Ołów

Jesteśmy otoczeni niemal nieskończoną ilością toksyn. Przeciętnemu człowiekowi bardzo ciężko jest się w tym wszystkim połapać. Niektóre z nich są dość oczywiste, jak na przykład rtęć, ale została ona otoczona taką ilością mitów i – nie bójmy się użyć tego słowa – bredni internetowych, że ciężko wyłuskać z tego wiarygodne informacje. Są sekty wierzące w spisek jaszczuroludzi, opryskujących nas toksynami z samolotów – prymitywne plemiona w podobny sposób tłumaczyły zjawiska smug kondensacyjnych nad ich wioską w Afryce. Powstaje mnóstwo współczesnych sekt, wierzących w uniwersalnie szkodliwe działanie różnych substancji – glutenu czy węglowodanów. Piszę „uniwersalnie”, gdyż w pewnych warunkach te substancje mogą być szkodliwe dla określonej grupy ludzi, niemniej obarczanie ich odpowiedzialnością za całe zło tego świata jest przejawem pewnego hmmm… „uproszczenia” myślowego, każącego szukać jakiegoś przeciwnika, co pozwala uprościć obraz świata, na tej samej zasadzie niektórzy widzą głównego „wroga społeczeństwa”, w zależności od orientacji politycznej, w Żydach lub w katolicyzmie.

Są substancje, których szkodliwa rola jest dość jasna, ale bardzo ciężko o dokładną analizę problemu, gdyż jest on gmatwany czy to z przyczyn politycznych, czy z uwagi na zwykłą złożoność. Nie wiemy tak naprawdę, jak bardzo szkodliwy jest fluor dodawany do wody pitnej i czy przynosi on jakąś wymierną korzyść dla uzębienia – w jednym z badań ilość ubytków była o kilkanaście do kilkudziesięciu procent mniejsza tam, gdzie fluoru było stosunkowo dużo, ale dla przykładu efekt strontu w wodzie pitnej był identyczny, przy czym pierwiastek ten jest o wiele bezpieczniejszy, wręcz korzystny dla zdrowia. Co więcej, to pierwsze badanie prowadzono w kraju, gdzie nie używa się powszechnie pasty do zębów – więc wynik jest nieco życzeniowy, w krajach gdzie pasty używa się regularnie najprawdopodobniej fluoryzacja wody nie przyniosłaby żadnego efektu. Badań nad toksycznością tego pierwiastka prawie nie ma, a jeśli są – dają mocno niepokojący obraz, jak to z Meksyku gdzie wiązał się on z obniżeniem IQ, co zresztą potwierdzono metaanalizą. Może zabrzmi to nieco jak teoria spiskowa, ale co – jeśli nie względy polityczne – sprawiło, że dodaje się do wody niemal nie mający wpływu na stan zębów i mocno szkodliwy fluor, zamiast zdrowego dla zębów i kości strontu? Praktycznie niemożliwe jest podjęcie tutaj dojrzałej dyskusji – rozmówcy dzielą się na dwie wyraźne grupy, z których jedna tępo wierzy, że rząd używa tego pierwiastka do kontroli umysłów, druga zaś równie tępo, że skoro go dodają to bez wątpienia jest on nam potrzebny i każdy kto mówi inaczej, wierzy w spiski.

Dobrym przykładem złożoności mogą być pestydycy i herbicydy, a także wszelkiego rodzaju dodatki do żywności. W książce „Antyrak” autor przedstawia doskonałą analizę – skoro jedna taka substancja zwiększa ryzyko raka o powiedzmy jedną setną procenta przez całe nasze życie (przy czym każdy z nas ma statystycznie około 50% szansy na zachorowanie), to chyba nie jest to problem. Co jednak, gdy takich substancji w naszym otoczeniu znajdzie się trzy tysiące? Jest ich za dużo, by to wszystko policzyć, przeanalizować, one na pewno w organizmie wchodzą w jakieś reakcje między sobą, ale każdy człowiek „łapie” w ciągu życia inny zestaw, każdy z nas ma też inną odporność na poszczególne toksyny. A co gorsza, nie bardzo wiadomo, co z tym robić – nie ma rozsądnego sposobu ani na ich unikanie, ani na usunięcie tego wszystkiego z organizmu. Pewnym rozwiązaniem może być spożywanie żywności organicznej, ale jest to kłopotliwe, kosztowne i ma dość ograniczony wpływ – nie chroni przed tym, co przenosi się w powietrzu, przez skórę czy w wodzie pitnej.

Jest wreszcie trzecia grupa toksyn – to, czego możemy uniknąć, czy to przez odcięcie się od źródła zagrożenia (banalny przykład – rzucenie palenia), czy przez usunięcie z organizmu niebezpiecznych substancji. Tu właśnie mieści się ołów – jest on niezwykle groźny, ma na nasze zdrowie bardzo duży wpływ, a jego usunięcie jest banalnie proste.

Bełchatów_Elektrownia
Najważniejsze, że nie mamy tego złego atomu!

Pierwiastek ten jest w Polsce poważnym problemem. Pseudoekolodzy podjudzani przez lobby węglowe i omamieni bezsensownymi bajeczkami o wiatrakach zablokowali produkcję czystej, ekologicznej elektrowni atomowej, w efekcie dalej mamy mordercze elektrociepłownie wyrzucające do atmosfery dosłownie tony tego pierwiastka (i produkujące kilkanaście razy więcej odpadów radioaktywnych, niż elektrownia atomowa – ale te odpady radioaktywne są wysypywane na hałdy obok miast bez żadnego zabezpieczenia, więc nikt się nimi nie przejmuje). Kiedyś policzyłem, ile ludzi w Polsce zabija rocznie produkcja energii elektrycznej – okazało się, że musielibyśmy mieć rocznie kilkanaście katastrof porównywalnych z Czarnobylem, żeby energia jądrowa miała podobnie niszczycielski wpływ. Dodatkowo w przeszłości przez długi czas ignorowano u nas wszelkie zasady bezpieczeństwa, budowa socjalizmu była ważniejsza od zdrowia i życia ludzkiego. To, co wtedy dostało się do atmosfery w dalszym ciągu niestety znajduje się w glebie i w wodzie. Zresztą nie tylko my mamy kłopoty – statystyczne kości współczesnego człowieka zawierają 20 razy więcej ołowiu, niż prehistorycznego i 2 razy więcej, niż ludzi ze starożytnego Rzymu.

Podczas jednego z badań w Katowicach sprzed 25 laty okazało się, że przeciętny dzieciak ma tam stężenie we krwi 72 mikrogramy na litr, co miało wyraźny wpływ na układ nerwowy – przy takiej ilości można już zaobserwować mierzalne w laboratorium uszkodzenie słuchu. Oznacza to, że przeciętne polskie dziecko z Katowic miało słuch uszkodzony ołowiem. Oczywiście obecnie sytuacja nieco się poprawiła, ale w dalszym ciągu nasze dzieci mają poziom we krwi znacznie wyższy, niż mieszkające gdzie indziej. Dla porównania, tylko pół miliona dzieci w USA ma poziom powyżej 50 mikrograma na litr. Wartości powyżej 100 mikrogramów wiążą się z obniżonym ilorazem inteligencji i niższymi wynikami w nauce.

O wiele ciekawsze wyniki dało badanie analizujące związek między stężeniem ołowiu a zaburzeniami emocjonalnymi. Tu wyniki były wręcz niewiarygodne – być może mała liczba pacjentów wpłynęła na efekt końcowy, ale i tak daje to do myślenia. Osoby mające stężenie powyżej 20 mikrogramów (średnio 30) miały – uwaga, uwaga – dwa razy wyższe ryzyko poważnej depresji i 5 razy wyższe ryzyko wystąpienia ataków paniki, niż te, które miały wynik poniżej 7. Tak, to nie pomyłka w tekście – grupa mająca 5 razy wyższe ryzyko schorzeń z powodu nadmiernego stężenia ołowiu we krwi w dalszym ciągu miała go ponad dwa razy mniej, niż dzieciaki z Katowic! Prawdę mówiąc wyniki są tak niewiarygodne, że podejrzewam tu swój błąd w analizie – prosiłbym co bardziej zorientowanych czytelników o przyjrzenie się badaniom.

Najciekawsze chyba są teorie dotyczące wpływu ołowiu na przestępczość. Szereg badań potwierdza bardzo ścisłą zależność – można zaryzykować twierdzenie, że kilkukrotny spadek przestępczości jaki obserwujemy w ostatnim czasie to efekt nie tyle przemian społecznych, co usunięcia tego pierwiastka z otoczenia. Dość ciekawa analiza zagadnienia znajduje się tutaj. Jako że główną rolę zdaje się odgrywać wystawienie na toksyczny wpływ w dzieciństwie, ciężko o solidne naukowe badania, ale wiadomo, że więźniowie mają niemal 2 razy tyle ołowiu we krwi co przeciętna populacji. I w dalszym ciągu był on 7 razy niższy, niż średnia dzieci ze Śląska… Jest nawet wyraźna korelacja między stężeniem tego metalu a statystycznym ryzykiem ciąży u nieletnich.

Można bardzo długo wymieniać negatywne efekty ołowiu – jego wpływ na stan kości czy choroby serca, ale nie ma to chyba sensu – każdy zapewne już teraz jest przekonany, że nie jest to czysto teoretyczne zagrożenie.

Teraz odrobina teorii. Zatrucie wpływa na nasz mózg czy układ krążenia, ale głównym problemem są kości. Tam właśnie znajduje się „magazyn”, nasz szkielet wchłonie ołów niczym gąbka, a potem będzie go stopniowo wydzielać – przez całe lata, a nawet dziesięciolecia. Zjawisko to jest szczególnie niebezpieczne dla kobiet w ciąży – następuje wtedy odwapnienie, zmniejsza się masa kostna, w efekcie zmagazynowany ołów zostaje wyrzucony do krwi. Można temu przeciwdziałać stosując suplementację wapniem, ale najlepiej wypłukać trucizny przed zajściem w ciążę.

jp-113894_640
Kto by pomyślał, że tak relaksująca czynność może doprowadzić do ataków agresji i więzienia…

Najbardziej narażone są osoby, które mieszkają w pobliżu odlewni czy elektrociepłowni, ale też niedaleko domów opalanych węglem. Zagryzaniem zębami ołowianych ciężarków wędkarskich chyba nie wymaga komentarza, podobnie jak ładowanie wiatrówki a potem jedzenie brudnymi rękami. Bardzo dużo tego pierwiastka jest w dymie tytoniowym.

Z uwagi na dynamikę problemu, usunięcie toksyny z organizmu nastręcza sporo problemów. Nawet jeśli bez problemu poradzimy sobie z nią we krwi, co z zasobami w kościach? Po kilku latach, a nawet miesiącach mamy sytuację wyjściową. Z tego samego powodu zwykłe odizolowanie się od źródeł zatrucia nie wystarczy. Trzeba sięgnąć po bardziej radykalne środki.

Najskuteczniejszym sposobem, wiążącym się jednak z kilkoma problemami, jest zastosowanie EDTA. Na allegro za dosłownie kilka zł można kupić ćwierć kilograma dwusodowego wersenianu (koniecznie dwusodowego), który jest właśnie tym, co producenci sypią do tabletek i sprzedają w tej formie za kilkaset zł. Jeśli ktoś nie boi się eksperymentów chemicznych – może kupić 250 gramów, co starczy całą terapię. Odmierza się 1,5-2 gramy, dokładnie rozpuszcza w wodzie i pije, 2 razy dziennie. Większa porcja może wywołać bardzo silne rozwolnienie. Jest to chelator, czyli coś co przelatuje przez nasze ciało, wiążąc każdy metal jaki napotka, po czym wszystko to po prostu wysikujemy. Pozbywamy się w ten sposób ołowiu, kadmu i niklu, nie znika niestety rtęć. Gdzie tkwi haczyk? Razem z nimi pozbywamy się – między innymi – żelaza i cynku. Znika też wapń.

Aby przeprowadzić terapię skutecznie i bezpiecznie, należy stosować kilka „cykli”, czyli przez tydzień czy dwa brać koniecznie na czczo 2 razy dziennie po 1,5 do 2 gramów EDTA, po czym przez taki sam okres uzupełniać cynk, żelazo, wapń i ewentualnie pierwiastki śladowe z dowolnej multiwitaminy. Warto przedtem upewnić się, że nie ma niedoboru żelaza (test ferrytyny z krwi, NIE oznaczamy żelaza gdyż jest to badanie bezwartościowe).

Jest to dość poważna ingerencja w organizm i nie powinno się robić takich rzeczy bez głębszego zastanowienia. Nieumiejętne stosowanie chelatorów może spowodować poważne problemy zdrowotne, nie tylko  wypłukanie „dobrych” pierwiastków, ale nawet stany zagrożenia zdrowia i życia z powodu nagłego spadku stężenia wapnia we krwi. Co prawda dotyczy to głownie terapii dożylnej, w której stężenie leku (a więc i efekt) jest dosłownie setki razy większe, niemniej jeśli ktoś ma skrajnie niski poziom wapnia we krwi, dodatkowe wypłukanie nawet niewielkiej jego ilości może być niebezpieczne.

Przy okazji warto podkreślić, że nie jest prawdą to, co można przeczytać w reklamówkach „gabinetów chelatacji” – terapia doustnym EDTA jest równie skuteczna, co dożylnym. Trwa oczywiście nieco dłużej, ale jest o wiele tańsza i odpowiednio przeprowadzona nie ma praktycznie żadnych skutków ubocznych, podczas gdy kroplówki mogą narobić sporo szkód.

Między bajki należy włożyć historie o „przenoszeniu ołowiu do mózgu”. Doustne podanie tej substancji osobom poważnie zatrutym sprawia, że błyskawicznie, w kilka dosłownie dni potrafią zniknąć problemy z układem nerwowym. Gdyby – jak twierdzą niektórzy – następowało przeniesienie ołowiu „wybitego” chelatacją z kości do mózgu, to podanie leku powodowało pogorszenie objawów neurologicznych.

GarlicBasket
I znowu natura okazuje się lepsza od chemii…

Mniej skuteczne, za to całkowicie bezpieczne są terapie „naturalne”. Najprostszą z nich jest zwykły… czosnek. W badaniu klinicznym, w którym porównano go do D-penicylaminy, okazał się skuteczniejszy. Wypłukuje on też kadm. Co niektórych zapewne ucieszy informacja, że tabletki z czosnkiem bezzappachowym były równie skuteczne, co świeży.

 

Comments

comments

Leave a Comment