko z tym powikłaniem ma trwałe uszkodzenie zdrowia
  • co piąte z trwałym uszkodzeniem będzie upośledzone w stopniu lekkim, trzy na pięć w stopniu średnim, jedno na pięć – bardzo ciężkim
  • koszty trwającej do końca życia terapii dzieci ze średnim upośledzeniem przekraczają 4 miliony dolarów, tych z ciężkim są o wiele niższe głównie dlatego, że średni czas życia takiego dziecka to 4 lata

Dodatkowo 1 dziecko na 300 umiera na skutek choroby.

Tutaj nieco się rozjeżdżamy. Celem przytoczonego badania było ustalenie, czy dodatkowe szczepionki będą opłacalne. Oznacza to, że naukowcy ci uwzględnili bardzo niską zachorowalność, uzyskaną dzięki zaszczepieniu ponad 80% dzieci, a obliczali korzyści z dodatkowych szczepień, pozwalających zwiększyć odporność do ponad 90% populacji.

W tym wpisie spróbuję skupić się na czymś innym. Wykorzystam wyniki, uzyskane przez naukowców, aby policzyć, jaki jest całkowity zysk lub strata programu szczepień przeciw odrze. Wykorzystam ten artykuł, zamiast innych skupiających się bezpośrednio na omawianym tutaj problemie głównie dlatego, że w cytowanym przeze mnie naukowcy doszli do wniosku, że nie opłaca się dodatkowo szczepić. Myślę, że przyjęcie za punkt wyjścia takiego artykułu sprawi, że przynajmniej część antyszczepionkowców doczyta do końca.

Można jednak wstępnie przyjąć, że średni koszt jednego przypadku odry to 2000 dolarów.

KOSZT SZCZEPIONKI

Mamy pierwszy problem – koszt szczepienia. Ile tak naprawdę kosztuje szczepionka w USA? Myślę, że bardzo dobrą kalkulację przeprowadzono tutaj:

https://academic.oup.com/jid/article/189/Supplement_1/S131/821190/An-Economic-Analysis-of-the-Current-Universal-2

Uwzględniono w niej 5$ kosztów dojazdu do szpitala, 15$ kosztów ponoszonych przez ten odsetek rodziców, którzy szczepią się prywatnie, koszt samego szczepienia, koszt 2 godzin które można wykorzystać do pracy. Uwzględniono nawet to, że dodatkowo szczepienia dostają ciężarne matki, u których nie wykryto odporności przeciw różyczce.

Pozostaje jeden problem – skutki uboczne. Mamy oczywiście szereg badań, które pokazują, ile i jakich jest powikłań. Ale artykuł powinni przeczytać również antyszczepionkowcy, oni uważają, że co trzecie zaszczepione dziecko umiera, a co drugie zamienia się w zombie. Faktem jest, że w badaniach oceniających skutki uboczne czegoś, co potem badający chce nam sprzedać, są przekłamania. Ale na jaką skalę?

Czy antyszczepionkowcy będą zadowoleni, gdy po pierwsze uwzględnię skutki uboczne dla potrójnego szczepienia (różyczka, świnka, odra), uwzględniając korzyści tylko jednego z nich, po drugie – pomnożę ich koszty dziesięciokrotnie? W praktyce oznacza to, że w moich obliczeniach założę dwadzieścia razy więcej kosztów skutków ubocznych, niż wychodzi w oficjalnych badaniach. Uwzględnię też koszt potrójnej szczepionki, analizując ją tylko dla jednej, co dodatkowo mocno wpłynie na jej niekorzyść.

Innymi słowy, przyjmując ekstremalnie niekorzystne dla szczepień założenia, roczny koszt szczepienia przeciw odrze w USA wynosi około 450 milionów dolarów.

SKUTECZNOŚĆ SZCZEPIEŃ

Koszt choroby. Chyba najważniejszy problem – ile byłoby przypadków odry, gdyby nie szczepionki? Co jest zastanawiające – na wszystkich rządowych stronkach wykres zachorowań jest obcięty w okolicach roku 1950. Proszczepionkowcy wykorzystują te wykresy, by pokazać, jak potężny impet miały szczepienia, wprowadzone około roku 1960.

Wejdźmy jednak na rządową stronkę, popatrzmy na ilość przypadków odry w roku 1920:

https://www.cdc.gov/mmwr/preview/mmwrhtml/00056803.htm

Zachorowało wtedy prawie pół miliona osób, a 7575 zmarło. Bardzo ciężko dotrzeć do danych, nie chcę wklejać wykresów z blogasków czy lolstronek, ale chyba taki link każdego zadowoli:

https://www.cdc.gov/nchs/data/vsushistorical/mortstatbl_1910.pdf

Rok 1910, 6598 zgonów, w poprzednim roku 4860. Dla porównania, w latach przed wprowadzeniem szczepionki umierało średnio 450 osób rocznie. W bardzo dużym stopniu było to spowodowane lepszą opieką zdrowotną i lepszym stanem zdrowia dzieci (eliminacja problemu głodu), niemniej podawanie danych tylko od 1958 jest po prostu próbą zafałszowania.

Uff, znalazłem.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1530127/pdf/amjph00726-0040.pdf

Wygląda na to, że śmiertelność z powodu odry zaczęła dramatycznie spadać długo przed wprowadzeniem szczepień, ale sama ilość zachorowań – ani drgnęła. Czyli nie mają racji ani antyszczepionkowcy, twierdzący że szczepienia nic nie dały i pokazujący wykres zgonów ostro pikujący w dół długo przed wprowadzeniem szczepień, ani proszczepionkowcy, pokazujący wykres zachorowań, który był praktycznie niezmienny do momentu wprowadzenia szczepionki. Tym razem prawda leży pośrodku. Szczepionki były jedynym czynnikiem, który zmniejszył ilość zachorowań, ale miały o wiele mniejszy wpływ na zmniejszenie ilości zgonów – za to w ponad 95% odpowiadają inne rzeczy.

Oznacza to, że bez szczepień, ilość przypadków zachorowań byłaby podobna jak w 1960 – liczmy, że jednak byłby jakiś wpływ poprawy naturalnej odporności i higieny i byłoby to 20 przypadków na 10 000 mieszkańców, albo inaczej – 0,65 miliona zachorowań rocznie. Ilość zachorowań w obecnych czasach dzięki szczepieniom jest tak niewielka, że po prostu pomijalna. Innymi słowy, szczepienia zapobiegają około 650 000 zachorowań rocznie.

Daje to roczne oszczędności 650 000 * 2000, czyli 1 miliard 280 milionów.

OPŁACALNOŚĆ

Oznacza to, że nawet dla bardzo mocno przerysowanych kosztów (cena potrójnej szczepionki zamiast pojedynczej, dwadzieścia razy większa ilość odczynów poszczepiennych niż to się oficjalnie uznaje), płacąc 450 milionów dolarów, oszczędzamy 1 miliard 280 milionów, 3 razy tyle.

Przyjmując oficjalne dane koncernów farmaceutycznych, mamy koszt szczepień wynoszący około 200 milionów, zaś koszt odry – niemal 6 miliardów. Płacąc 200 milionów, oszczędzamy 6 miliardów.

Jest jeden bardzo duży problem w tym badaniu. Chodzi o ilość powikłań po odrze. Od dobrych 70 lat nie było epidemii w kraju, gdzie dzieci są dobrze odżywione, a opieka medyczna na niezłym poziomie. W roku 1960 w Nowym Jorku było średnio 7 przypadków śmierci na 10 000 zachorowań. W badaniu przyjęto 3 zgony na 10 000. Jest to dokładne odzwierciedlenie ilości zgonów w stosunku do ilości zachorowań, które miały miejsce w USA kilkanaście lat temu, więc na pozór można przyjąć, że jest on prawidłowy. Ale pozory często mylą. W USA chorują głównie dzieci mocno osłabione, u których szczepionka się nie przyjęła, albo które w ogóle jej nie dostały. Oznacza to, że dla „statystycznego” dziecka, ryzyko zgonu z powodu odry (a także – proporcjonalnie – ciężkich powikłań) może być znacznie niższe. Bardzo często przyjmuje się ryzyko zgonu 1 na 10 000, a to oznaczałoby, że korzyści finansowe z programu szczepień mogą zrównywać się z kosztami jego prowadzenia.

Podkreślam – chodzi wyłącznie o korzyści finansowe. Liczymy tylko pieniądze, które matka i system opieki zdrowotnej będą musiały wydać na śliniącego się, bełkoczącego człowieka (a tak wygląda jedna ofiara odry na kilka tysięcy), a nie uczucia tych ludzi. Liczymy tylko to, ile osoba która umrze mogłaby zarobić i wnieść do systemu, a nie to, że mogłaby się tym życiem cieszyć.

DODATKOWY KOSZT

Skoro przyznałem część racji antyszczepionkowcom, teraz pora na argument, który zadowoli zwolenników szczepień. Wirus odry ma jedną paskudną właściwość – miesza z układem odpornościowym gospodarza:

http://science.sciencemag.org/content/348/6235/694

W praktyce oznacza to, że jeśli dzieciak przechoruje odrę, straci na kilka lat zdolność do obrony przed innymi schorzeniami – będzie trochę jak chory na AIDS, albo ktoś po ciężkiej chemioterapii. W ten właśnie sposób wirus odry może się rozwijać – atakuje on układ obronny swojego „gospodarza”, gdyby nie to, zostałby błyskawicznie przez niego zniszczony. Niestety, efekty tego ataku wirusa ciągną się bardzo długo. Nie uwzględniono tego w żadnym opracowaniu, na które się tutaj powoływałem.

Co to oznacza dla naszego modelu? Obawiam się, że koszty wynikające z przechorowania odry należy co najmniej podwoić, a może i nawet potroić.

Przyjmując teraz model pesymistyczny – czyli koszty choroby w wyliczeniach oficjalnych (6 miliardów dolarów rocznie), oficjalny koszt szczepień (200 milionów dolarów), a także podwojenie kosztów schorzenia – mam zaoszczędzone 12 miliardów (i bardzo wiele korzyści nieprzeliczalnych – uratowane życia, dzieci które nie będą inwalidami albo półidiotami) za 0,2 miliarda. Zysk sześćdziesięciokrotny.

Przyjmując model najbardziej optymistyczny – dalej przy podwojeniu kosztów choroby, mamy zaoszczędzoną dwa razy większą sumę, niż wydaliśmy na szczepienia.

CZY NIE LEPIEJ…?

Na koniec coś, o czym wszyscy zapominają. W opiece zdrowotnej trzeba uwzględnić jeszcze jedną rzecz, zanim wydamy pieniądze na narodowy program. Czy przypadkiem nie można wydać tych pieniędzy na inny program, przez co nasze korzyści będą o wiele większe?

Jakie korzyści przyniósłby program uświadamiający potencjalne matki, w jaki sposób uchronić swoje przyszłe dziecko przed autyzmem? Świadomość społeczna jest w tym temacie niemal zerowa, a przecież od dawna wiadomo, jakie są czynniki ryzyka i jak ich unikać. Ilość przypadków autyzmu można zmniejszyć – lekko licząc – dziesięciokrotnie. Roczny koszt tej choroby w USA to ponad 250 miliardów (!) dolarów, 50 razy więcej niż oficjalne zyski z wyeliminowania odry. Czy przypadkiem rozdanie przyszłym matkom broszur informacyjnych nie powinno mieć pierwszeństwa?

A inne choroby? Bez większych problemów można uniknąć ponad 90% przypadków cukrzycy, koszt tej choroby w USA to również około 250 miliardów dolarów. Co z chorobami serca, co z narodowym programem promocji nie tylko zdrowego trybu życia, ale i uzupełniania niedoborów pokarmowych, takich jak witamina D3? Ile przypadków chorób serca wynika ze zwykłego niedoboru magnezu i można ich uniknąć? Co z 200 miliardami, jakie kosztuje USA depresja każdego roku? Ile kosztowałby narodowy program dodawania EPA do masła, tak jak dodaje się jod do soli? Co z programem dodawania do wody pitnej litu?

Mam nadzieję, że ten wpis pobudzi Was do przemyśleń, starałem się postawić więcej pytań, niż dałem odpowiedzi.

Zapraszam też do dyskusji – na fanpage, w komentarzach czy na forum. Możliwe, że gdzieś w obliczeniach zrobiłem jakiś poważny błąd, może nawet machnąłem się o jedno czy dwa zera, jak ktoś zauważy, proszę krzyczeć.

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

Szkodliwość soli.

Ostatnio pojawił się niebezpieczny trend – wmawia się ludziom, że sól jest nieszkodliwa, zaleca picie osolonej wody na każdą możliwą przypadłość, udowadnia, że ci wszyscy naukowcy się mylą, bo (i tu pojawia się link do jakiegoś badania). Problem w tym, że jest to jedno, wyrwane z kontekstu badanie dotyczące określonej sytuacji, a ignoruje się tysiące badań w których uzyskano odwrotne rezultaty.

Tak, sól nie jest zdrowa. To co prawda substancja niezbędna do naszego życia, ale – jak zawsze – dawka różni truciznę od lekarstwa.

Sód i potas to dwa pierwiastki, które konkurują o miejsce w naszym organizmie. Uważa się, że powinniśmy spożywać nie więcej, niż 1500 mg sodu dziennie (2300 mg dla młodych, aktywnych fizycznie osób), a jednocześnie ponad 4700 mg potasu. Badania z USA pokazują, że przeciętny mieszkaniec zjada tam 3600 mg sodu, zaś potasu – 2600 mg. Dla osób, które z chemią są na bakier – sól kuchenna dostarcza do organizmu tylko sód, zaś potas jest obecny głównie w warzywach i owocach.

Tak też można pozyskiwać sól

Jakie mogą być tego efekty?

Podstawowe zagrożenie to, oczywiście, nadciśnienie. Od lat naukowcy spierają się, jaki wpływ na tę chorobę ma sód. W zależności od tego, jak są ułożone badania i kto je przeprowadza, albo prawie każdy przypadek jest zależny od tego pierwiastka, albo tylko niewielka część. Wbrew temu, co można gdzieniegdzie usłyszeć – nie ma zdecydowanej i jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. U części osób reakcja na sód w diecie jest błyskawiczna i bardzo silna, u innych – słaba, ale da się ją zaobserwować w niemal każdym wypadku. Dotychczasowe dane sugerują, że około połowie przypadków nadciśnienia można zapobiec po prostu nie soląc i nie jedząc tych pokarmów, które zawierają dużo sodu.

Nie jest prawdą, że sól szkodzi tylko osobom z pewnym typem nadciśnienia i tylko one powinny zmniejszyć jej ilość w diecie – to tak, jakby pisać, że palenie papierosów szkodzi tylko osobom z rakiem płuc. Nie każdy, kto będzie jadł sól zachoruje na nadciśnienie, ale cały problem w tym, że nikt nie wie, czy jest w tej „wrażliwej’ grupie – dowie się o tym dopiero wtedy, gdy sobie rozwali układ krążenia. Tak samo jak nie każdy kto pali papierosy zachoruje na raka płuc, nie każdy kto zachoruje na tego raka palił – ale bardzo duży procent osób które zachorowały, byłyby zdrowe, gdyby nigdy nie paliły. Identycznie jest z chorobami serca – wśród tych „zdrowych”, które teraz jedzą dużo soli, jakaś część zachoruje, a z nich około połowy byłaby zdrowa, gdyby wcześniej się opanowała i zmieniła dietę.

Dużo bardziej niepokojący jest potencjalny związek sodu i potasu z rakiem. To naprawdę zadziwiające, ale do tej pory nikt nie przeprowadził najprostszego z możliwych badań: nie porównał ryzyka rozwoju raka u szczurów, które dostają różne proporcje sodu do potasu w diecie. To tanie badanie, które może wykonać nawet student broniący pracy magisterskiej, a przesłanek by to zrobić jest naprawdę dużo – przyjrzyjmy się kilku z nich:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/labs/articles/9216787/

Według autorów, te substancje, które są znane ze zwiększania ryzyka rozwoju raka, zwiększają stężenie sodu w organizmie, zmniejszają potasu. Z kolei te, które są znane z działania ochronnego – mają odwrotny efekt. To samo dotyczy leków – te, które wśród skutków ubocznych mają zwiększenie ryzyka raka, zwiększają poziom sodu wewnątrz komórki, obniżają potasu. Leki chroniące przed nowotworami – odwrotnie. Ryzyko rozwoju choroby zwiększa się z wiekiem, podobnie jak stężenie sodu wewnątrz komórek. Te choroby, w których zwiększa się poziom potasu w organizmie (Parkinson, Addison) mają niższe ryzyko raka, a te, w których spada (otyłość, alkoholizm, stres) – rośnie.

„Niepokojące” to bardzo dobre słowo. Nie ma bezpośredniego dowodu, ale jest bardzo wiele wskazówek. Czemu nikt tego nie bada – nie wiem, zwłaszcza że na tego typu badania nie trzeba nawet pozwolenia, nie można więc zasłaniać się  tym że „spisek koncernów nie pozwala”.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/3527413

Tu autorzy przyglądali się zależności proporcji sodu do potasu wewnątrz komórek w różnych krajach z tym, jakie jest w nich ryzyko zachorowania na raka – znowu dało się zaobserwować bardzo wyraźną zależność, przy czym te czynniki działały synergicznie – oznacza to, że (dane nieprawdziwe, mają tylko zobrazować czym jest synergia) jeśli wysoki sód zwiększa ryzyko o 2%, niski potas również zwiększa o 2%, w teorii obydwa naraz powinny zwiększyć o 4% – synergia sprawi jednak, że zwiększą o 10%.

Kolejna sprawa – stwardnienie rozsiane. Bardzo trudno rozstrzygnąć, czy wysokie stężenie sodu w mózgu u chorych jest przyczyną, czy też skutkiem choroby, ale badania nie pozostawiają wątpliwości – im więcej tego pierwiastka, tym szybciej i agresywniej przebiega schorzenie:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/23801742

Osoby z chorobą Alzheimera miały dwukrotnie wyższy poziom sodu wewnątrz komórek – podobnie jak w poprzednim wypadku, tak i tutaj nie wiemy, czy to przyczyna, czy skutek choroby:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/22820549

Podsumowując – w ciągu ostatnich stuleci ilość sodu w naszej diecie zwiększyła się około dwukrotnie, zaś potasu – dwukrotnie zmniejszyła, w stosunku do tego, co jedliśmy przez ostatnie setki tysięcy lat. Nie wiemy do końca, jaki to ma wpływ na przebieg różnych chorób – każda dieta, która eliminuje sód i dostarcza potas, jednocześnie zmienia proporcje setek różnych składników odżywczych. Wiemy na pewno, że co siódma śmierć jest wywołana nadciśnieniem, a połowy z nich nie byłoby, gdyby nie nadmiar sodu w diecie. Nie wiemy, jaki odsetek pozostałych chorób i śmierci ma z tym związek, ale jest uzasadnione podejrzenie, że bardzo duży.

Podsumowując, rada „jedzcie więcej soli” czy „pijcie osoloną wodę” ma mniej więcej tyle sensu, co „palcie więcej papierosów”. Są choroby, w których picie większej ilości wody potrafi być „cudownym lekiem”, na przykład migrena, ale dodawanie do niej soli ma tyle sensu, co modlenie się nad nią.

Jest też banalny sposób, który pozwala skorygować proporcje tych dwóch pierwiastków w diecie – tak zwana sól dietetyczna, która jest mieszanką chlorku sodu i chlorku potasu. Można ją kupić w każdym sklepie spożywczym.

Na koniec przestroga – zbyt wysoki poziom sodu jest groźny dla zdrowia, ale zbyt niski potrafi zabić błyskawicznie. Było bardzo wiele przypadków osób, które pożegnały się z tym światem, bo naczytały się w internecie o „cudownych terapiach” polegających na całkowitym obcięciu sodu z diety razem z zażywaniem środków moczopędnych, co ma dodatkowo wypłukać go z organizmu. Takie coś może naprawdę bardzo szybko zabić człowieka. Zmiana proporcji potasu i sodu ma sens, ale musi być przeprowadzana powoli i utrzymywana przez całe życie.

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

Nadchodzi grypa!

Grypy należy się bać. To nie jest zwykła, lekka choroba. Znakomita większość przypadków, gdy ktoś mówi „ja przechodziłem grypę bardzo lekko, to niegroźna choroba” jest tak naprawdę zwykłym przeziębieniem.

Choroba powoduje szereg bardzo groźnych powikłań – dla przykładu, w Stanach Zjednoczonych statystycznie umiera na nią i na powikłania ponad 40 000 osób rocznie! Jednym z groźniejszych jest niewydolność serca – mój znajomy, mężczyzna około czterdziestki ma przed sobą góra kilka lat życia – lekarze dziwią się, że do tej pory chodzi po Ziemi. Zlekceważył grypę i obecnie ma bardzo silną niewydolność serca.

Nigdy nie zapomnę, jak dwa razy w ciągu jednego roku ścięła mnie ta choroba. Poszedłem na trening karate, w pełni zdrowia. Pod koniec treningu czułem się trochę gorzej, ale co tam – pewnie się przemęczyłem. Przebrałem się w szatni… nie wiem, jak w ogóle doszedłem do domu, ale bo były najtrudniejsze dwa kilometry w moim życiu. Po przyjściu miałem tylko siłę położyć się do łóżka, przez następne kilka dni jedyne, co byłem w stanie zrobić to co jakiś czas, po godzinnym zbieraniu sił, zdjąć koszulkę i założyć suchą, która zresztą za chwilę była kompletnie mokra. Drugi raz mnie złapało, jak pojechałem na wykłady na studia do miasta oddalonego o ponad 100 kilometrów, na szczęście dopiero gdy wracałem. Jeszcze gdy czekałem na autobus czułem się dobrze, zjadłem pitę (jeszcze sprzedaje się pity?), wsiadłem do autobusu… nie mam pojęcia, jak ja z niego wysiadłem i doczłapałem do domu. Naprawdę, nie ma żadnego, nawet najmniejszego porównania z klasycznymi przeziębieniami. Człowiek jest zredukowany do leżenia i podstawowych odruchów.

To był okres, gdy bardzo mało dbałem o zdrowie. Nie miałem wtedy żadnego pojęcia o medycynie, zresztą nie przejmowałem się tym, beztroskie studenckie życie. Teraz ten wirus nie zrobiłby na mnie takiego wrażenia, ale na pewno na kilka dni byłbym wyłączony z życia.

W internecie są tysiące cudownych przepisów jak ustrzec się grypy, które z nich są prawdziwe, a które to zwykła ściema?

Zacznijmy od witaminy C, jako że jest to najpopularniejszy środek. Było bardzo, bardzo dużo prób klinicznych, w których testowano jej suplementację przy zapobieganiu infekcjom wirusowym, a także przy podawaniu dużych dawek gdy choroba już się pojawi. Żadna nie przyniosła pozytywnego rezultatu. Kwas askorbinowy nie działa, tak po prostu. A przepraszam, w jednym z badań okazało się, że ludzie wykonujący katorżniczo ciężką pracę (bodajże tacy co przebiegli maraton) mieli niższe ryzyko przeziębienia, gdy zażyli suplementy.

Czosnek owszem, działa. Ale jest tu pewien haczyk. Żeby uzyskać efekt zmniejszający ilość infekcji, trzeba go jeść naprawdę bardzo, bardzo dużo. W badaniach stosowano dawki, które mogą wręcz stanowić zagrożenie dla wątroby. Ząbek dziennie niewiele da, o ile w ogóle w jakikolwiek sposób wpłynie na zdrowie.

Ze szczepionkami jest ten problem, że ciężko wierzyć w badania – wiadomo, że jak utrafi się dokładnie w szczep, to szczepionka przyniesie efekt, ale jakie jest tego prawdopodobieństwo? Gdy mądrzy ludzie dokładnie przyjrzeli się dotychczasowym badaniom, okazało się, że nie jest z tym zbyt wesoło – dziwnym trafem te, które dały najlepsze rezultaty, były jednocześnie sponsorowane przez producenta, zaś te z nieco gorszymi – przez niezależne ośrodki badawcze. Te z lepszymi wynikami były też przepychane do wyżej „punktowanych” wydawnictw. Link do analizy:

http://www.bmj.com/content/338/bmj.b354

Nie można jednak histeryzować. Szczepionki działają, wątpliwości dotyczą jedynie tego, jak mocno. Także powikłanie poszczepienne – zespół Guillaina-Barrégo, chociaż groźny, dużo częściej występuje po grypie i szczepionka statystycznie znacznie zmniejsza ryzyko zachorowania.

Bardzo, ale to bardzo skuteczne jest zwykłe dbanie o higienę. Żeby wirus nas zaraził, musi trafić do błon śluzowych. Bardzo często do zarażenia dochodzi, gdy po prostu poliżemy palec, albo coś zjemy brudnymi rękami. Wirus potrafi przeżyć nawet kilkanaście dni na banknocie. Mycie rąk i unikanie kichających ludzi jest jednym z najskuteczniejszych środków zapobiegawczych.

Jest sporo kontrowersji dotyczących witaminy D3. Osobiście uważam, że jej niski poziom jest jedną z przyczyn corocznych epidemii. Sporo badań to potwierdza, ale są też takie:

http://jamanetwork.com/journals/jama/fullarticle/1367547

Po podaniu 200 000 jednostek witaminy D3, a potem 100 000 co miesiąc przez 18 miesięcy, nie stwierdzono żadnych istotnych różnic w częstotliwości zachorowań w stosunku do placebo.

W tym badaniu suplementy były bardzo skuteczne i zmniejszyły ilość zachorowań dwukrotnie

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/20219962

Tu z kolei suplementacja nie miała wpływu na infekcje u małych dzieci:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/27826955

Podobnie tutaj – duże dawki co 2 miesiące nie wywarły wpływu na przebieg astmy i na ilość infekcji

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/25724847

Tu z kolei 10 000 IU tygodniowo zmniejszyło ilość infekcji

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4041358/

Tutaj z kolei suplementacja – uwaga uwaga – zwiększyła ryzyko infekcji górnych dróg oddechowych!

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26063508

Obawiam się, że można tak wymieniać w nieskończoność. Na koniec wrzucę jeszcze moje ulubione badanie:

http://bmjopen.bmj.com/content/bmjopen/2/6/e001663.full.pdf

Co w nim jest wyjątkowego – zmierzono tam ilość infekcji w poszczególnych etapach suplementacji. Okazało się, że co prawda ogólny wynik może nie był zachwycający (bodajże 25% zmniejszone ryzyko w stosunku do placebo), to jednak jeśli popatrzeć na ryzyko tylko w ostatnim etapie badania, gdy organizmy tych ludzi były już wysycone witaminą – efekt był dużo wyraźniejszy.

Niektórzy twierdzą, że trzeba stosować wyższe dawki witaminy D3. Nie zgadzam się z tym – po pierwsze, suplementacja w powyższych badaniach podniosła poziom do tego, jaki te osoby miały latem, więc siłą rzeczy ich odporność wynikająca z poziomu D3 też była taka, jak latem. To tyle, jeśli chodzi o teorię „latem nie mamy grypy, bo mamy wyższy poziom D3”.

Drugi powód jest znacznie ważniejszy. Zależność między poziomem witaminy D3 a redukcją ryzyka śmierci nie jest liniowa. Bardziej przypomina parabolę. Osoby z dużymi niedoborami mają mocno podniesione ryzyko, potem – wraz ze wzrostem jej poziomu we krwi – spada ono, aż do osiągnięcia granicy około 80 nmol/L, co odpowiada 32 ng/ml. Jeśli poziom przekroczył 50 ng/ml (120 nmol/L), ryzyko śmierci było już tak duże, jak dla osoby mającej poziom 10 ng/ml (25 nmol/L).

Podczas brania D3 wskazana jest równoczesna suplementacja magnezu, co pozwoli uniknąć skutków ubocznych oraz zwiększy przyswajalność samej witaminy. Sugerowałbym dawki podtrzymujące rzędu 2-3 tysiące jednostek dziennie, a jeśli ktoś do tej pory w ogóle jej nie brał – warto na początek uzupełnić ją większymi dawkami, nawet powyżej 10 000 dziennie.

Najciekawszym suplementem jest n-acetyl-cysteina. Jest to mój faworyt, jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju choroby – pomagał w schorzeniach autoimmunologicznych, AIDS, zatruciach metalami ciężkimi, nowotworach…

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/9230243

W tym badaniu udało się zmniejszyć ilość infekcji, które przechodzą w formę dającą objawy TRZYKROTNIE – osoby biorące 1200 mg n-acetyl-cysteiny dziennie co prawda równie często łapały wirusy, co potwierdzono badaniami laboratoryjnymi, ale trzy razy rzadziej ten wirus kładł je do łóżka.

Na koniec warto zareklamować cynk. Nie ma tu zbyt wiele badań, nikt nie testował jego skuteczności bezpośrednio przeciw grypie, wiadomo jednak, że:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/11952542

80 pacjentów, którzy mieli ponad 15 całkowicie odpornych na jakiejkolwiek formy leczenie brodawek wirusowych każdy, otrzymało bardzo wysokie dawki siarczanu cynku (w zależności od wagi ciała do 600 mg dziennie, co odpowiada 136 mg czystego cynku), albo placebo. W grupie która otrzymała cynk, aż u 61% pacjentów po miesiącu wszystkie brodawki znikły, zaś po następnym już 87% z nich całkowicie wyzdrowiało. U 13% pacjentów nie było poprawy, ale też u nich poziom cynku we krwi nie podniósł się do takiego poziomu, jak u tych wyleczonych.

Warto zwrócić uwagę na jedno bardzo mocne ograniczenie tego badania – ci ludzie prawdopodobnie mieli bardzo duże niedobory. Nie wiadomo, jak suplementacja zadziałałaby na osoby z odpowiednim poziomem.

W Indiach, gdzie niedobory są powszechne, podano cynk niemowlętom:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/25362008

2 tygodnie suplementacji nie zmniejszyły co prawda ogólnej ilości infekcji górnych dróg oddechowych, ale pozwoliły uzyskać dwukrotnie niższy odsetek ciężkich komplikacji płucnych.

Na koniec badanie najbliższe chyba temu, co nas interesuje:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/19341987

Grupa zdrowych mężczyzn, poborowych armii USA otrzymywała przez 7 miesięcy 15 mg cynku dziennie, pod kontrolą placebo. Uzyskano co prawda subiektywną poprawę stanu zdrowia rekrutów (uważali, że czują się lepiej), ale według oceny lekarzy badających ich stan ilość zachorowań była identyczna.

Wygląda na to, że u osób mających niedobory cynk może być jedną ze skuteczniejszych terapii wspomagających odporność, niewiele jednak daje jeśli ktoś ma odpowiedni poziom. Niestety, podstawowe badanie krwi na stężenie cynku niewiele daje – nie odzwierciedla ono rzeczywistego poziomu w organizmie.

Podczas suplementacji może bardzo mocno spaść poziom miedzi. Warto co kilka dni brać 2-4 mg miedzi, by uniknąć tego zjawiska. Zdarza się też, że spada poziom ferrytyny, co powinny uwzględnić osoby z niedoborem żelaza.

Ciężko sugerować jakieś dawki – dla osoby z dużym niedoborem wskazane byłoby nawet ponad 100 mg dziennie przez parę miesięcy, aż jej organizm się w pełni wysyci, dla kogoś kto niedoboru nie ma – nawet małe dawki mogą być po prostu szkodliwe, bo jedyne co uzyskamy to spadek poziomu miedzi.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

Zapobieganie wylewom

Czasem dostaję pytania, czemu piszę głównie o oszustwach i wytykam błędy innych, zamiast dawać pozytywne rozwiązania. Powód jest prosty – lekko licząc, ponad 95% „medycyny alternatywnej” to oszustwo, dlatego tak ważne jest ostrzeganie przed szarlatanami. Mam cichą nadzieję, że po wytłumaczeniu któryś raz z kolei w jaki sposób ludzie są oszukiwani – chociaż jedna osoba zastanowi się, widząc w internecie kolejną cudowną metodę diagnozującą i leczącą wszystkie choroby.

Udar mózgu to paskudna rzecz. Bardzo niewiele osób go przeżywa, a ci którym się uda – prawie nigdy nie wracają do pełni zdrowia. Jest też niezwykle częsty – co szósty człowiek w średnim wieku będzie miał udar, co dwudziesta osoba z tego powodu umiera. A najgorsze jest to, że nie ma dość jasnych przyczyn, a co za tym idzie – niezwykle ciężko o dobre techniki zapobiegania.

Słówko odnośnie nazewnictwa – prawidłowa nazwa to udar, zaś powszechnie zwykło się stosować termin „wylew”. Jest to nieco błędne, jako że wylew to nazwa zarezerwowana dla zdarzenia, w którym pęka naczynie krwionośne i krew dosłownie wylewa się do mózgu, powodując zniszczenia. Znakomita większość (do 90%) przypadków to zatkanie naczynia krwionośnego, przez co krew przestaje dopływać gdzie powinna i komórki mózgowe obumierają. W takim wypadku stosuje się też termin „zawał mózgu”. W tytule użyłem nieprawidłowego, ale popularnego terminu – dzięki temu więcej osób znajdzie artykuł w sieci.

Częstsze występowanie „zawałów” mózgu w stosunku do „wylewów” jest nieco mylące – co prawda „wylewy” są o wiele rzadsze, ale jednocześnie na tyle groźne, że odpowiadają za około 40% wszystkich zgonów.

Jako że mamy tu do czynienia z dwiema różnymi przypadłościami, będą też omówione różne metody zapobiegania. Na pierwszy ogień pójdzie klasyczny „wylew”.

Namnożyło się o nim trochę mitów. Najważniejszy to teoria „niedoboru miedzi”. Jeden z alternatywnych guru stwierdził, że tętniaki aorty są spowodowane niedoborem miedzi, bo jakiś jego znajomy opowiedział jego koledze, że jego wujek kiedyś nie dał miedzi swoim zwierzętom i poumierały one na tętniaki. Dowód ten jest na tyle mocny, że internet uwierzył w to bez żadnych zastrzeżeń. Co prawda silny niedobór miedzi może prowadzić do problemów z naczyniami krwionośnymi, ale jej poziom u ofiar tętniaka jest identyczny jak u osób zdrowych:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/3995240

(muszę linki wklejać w ten sposób, gdy wcześniej były pod postacią klikalnego tekstu ludzie ich nie zauważali).

Nie oznacza to, że miedź (i inne pierwiastki) nie mogą mieć wpływu na ryzyko – po zbadaniu ich poziomu we krwi ofiar, okazało się, że mają niższy poziom miedzi, cynku, magnezu i manganu, za to podwyższony ołowiu, kadmu i żelaza. Nie wiadomo jednak, czy odzwierciedlało to wpływ tych pierwiastków na zdrowie, czy może dietę i tryb życia tych osób – bardziej zróżnicowana siłą rzeczy będzie bogatsza w pożyteczne rzeczy, zaś palacze będą mieć wyższe stężenie ołowiu i kadmu.

Trzeba się trochę bliżej przyjrzeć kilku czynnikom, gdyż z pozoru oczywiste wnioski mogą być mocno mylące.

Po pierwsze – wiadomo, że niski cholesterol jest czynnikiem ryzyka. Co więcej, stosowanie statyn również jest czynnikiem ryzyka, więc teoretycznie mniej prawdopodobna jest możliwość „może to efekt diety, która obniża cholesterol a przy okazji, z zupełnie innego powodu, zwiększa ryzyko wylewu”.

Po drugie, jednym z kluczowych podejrzanych jest insulinopodobny czynnik wzrostu 1 (IGF-I). Jest on niezbędny do prawidłowej pracy naczyń krwionośnych. Jego niski poziom wyraźnie łączy się z ryzykiem tej choroby, podobnie jak z wieloma innymi schorzeniami. Z drugiej strony, podejrzewa się go o promowanie rozwoju nowotworów…

Po trzecie – i tu mamy problem – zarówno dieta przeciwcholesterolowa, jak również stosowanie statyn obniża IGF-I.

Jak widać, z pozoru oczywiste rozwiązanie „podnośmy cholesterol!” może okazać się chybione. Możliwe, że trzeba po prostu zastosować dietę podnoszącą poziom IGF-I. Możliwe, że rozwiązanie leży jeszcze gdzie indziej – w jakimś jeszcze innym czynniku, który jest współzależny do wymienionych. Nie jest możliwe wywnioskowanie, jaka strategia jest właściwa.

Wiadomo, że stosowanie suplementów witaminy E zwiększa ryzyko, Tak, zwiększa – szamani przekonujący, że ta witamina ratuje życie kłamali.

http://www.bmj.com/content/341/bmj.c5702

Obecnie trwa próba kliniczna, w której 20 000 osób będzie brać przez 5 lat witaminę D3. Pozwoli to stwierdzić, czy suplementacja zapobiega zawałom, nowotworom i różnym typom udarów. Z dotychczasowych badań nie wynika, by miała ona jakikolwiek wpływ na ryzyko udaru, za wyjątkiem stosowania wysokich dawek, które zdają się bardzo mocno to ryzyko zwiększać.

Aktywność fizyczna zmniejszała ryzyko o niemal 40%, przy czym często w badaniach okazywało się, że nie miała ona wpływu gdy uwzględniło się inne czynniki (np osoba aktywna fizycznie jednocześnie nie paliła papierosów, co fałszowało wynik)

http://www.escardio.org/Journals/E-Journal-of-Cardiology-Practice/Volume-4/vol4no25-Title-Physical-Activity-Cuts-Stroke-Risk

Wiadomo, że stosowanie aspiryny znacznie zwiększa ryzyko wylewu (ale też zmniejsza ryzyko zawału oraz udaru wywołanego niedokrwieniem).

Najsilniejszym czynnikiem ryzyka jest nadciśnienie – chorzy mają 3,5 razy większe ryzyko wylewu, niż osoby z normalnym ciśnieniem krwi. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że wysokie ciśnienie ma swoje przyczyny, możliwe, że te przyczyny zwiększają ryzyko niejako „przy okazji”. Porównując częstotliwość wylewów u osób, które brały leki na nadciśnienie i u tych, które tego nie robiły widać, że co trzeciemu wylewowi można zapobiec po prostu biorąc tabletki.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/10657416

Palenie papierosów zwiększa ryzyko niemal 2,5 razy.

Czasem można spotkać się z opinią, że niewielkie dawki alkoholu zapobiegają wylewom – jest to półprawda, delikatnie zmniejszają one ryzyko „zawałowego” typu udaru, podczas gdy dla „wylewowego” ryzyko rośnie liniowo.

Uważa się, że zwiększone spożycie magnezu i potasu znacznie obniża ryzyko, zaś soli – zwiększa. Nie ma tu jednak żelaznych dowodów w postaci badań z podwójną próbą, jak wiadomo – pokarmy zawierające dużo potasu, zawierają jednocześnie mnóstwo innych zdrowych substancji, zaś te zawierające sód – dużo szkodliwych. Niemniej szczury z nadciśnieniem, które otrzymały suplement potasu, umierały rzadziej – była to korzyść znacznie większa, niż można się było spodziewać po zmniejszeniu u nich ciśnienia krwi.

Wysoki poziom homocysteiny podwaja ryzyko wylewu, podobnie – ale w znacznie mniejszym stopniu – zwiększa je mutacja MTHFR

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/12907815

Jak widać, nie ma tu prostych odpowiedzi „jedz ten suplement, będziesz zdrowy”. Niestety, medycyna tak nie działa, organizm ludzki jest zbyt skomplikowany.

W przypadku znacznie częstszego udaru „zawałowego” sprawa jest prostsza. Tutaj czynniki ryzyka są wyraźniejsze, o wiele łatwiej go uniknąć.

Wiadomo, że bardzo duży potencjał ochronny ma dieta – zarówno wegetariańska, jak i śródziemnomorska zmniejszały ryzyko o kilkadziesiąt procent

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3790565/

Nie wiadomo, jaki efekt miałaby dieta dra Ornisha – zmniejszała ona ryzyko zawału niemal do zera, a jako że mechanizm jest tu zbliżony, można podejrzewać, że i w tym wypadku odniosłaby ona sukces.

Duże znaczenie ma spożycie ryb – ocenia się, że każda porcja tygodniowo zmniejsza ryzyko o 2%

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/16242601

Statyny zmniejszają ryzyko, podobnie jak niski poziom cholesterolu.

Ofiary udaru niedokrwiennego mają znacznie niższy poziom cynku, co sugeruje, że jego niedobór jest bardzo dużym czynnikiem ryzyka.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/20852753

Możliwe jednak, że mechanizm jest tu nieco inny. Kobiety stosujące antykoncepcję mają znacznie większe ryzyko udaru. Tabletki antykoncepcyjne powodują spadek poziomu cynku. Może brak tego pierwiastka jest niebezpieczny, a może to tabletki są groźne z innego powodu, a niedobór cynku wykrywa się u ofiar niejako przy okazji?

Pozostałe czynniki ryzyka są zbliżone do pierwszego typu udaru – nadciśnienie czy palenie papierosów jest niebezpieczne, aktywność fizyczna i wysoki poziom IGF-I chroni, witamina C nie ma najmniejszego wpływu.

Podsumowanie, w kilku zdaniach – co trzeba robić, by zminimalizować ryzyko wylewu:

  • stosować dietę zbliżoną do śródziemnomorskiej lub diety Ornisha
  • suplementować omega 3 lub spożywać tłuste gatunki ryb
  • stosować sposoby zwiększania IGF-I, które nie zwiększają ryzyka innych schorzeń – w praktyce oznacza to suplementację magnezu
  • suplementować cynk (co dodatkowo podniesie poziom IGF-I), ale jednocześnie pamiętać o uzupełnianiu miedzi, która znika z organizmu gdy przesadzi się z cynkiem
  • ruszać się, im więcej tym lepiej
  • zamienić zwykłą sól na „dietetyczną”, z dodatkiem chlorku potasu
  • w przypadku fatalnej diety – dodatkowo suplementować potas
  • kontrolować ciśnienie krwi

Nie ma niestety cudownej „srebrnej kuli”, magicznego suplementu który zabezpiecza nas przed wylewem. Trzeba uwzględniać wszystkie czynniki i minimalizować każdy z nich oddzielnie, za każdym razem uzyskując kilkanaście do kilkudziesięciu procent niższe ryzyko.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Dlaczego nie wolno ufać forom dyskusyjnym

Niedawno na moim forum pojawił się taki wpis:

U mnie wszystko w porządku. Po nerwicy nie ma śladu od bardzo dawna. Najbardziej pomogła aktywność fizyczna plus jacobson. Trwało to trochę dłużej, niż miesiąc, ale udało się.

Jeśli prowadzisz jakąś statystykę- możesz mnie dopisać do wyleczonych 🙂

Nie odwiedzałem forum, bo po prostu nie chciałem pamiętać o tej przykrej dolegliwości.

I zaraz pod nim

No właśnie Tomakin! To jest genialny pomysł!

Uważam, że powinieneś zrobić na forum dział, w którym zbierzesz posty wszystkich wyleczonych. Coś w stylu „Wyleczeni” itp.

Jako że jest to już któraś z kolei tego typu prośba, chyba warto napisać, czemu jestem przeciwny tego typu praktykom, a także dlaczego do wszelkich opisów „cudownego uzdrowienia” z for dyskusyjnych podchodzę jak do jeża.

Internetowe zbiorowiska chorych, typu fora internetowe czy grupy facebookowe są wylęgarnią najbardziej wyuzdanych koncepcji medycznych. Odpowiednio długo szukając, można znaleźć wszystko – dowody na cudowną moc leczniczą czarów, bioenergoterapii, homeopatii, przykładania rąk, a także w drugą stronę – na szkodliwość chemtrails czy szczepionek.

Swego czasu youtube przeżywało oblężenie pewnego specyficznego typu filmów – ludzie wyrzucali trzy szóstki na kostkach kilka razy pod rząd, albo 10 razy pod rząd rzucali monetą, za każdym razem uzyskując orła. Wszystko otoczone nimbem tajemniczości, ma się rozumieć. Niektórzy uwierzyli, ci inteligentni od razu załapali o co chodzi – wystarczy po prostu nagrywać filmy kilkaset, albo nawet kilka razy pod rząd, rachunek prawdopodobieństwa mówi, że za którymś razem uzyskamy ten upragniony „cudowny” wynik.

I to jest problem z grupami internetowymi. Są one bardzo często odpowiednikiem zbiorowości ludzi, którzy właśnie wyrzucili szóstkę na kostce trzy razy pod rząd. Niby nic niezwykłego, każdemu kto grał w kości się to przydarzyło, w końcu prawdopodobieństwo jest wysokie, coś około 1 do 200. Jeśli jednak zbierze się takie osoby w jednym miejscu, widzą one, że coś jest nie tak – oni WSZYSCY wyrzucili te trzy szóstki! Jako że ich grupa skupia wyłącznie ludzi, którzy właśnie mieli szczęście w rzutach, nie widzą tych dziesiątek tysięcy osób, które miały inny wynik.

Przyjrzyjmy się szczepionkom. Pomiędzy 12 a 18 miesiącem życia dzieciak otrzymuje 9 szczepień. Załóżmy, dla uproszczenia, że dostaje je w 3 falach. Daje to 3  fale w ciągu 213 dni, powiedzmy – jedno szczepienie co 70 dni.

Co nam mówi matematyka? Że co siedemdziesiąte dziecko, które pomiędzy 12 a 18 miesiącem życia zacznie dawać objawy autyzmu (wybrałem ten okres, gdyż wtedy właśnie bardzo często choroba się ujawnia), będzie te objawy mieć w ciągu 24 godzin od otrzymania szczepionki. Biorąc pod uwagę, że autyzm często ujawnia się po silnym stresie, jakim bez wątpienia jest wizyta w przychodni (nie sam zastrzyk), można śmiało założyć, że będzie to dotyczyć co trzydziestego dziecka.

Chyba jest już jasne, do czego dążę. Mamusia widzi u swojego dziecka, że w ciągu doby po szczepieniu zmieniło się jego zachowanie, wchodzi na forum dyskusyjne, tam widzi posty kolejnych takich mamuś, no tak, sprawa jasna. Z matematyką zawsze było u niej pod górkę, ona już WIE. Naukowcy, badania? Pf, ona ma post na forum gdzie opisano taki sam przypadek. I co z tego, że zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa takich przypadków mamy w skali kraju tysiące? Matematyka jest dla idiotów!

Mamy więc z jednej strony dziesiątki tysięcy lekarzy i naukowców z całego świata, którzy przez dziesiątki lat zajmowali się zagadnieniem. Wszyscy oni niemal bez wyjątku twierdzą, że szczepionki ratują życie. Z drugiej strony mamy pana Janusza, z zawodu mechanika samochodowego, który twierdzi na swoim blogu, że to wszystko nieprawda, szczepionki nie chronią przed chorobami, a co więcej robią dzieciom autyzm w głowie. Komu zaufać, hmmm… dziesiątkom tysięcy ludzi z których każdy poświęcił zagadnieniu kilkanaście lat studiów, czy anonimowi z internetu który wiedzę czerpie z przeczytanego właśnie bloga?

Ten problem przewija się przez cały altmed. Z jednej strony mamy opinię tysięcy specjalistów, z drugiej – pani Grażynki, na stałe pracującej na kasie w Biedronce. I ludzie wolą uwierzyć pani Grażynce…

Przyjrzyjmy się kilku innym przypadkom.

Witamina C. Bardzo popularna ostatnio wśród wszelkiej maści oszustów i szarlatanów, którzy sprzedają ją jako pewną broń przeciw zawałom czy nowotworom. I znowu mamy po jednej stronie praktycznie wszystkich naukowców, po drugiej – jednego gościa bez wykształcenia medycznego. Ludzie wolą uwierzyć temu jednemu.

Pisałem o tej witamince wielokrotnie, ale chyba warto podkreślić – ona została bardzo dokładnie przebadana, w próbach klinicznych pod kontrolą placebo.

Słówko o tym, jak taka próba wygląda – lekarze dostają pastylki, powiedzmy czerwone i niebieskie. W czerwonych będzie witamina C, w niebieskich – przysłowiowa woda z kranu. Wybranej grupie pacjentów (którzy oczywiście dostają kasę za udział w badaniu) przepisują te tabletki, połowa dostaje czerwone, połowa niebieskie. Cały trick polega na tym, że ani lekarze, ani pacjenci nie wiedzą, co jest w jakiej tabletce. Po jakimś czasie – w tym wypadku po wielu latach – porównuje się stan zdrowia jednej i drugiej grupy. Unika się dzięki temu sytuacji, gdy ktoś wmawia sobie, że mu pomogło to, co bierze, albo takiej jak opisana wyżej, że zbiera się grupa osób którym poprawił się stan zdrowia akurat wtedy, gdy brali i powiązali to z tym, co brali.

Jak się okazuje, witamina C w najmniejszym nawet stopniu nie wpływa na ryzyko zawału serca:

http://www.mity.lekiznatury.net.pl/witamina_C.html

Co więcej, nie wpływa ona też na ryzyko zachorowania na raka – nie licząc jednej próby klinicznej, w której niemal ją podwoiła:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4666862/

Jednym z powikłań po boreliozie jest tak zwany zespół poboreliozowy. Paskudne, grypopodobne objawy, utrzymujące się przez wiele miesięcy, a czasem nawet kilka lat po zakończeniu leczenia. Grupa szarlatanów wpadła na pomysł – wmawiajmy ludziom, że to jest borelioza, że oni dalej chorują, sprzedawajmy im antybiotyki! I faktycznie, ludzie biorą te antybiotyki i czują się lepiej – po kilku miesiącach, a czasem po kilku latach. Wypisują potem po internetach, że lekarze to się nie znają, bo im dopiero rok antybiotyków pomógł.

Z pomocą przychodzi badanie pod kontrolą placebo – podawano osobom z zespołem poboreliozowym antybiotyki, przez wiele miesięcy, trick polegał na tym, że połowa z nich dostała wodę z kranu. Zrobiono w sumie cztery duże próby kliniczne. Jak się okazuje, „cudowne ozdrowienia” zdarzały się dokładnie tak samo często u tych, co dostawali końskie dawki antybiotyków jak i u tych, co brali placebo:

http://www.nejm.org/doi/full/10.1056/NEJM200107123450202

http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/12821734

http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/17928580

Delikatna poprawa samopoczucia następowała tylko wtedy, gdy stosowano antybiotyki będące jednocześnie środkami przeciwbólowymi i przeciwzapalnymi i była dokładnie taka, jakiej należało się spodziewać. U ani jednego pacjenta nie znaleziono żywej bakterii w próbkach krwi i wymazach ze stawów, kilka osób znalazło się na granicy śmierci z powodu powikłań po lekach.

Z jednej strony mamy naukowców którzy zbadali w próbach klinicznych czy antybiotyki pomagają i uzyskali wynik jak wyżej, z drugiej – internetowych znawców krzyczących, że przecież oni brali i w końcu kiedyś przestało ich boleć. Ciśnie się na usta powiedzenie o katarze, który leczony trwa tylko tydzień, a nieleczony aż siedem dni.

Warto czasem zajrzeć na fora homeopatów. Tam aż roi się od „dowodów” skuteczności, które polegają na czymś podobnym – biorą te swoje tabletki na coś, co tak czy tak kiedyś musi minąć – i mija! Tadam, tabletka działa.

Ludzie panicznie boją się śmierci i starości. Łupanie w krzyżu znacznie łatwiej wyjaśnić jakąś tajemniczą chorobą, niż tym, że po prostu się sypiemy.

Dość prężnie jakiś czas temu działała sekta, która wszystkie tego typu objawy tłumaczyła zatruciem rtęcią z amalgamatów. Na podobnej zasadzie jak we wszystkich innych przypadkach, zbierali się na forach internetowych i poklepywali się nawzajem po plecach – „no, ja też mam osiem plomb i źle się czuję, to nie może być przypadek”.

http://ije.oxfordjournals.org/content/33/4/894.full

W powyższym badaniu sprawdzono stan zdrowia 20 000 osób, porównując go z liczbą plomb amalgamatowych. Oczywiście nie ma najmniejszego związku między tym, ile ktoś ma takich plomb w ustach a tym, jak się czuje.

W podobny sposób sprawdzono teorię boreliozy, czyli ile prawdy jest w opowieściach tych wszystkich osób, które po iluś latach od leczenia mają problemy ze zdrowiem.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/11133377

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/11345216

Osoby które dostały standardowe leczenie (2 do 3 tygodni doksycykliny) zostały po okresie od 10 do 20 lat od wyleczenia porównane z ludźmi w podobnym wieku, wiodącymi podobny tryb życia i mieszkających w tym samym regionie. Jak się okazuje, stan zdrowia był w zasadzie identyczny.

Podsumowując – wszelkie próby zebrania w internecie dowodów na skuteczność terapii, albo na szkodliwość czegoś, są z góry skazane na niepowodzenie. Mógłbym na forum zrobić listę wyleczonych, ale skąd niby pewność, że te osoby nie wyzdrowiałyby w tym czasie same z siebie, nawet jakby nic nie robiły?

Jest mnóstwo technik nie alternatywnych, ale mało popularnych, które pomagają w chorobach. Wiemy o tym dlatego, że zostały one przebadane. Wiemy, jak zapobiegać autyzmowi u dzieci – trzeba dbać o odpowiedni poziom witamin. kwasów tłuszczowych i pierwiastków w ciąży, a także unikać toksyn – dymu papierosowego czy pestycydów. Tyle, że to trudne – robić badania, brać tabletki, przestrzegać diety… łatwiej pokrzyczeć „szczepionki robio autyzm!!11”.

Wiemy, jak zapobiegać zawałom i nowotworom. W przypadku chorób serca są to metody o niemal stuprocentowej skuteczności, podobnie jest dla na przykład nowotworu prostaty. Ale to trudne, dieta która ratuje życie nie jest taka smaczna. Łatwiej uwierzyć w cudowną moc białego proszku kupionego od internetowego guru i dalej się obżerać. Najśmieszniejsze jest to, że ci sami ludzie którzy tak robią oskarżają innych o „wiarę w magiczne tabletki”.

Jest też sporo działających technik alternatywnych. Wiem, że opisane przeze mnie sposoby radzenia sobie z nerwicą zadziałają – bo zostały one sprawdzone w próbach klinicznych. Niektóre są stosowane przez lekarzy, inne – nie, zależy też na jakiego lekarza się trafi. Mógłbym tych wyleczonych z nerwicy wypisać w jednym poście na forum, pewnie byłoby to przekonujące – ale ja jestem idealistą. Wierzę, że można ludzi przekonać do tego, by nie wierzyli w takie posty. Że można ich nauczyć myślenia.

Opublikowano Bez kategorii | 19 komentarzy

Antybiotyki w terapii stwardnienia bocznego zanikowego.

Stwardnienie boczne zanikowe, ALS, to potworna choroba. Zostawia chorego i jego rodzinę bez nadziei na wyleczenie, z perspektywą powolnego pogarszania stanu zdrowia. Nic dziwnego, że namnożyło się oszustów, oferujących cudowne metody lecznicze.

Jedna z nich to antybiotykoterapia. Według hochsztaplerów, choroba ta jest wywołana bakteriami – a to boreliozą, a to chlamydią, zależy co akurat jest modne. W internecie można natknąć się na dziesiątki ofert klinik, opisujących „niesamowitą skuteczność” – tylko jakoś nigdy nie zamieszczają dokumentacji medycznej tych wyleczonych osób.

Wczoraj natknąłem się na ciekawe badanie. Jak się okazuje, podejrzewa się, że jedną z przyczyn choroby jest odkładanie się pewnego białka w niektórych regionach układu nerwowego. Mniejsza o szczegóły, zainteresowani mogą sięgnąć do źródeł. Co jest ciekawe, jeden z antybiotyków zapobiega w pewnym stopniu odkładaniu się tego białka. I to właśnie ten, który jest oferowany przez internetowych oszustów – ceftriakson, czyli popularny biotrakson. Działał w próbach klinicznych ma myszach, które miały genetyczną modyfikację powodującą odkładanie się wspomnianego białka i w związku z tym rozwój choroby podobnej do stwardnienia bocznego zanikowego.

To naprawdę niesamowita okazja – lek, który postanowiła przetestować oficjalna medycyna jest dokładnie tym samym, w dokładnie takich dawkach, jakie sprzedają ciężko chorym ludziom oszuści. Gdyby zadziałał, okazałoby się, że okłamując swoich pacjentów – nieświadomie ratowali im życie.

Są wstępne wyniki próby klinicznej:

https://clinicaltrials.gov/ct2/show/study/NCT00349622

Chorych podzielono na 2 grupy, 2/3 z nich otrzymywało wlewy, 1/3 placebo, ani lekarze, ani pacjenci nie wiedzieli kto dostawał aktywny lek a kto przysłowiową wodę z kranu. Dawki były naprawdę solidne – 2 gramy 2 razy dziennie, czyli w sumie 4 gramy biotraksonu, codziennie przez przynajmniej rok.

Chyba każdy zgodzi się, że takie dawki są wystarczające by wybić każdą infekcję bakteryjną, jaka by nie była. Nawet gdyby prawdą były histeryczne opowieści o tym, że boreliozę nieraz trzeba leczyć 5 lat, to w grupie 340 pacjentów którzy otrzymali antybiotyk znalazłby się ktoś, kto wyzdrowieje po roku, albo chociaż znacznie poprawi mu się stan zdrowia.

Każdy może sam sprawdzić, jakie uzyskano efekty. W powyższym linku wystarczy kliknąć na „study results”. Dla nie znających angielskiego – nie było efektów. Uzyskano delikatne, minimalne zmniejszenie tempa rozwoju choroby (pacjenci umierali średnio po 664 dniach zamiast po 581), czyli to, czego należało się spodziewać po zastosowaniu leku zmniejszającego w niewielkim stopniu odkładanie się szkodliwych białek. Nikogo nie wyleczono, u nikogo nie cofnęła się choroba.

Naprawdę warto to sobie wziąć do serca, porównać twardy fakt jakim jest powyższa próba kliniczna z tym, co można wyczytać na stronkach prywatnych gabinetów lekarskich i klinik, z tym całym „wyleczyliśmy ze stwardnienia bocznego zanikowego mnóstwo osób, uwierzcie nam i oddajcie nam swoją kasę, ale nie pokażemy wam dokumentacji medycznej wyleczonych, bo nie”.

(o, jest drugi link, w przystępniejszej formie)

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4216315/

(edycja)

Warto wspomnieć o pewnej ciekawostce – niektóre tetracykliny mają silne działanie chroniące komórki nerwowe, w badaniach na zwierzętach ratowały ich mózgi przed chorobami degeneracyjnymi (nie, nie ma to nic wspólnego z bakteriami, działały przy schorzeniach wywołanych modyfikacją genetyczną czy przy podaniu toksyn niszczących mózg). Doksycyklina wykazuje takie działanie, w badaniach pomagała chorym na stwardnienie rozsiane. Oznacza to, że w tym wypadku oszuści wmawiający pacjentom, że ich choroba wywołana jest bakteriami faktycznie niechcący im pomogli.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Krytyka metaanalizy wpływu tłuszczu nasyconego na zdrowie.

Trafiłem w sieci na bardzo ciekawą krytykę metaanalizy, która to metaanaliza miała udowodnić, że tłuszcz nasycony nie szkodzi. Jako że wiele osób powołuje się na tego typu badania, warto wiedzieć, jakie tam popełniono błędy. Autor wypunktował je bezbłędnie.

Dla nie znających angielskiego, streszczenie kilku punktów.

Po pierwsze – w badaniach z reguły uwzględnia się „inne czynniki ryzyka”. Dla przykładu, wiadomo, że jeśli ktoś stosuje dietę powszechnie uważaną za niezdrową, można się spodziewać, że z większym prawdopodobieństwem będzie również palił i pił – jeśli ludzie nie dbają o zdrowie, często jadą po całości. Gdyby okazało się, że ta dieta jest jednak zdrowa – w badaniach w dalszym ciągu wychodziłoby, że szkodzi, bo po prostu palacze i alkoholicy doprowadziliby do zafałszowania wyników.

W 8 z 20 badań, które uwzględniono w metaanalizie, jako „inny czynnik ryzyka” uwzględniono wysoki poziom cholesterolu. Błąd polega tu na tym, że to nie jest inny czynnik – taka dieta podnosi poziom cholesterolu, więc badania polegały tak naprawdę na tym, że wykluczono z nich te osoby, którym tłuszcz najmocniej zaszkodził. Ma to tyle sensu, co badanie szkodliwości palenia tytoniu, ale z wykluczeniem osób, które zachorowały na raka płuc.

Usunięto też z badań osoby, które były chore na serce lub cukrzycę. Znowu narzuca się porównanie do badań dotyczących szkodliwości palenia, z których usunięto osoby z rakiem płuc.

Kolejny błąd to zebranie wszystkich rezultatów razem. Jak to autor ładnie przedstawił, wyobraźmy sobie dwa badania dotyczące wpływu życia wysokości na śmiertelność. W jednym z nich badamy osoby, które żyją na wysokości od 500 do 1000 metrów nad poziomem morza, dzielimy ich na 5 grup, co 100 metrów. Wychodzi, że wysokość nie ma wpływu na śmiertelność, każdy przeżył. W drugim – przyglądamy się osobom, które żyją na wysokości od 8000 do 20 000 metrów, tym razem dzielimy na grupy co 3000 metrów. I znowu wysokość nie ma wpływu – wszyscy umarli. Jeśli teraz połączymy te badania, wyjdzie, że bez względu na to jak wysoko żyjemy, nie będzie to miało żadnego wpływu na zdrowie. Jeśli jednak je rozdzielimy i popatrzymy oddzielnie, widać, że wpływ będzie gigantyczny.

Tak też zrobiono w metaanalizie. Połączono dwa badania, jedne z Japonii, gdzie spożycie tłuszczu nasyconego było tak niskie, że praktycznie wszyscy badani spożywali rekomendowaną ilość (poniżej 10% kcal dziennie), oraz z Finlandii, w którym to badaniu nawet osoba z najniższym spożyciem w dalszym ciągu jadła tego więcej, niż Japończyk z najwyższym. W jednym i w drugim badaniu wyszło, że spożycie nie ma wpływu, ale – jeśli je rozdzielić, różnica była i to dosłownie ośmiokrotna.

Jakby to jeszcze bardziej obrazowo przedstawić – wyobraźmy sobie dwa badania, gdzie ocenia się wpływ papierosów na zdrowie. W jednym będą to osoby palące od 7 do 10 papierosów dziennie, w drugim – od 25 do 30. Można się spodziewać, że ani pierwsze, ani drugie badanie nie wykaże wpływu ilości wypalonych papierosów na stan zdrowia. Żeby to wykazać, trzeba porównać osoby które nie palą ani jednego z tymi, które palą 30.

Z metaanalizy powycinano niewygodne rzeczy. Dla przykładu, Nurses’ Health Study miał we wnioskach zdanie „zastąpienie 5% energii z tłuszczu nasyconego przez 5% energii z tłuszczu nienasyconego redukuje ryzyko choroby serca o 42%”. Śladu po tym nie było w omawianej pracy.

(słowo ode mnie) Coś, co jest oczywiste – ludzie uwielbiają kłamać, szczególnie gdy pyta się ich „czy zdrowo się odżywiasz”. Dlatego wszelkie badania oparte na kwestionariuszach z definicji nie są wiele warte – dopóki nie przepisze się komuś całej diety od A do Z, albo – jeszcze lepiej – nie obserwuje się go 24 godziny na dobę, nie wiemy, czy mamy do czynienia z dietą pacjenta, czy z jego fantazjami na temat tego, jak chciałby się odżywiać.

Problemem są też interakcje między różnymi składnikami odżywczymi, a także fakt, że tłuszcz nasycony można zastąpić na przykład słodyczami, co oczywiście będzie bardzo niezdrowe, ale nie będzie można powiedzieć, że tłuszcz przez to stał się zdrowy – jest po prostu mniej niezdrowy.

Na koniec warto przyjrzeć się badaniu, które jako jedno z dwóch wykazało bardzo duży związek tłuszczy nasyconych z chorobami serca – Oxford Vegetarian.

W badaniu Oxford postarano się o to, by osoby biorące udział miały w miarę zbliżoną dietę, ale znacznie różniącą się poziomem spożywanego tłuszczu. Innymi słowy, wzięto do niego członków towarzystwa wegetarian oraz – jako porównanie – ich rodziny. Gwarantowało to (na tyle, na ile można cokolwiek zagwarantować), że będą to osoby z podobnymi zwyczajami, tak żywieniowymi jak i i innymi – czyli będą piły podobną ilość kawy, siedziały równie długo przed telewizorem czy równie często chodziły na spacery. Zadeklarowani wegetarianie bardzo rzadko oszukują, jak ktoś taki mówi, że nie je tłustego mięsa, to zazwyczaj faktycznie go nie je.

Przedział spożycia był bardzo duży – około 300% pomiędzy najniższym a najwyższym spożyciem (w metaanalizie zazwyczaj było to około 50% lub mniej).

Wniosek, jaki z tego można wysnuć jest dość smutny – jeśli ktoś chce, to może udowodnić wszystko, jeśli tylko dobierze sobie odpowiednio przeprowadzone badania.

Linki do analizy:

https://www.drmcdougall.com/misc/2014nl/mar/chowdhuryp1.pdf

https://www.drmcdougall.com/misc/2014nl/apr/chowdhurypart2.pdf

https://www.drmcdougall.com/misc/2014nl/may/chowdhuryp3.pdf

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

Jak trudne czasem bywają diagnozy…

Cały czas obiecuję sobie, że zacznę w końcu regularnie pisać. No niestety – życzenia swoje, życie swoje. Nie zarabiam na tym blogu, nie sprzedaję ciężko chorym osobom bezwartościowych proszków, takich jak witamina C, nie wmawiam ludziom że wszyscy mają jedną i tę samą chorobę, przypadkiem tę, którą ja akurat leczę. Nie sprzedaję cudownych diet ani nie daję płatnych wykładów. Innymi słowy – wolny czas, który mam poświęcam na to, z czego będę miał osobiste korzyści.

Dziś mam trochę luźniej, skrobnę parę słów. Trochę jako ciekawostkę, a trochę jako przestrogę dla tych, którzy szukają łatwego rozwiązania.

Niecały rok temu, na forum zarejestrował się gość o nicku „Nortek”. Opisał swoje schorzenie – miał tyle objawów, że ciężko je wszystkie ogarnąć. Wcześniej szukał pomocy na innych forach – oczywiście na każdym „eksperci” wkręcali mu, że ma właśnie tę chorobę, o której oni akurat piszą i kierowali do ich specjalnego lekarza, który za jedyne kilkaset zł przepisze recepty. Między innymi próbowano go wkręcić w boreliozę, miał nawet jakieś dodatnie wyniki testów. Jak zauważył, że na antybiotyki w ogóle nie reaguje – użył mózgu, poczytał badania (nie fora i blogi, badania robione przez naukowców), zobaczył że jeśli borelioza faktycznie jest, to zawsze jest też reakcja na leki, uznał że jej nie ma. Była to jedna z najlepszych decyzji w jego życiu, może nawet mu to życie uratowała.

Zaczęło się skakanie od lekarza do lekarza, jak to w Polsce – premiowana jest wytrzymałość. Dla przykładu, gdy piąty lekarz pod rząd twierdził, że jego złe samopoczucie gdy szybko wstaje to nerwica – poszedł do szóstego, ten wykonał prosty test, okazało się, że to jednak nie nerwica tylko niedociśnienie ortostatyczne. Po miesiącach zbywania i odsyłania od jednego konowała do drugiego, trafił na ogarniętych lekarzy którzy zrobili mu dokładne badania w szpitalu. I w końcu tam trafiono na przyczynę.

Okazało się, że jest to schorzenie zwane „wrodzony przerost nadnerczy”. Nietypowa przypadłość, bardzo rzadko spotykana – w skrócie, nadnercza nie pracują w niej jak powinny, poziom jednego z hormonów rośnie wręcz horrendalnie – jest niekiedy tysiące razy wyższy, niż u zdrowego człowieka. Choroba nie daje żadnego konkretnego objawu, który można łatwo rozpoznać (w sumie daje kilka które nieczęsto występują w innych przypadłościach, na przykład bardzo wczesny rozwój owłosienia łonowego oraz bóle stóp, tyle że Nortek zapomniał o tym napisać, gdyby to zrobił to możliwe, że nawet ja bym go naprowadził na trop, jako że spotkałem się z tym wcześniej). Co gorsza, wszystkie wyniki krwi u chorych są bardzo dobre, dopóki nie zrobi się jednego, konkretnego testu. Oznacza to, jeśli ktoś ma ten przerost, może przez kilka lat biegać po lekarzach i nie dostać diagnozy.

Żeby nie było za łatwo – okazuje się, że niedociśnienie ortostatyczne towarzyszące tej przypadłości bierze się prawdopodobnie stąd, że organizm z jakiegoś powodu nie jest w stanie zamienić jednej z form witaminy D3 w inną. Konia z rzędem temu, kto znajdzie lekarza w Polsce wiedzącego o tej zależności.

Mamy więc chorego, który ma prawie wszystkie wyniki bardzo dobre, ale dziesiątki objawów – mgłę umysłową, dziwne bóle stawów, zawroty głowy, wszystkie objawy niedoboru witaminy D3 chociaż jej poziom w badaniu jest bardzo dobry, rozjechane tylko te wyniki, które powinny spaść przy niedoborze D3, no ale jej poziom jest OK…

Tacy właśnie ludzie najczęściej padają ofiarami różnych internetowych naciągaczy – „na pewno masz grzybicę układową!”, „na pewno zatrułeś się rtęcią!”, „na pewno masz niedobór B12!”, „na pewno masz boreliozę!”. „na pewno masz chlamydię!”… nie wiem, co tam jeszcze jest dzisiaj modne. Padają też często ofiarą niedouczenia i zwykłego olewactwa lekarzy – ile razy Nortek usłyszał, że na pewno ma nerwicę, to tylko on wie.

Nie dajcie się wkręcić w „jedną, jedyną chorobę”, nie dajcie się też zbywać lekarzom. Czasem trzeba naprawdę długo i wytrwale szukać, zanim się znajdzie to, co człowiekowi dolega.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

„Struktura wody”, czyli jak poznać szarlatana.

Jest kilka pewnych metod na odróżnienie, który człowiek wie, co mówi, a który gada totalnie od rzeczy – czy z chęci okłamania, czy po prostu ze zwykłej głupoty. Na przykład, jeśli ktoś używa na określenie zwykłych, codziennych zjawisk słowa „kwant” – od razu wiemy, że nie wie nic ani o fizyce kwantowej, ani o tych zwykłych, codziennych zjawiskach. „Zafałszowano wszystkie badania!” – tu jest mały kruczek, bo fałszerstwa faktycznie są w jedną i w drugą stronę, ale ich skala w rzeczywistości jest dość niewielka i dotyczą jednostkowych przypadków. Dziwnym trafem zawsze fałszuje się wyniki skuteczności tego, co nam dany osobnik chce sprzedać… Moje osobiście ulubione brzmi: „woda ma strukturę!” czy „woda ma pamięć!”.

Jeśli ktoś coś takiego wygaduje, to zawsze z jednego z dwóch powodów – albo chce Wam sprzedać jakieś „cudowne maszynki” do erm… zmiany struktury tudzież gotową wodę coś „pamiętającą”, albo po prostu ma braki w edukacji na poziomie pierwszej klasy gimnazjum.

Szkoła to bardzo ważne miejsce. Ludziom wydaje się, że te wszystkie nudne rzeczy które tam uczą są do niczego nie potrzebne, po co komu wiedzieć co to jest atom, czym się różni od cząsteczki – a to są właśnie te najważniejsze informacje. Dzięki nim nie wpadniemy w ręce pierwszego lepszego oszusta.

Jeśli ktoś uwierzył w „strukturę wody”, to znaczy że ma pewne braki gdzieś z okolicy starej podstawówki czy początków nowego gimnazjum, dlatego – niestety – muszę zrobić mały wykład z podstaw fizyki i chemii.

Cały świat materialny, wszystko czego możemy dotknąć składa się z atomów. Atomy łączą się w cząsteczki. Można powiedzieć, że atomy są jak piłeczki pingpongowe, a cząsteczki – jak te same piłeczki, ale sklejone ze sobą. W zależności od tego, jaka jest temperatura otoczenia, cząsteczki te poruszają się z różną szybkością. Jeśli temperatura jest bardzo niska – delikatnie sklejają się one ze sobą (ale nie tak mocno, jak atomy sklejające się w cząsteczkę), mamy wtedy do czynienia z ciałem stałym. Podgrzewając – sprawiamy, że zaczynają drgać, gdy te drgania będą na tyle silne, by rozerwać te „sklejenia”, cząsteczki zaczynają się przemieszczać – na tyle wolno jednak, że w dalszym ciągu są blisko siebie. Tu dochodzą takie terminy jak napięcia powierzchniowe, ale zostawmy to dla starszych klas. Wreszcie po podgrzaniu powyżej pewnego poziomu, szybkość ruchu cząsteczek rośnie tak bardzo, że odrywają się od siebie i zaczynają latać we wszystkich kierunkach – mamy do czynienia z gazem. Nadmuchany balon ma taki kształt właśnie dlatego, że te cząsteczki „obijają” go od środka. Jeśli włożymy go do pomieszczenia z wysokim ciśnieniem – cząsteczek obijających go od zewnątrz będzie więcej, balon sflaczeje. Jeśli nadmuchamy go ciepłym powietrzem – cząsteczki zaczną latać szybciej, w określonej przestrzeni będzie go mniej (powietrze będzie dosłownie rzadsze) i balon będzie „lżejszy od powietrza”.

Owe „ruchy cząsteczek” mają nawet swoją nazwę – „ruchy Browna”. Każda jedna cząstka drga i próbuje się przemieszczać. Jest to prawdziwe nawet dla ciał stałych – w podstawówce mieliśmy taki eksperyment, polecono nam napisać coś długopisem na kawałku gumy. Po jakimś czasie (czasem miesiącach albo latach) tekst się „rozjeżdżał” – cząsteczki atramentu wędrowały sobie powolutku.

W cieczach te „ruchy Browna” są bardzo aktywne i bardzo chaotyczne. Każda cząstka dosłownie skacze jak oszalała, w całkowicie losowych kierunkach, wędrując swobodnie gdzie tylko chce. To, co widzimy jako spokojną szklankę wody, w odpowiednio dużym powiększeniu przypominałoby rój zwariowanych pszczół. Zaprowadzenie w tym jakiegokolwiek ładu i porządku jest fizycznie niemożliwe.

Jak by to wyjaśnić… wyobraźmy sobie piłeczkę pingpongową, w której ktoś zamontował mechanizm, który sam „skacze” – odbija ją, za każdym razem w innym kierunku. Ot, taka sprężyna. A teraz wyobraźmy sobie miliard takich piłeczek, wszystkie uruchomione. W jaki sposób ktokolwiek chciałby to uporządkować? Nie da się „zmusić” cząsteczki, by poruszała się w określonym kierunku, gdyż ze swojej natury każda cząsteczka jest chaotycznie wirującym i skaczącym w losowe strony tworem. No chyba że ktoś wierzy w to, że atomy mają mózgi i można im coś „wytłumaczyć”, ale to już naiwność na poziomie czterolatka. Nie da się też sprawić, by w jakikolwiek sposób łączyły się w grupy – wtedy nie mamy już cieczy, tylko ciało stałe, a w najlepszym wypadku coś zbliżonego do koloidu, co po prostu widać gołym okiem. A nawet gdyby jakimś cudem wytworzyła się struktura, na przykład w polu magnetycznym – znika ona w ciągu jednej milionowej sekundy po tym, jak to pole magnetyczne przestaje działać.

Na tym filmie przepięknie widać efekty ruchów Browna, szczególnie w drugiej części – pyłki trawy w wodze są uderzane i pchane przez cząsteczki wody, każdy z nich w losowym kierunku, jednak nie „wędrują” one, gdyż są na tyle duże, że statystycznie z jednej i drugiej strony będzie je „bombardować” podobna ilość obijających się o nie cząstek wody:

Może jednak wyjaśnię, czym jest napięcie powierzchniowe, bo jakiś szarlatan będzie mógł próbować wykorzystać nieznajomość jego mechanizmu do „udowodnienia”, że pojawia się struktura. Cząsteczki poruszają się jak szalone, a jednak po zmieszaniu wody z oliwą, jedna i druga ciecz trzyma się „w kupie” i nie miesza z inną. Jak to możliwe, skoro tak skaczą?

Odpowiada za to zjawisko o trudnej nazwie „kohezja” – w bardzo dużym uproszczeniu, cząsteczki przyciągają się wzajemnie. Dlatego gdy przestają się ruszać i są „ciałem stałym”, zamieniają się w coś, co jest twarde i ciężko to złamać, zamiast w proszek. Oczywiście różne rodzaje cząsteczek mają różną siłę przyciągania, ale skupmy się na wodzie. Każda cząsteczka wody „ciągnie” do siebie inne cząstki. I wszystko jest OK, dopóki jest nimi otoczona. Jeśli jednak jest ona na powierzchni – jest ciągnięta jedynie do wewnątrz. W efekcie tworzy się coś w rodzaju „błony” na samej powierzchni wody, złożonej z cząstek, które są przyciągane do środka, oczywiście ta błona nie jest nieruchoma i cząsteczki w niej dalej „tańczą”, ale nie chcą jej opuszczać, wolą cofnąć się do wewnątrz, są wtedy zastępowane innymi… i tak w kółko.

To wyjaśnia, dlaczego kropla wody upuszczona na nawoskowany przedmiot dalej pozostaje kroplą, cząsteczki wosku bardzo słabo przyciągają się z cząsteczkami wody i nawzajem się „nie lubią”. Wyjaśnia to też, dlaczego krople wody są właśnie kroplami, a nie kwadratami, trójkątami czy gwiazdkami wody – „lubiące” się cząsteczki zbijają się w kształt, który ma najmniejszą powierzchnię, bo najmniej cząsteczek chce być na tej powierzchni. Dzięki temu zjawisku nartniki, czyli „pająki skaczące po wodzie” mogą się po niej bez problemu poruszać.

Podsumowując – zjawisko napięcia powierzchniowego, czyli to które sprawia, że niekiedy dwie ciecze nie mieszają się ze sobą, nie ma nic wspólnego z żadną „strukturą”, cząsteczki tych cieczy w dalszym ciągu chaotycznie sobie skaczą.

Na koniec – prosty eksperyment, który każdemu (mam nadzieję) uzmysłowi to, że woda tylko z pozoru jest czymś spokojnym i nieruchomym, a w dużym powiększeniu to kipiący chaos ciągle skaczących na wszystkie strony molekuł, bardziej przypominający rój owadów niż cokolwiek innego.

Trzeba wziąć słoik czy butelkę z wodą, postawić gdzieś, aż  się całkowicie uspokoi. Gdy już będziemy mieć pewność, że nasza woda jest spokojna i nieruchoma – z góry upuszczamy jedną kroplę farby akwarelowej czy atramentu. Powstanie bardzo ładny efekt, kropla opadnie, zostawi po sobie ślad i tak dalej. Zostawiamy to tak na kilka dni albo nawet godzin. Będzie wyraźnie widać, że granice farby, wcześniej wyraźne – pozacierały się, „wędruje” ona sobie powoli po naszym naczyniu. Farby wodne to substancje, które dość łatwo mieszają się z wodą (ich cząsteczki się „lubią”), ale same są dość nieruchome – dlatego farba po wyschnięciu (czyli usunięciu wody) zostaje na miejscu i nie „rozlewa” się dalej po płótnie. Przemieszczanie, które widzimy w naszym małym niby-akwarium to efekt pchania cząstek farby przez wodę, która jak szalona skacze z miejsca na miejsce, mieszając się ze sobą. Jest to identyczne zjawisko jak na filmie podanym wyżej – tyle, że cząsteczki farby są miliony razy mniejsze od pyłków traw, pyłek jest uderzany przez miliony cząstek z jednej i taką samą ilość z drugiej strony, jest bardzo mało prawdopodobne, że akurat cały milion tylko z jednej strony będzie przemieszczał się w jednym kierunku.

Na tej samej zasadzie rozchodzą się zapachy, tylko oczywiście dużo szybciej – są „przepychane” przez cząsteczki powietrza.

To wszystko, co wyżej napisałem dotyczy zarówno wszelkiego rodzaju „strukturyzatorów”, jak i homeopatii.

Mam nadzieję, że ten wpis uratuje chociaż jedną osobę przed zostania ofiarą oszustwa – z doświadczenia wiem jednak, że ludzie ogarnięci szałem religijnym nie słuchają głosu rozsądku.

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy