Zagadka kwasu oleopalmitynowego

Analizując dietę i wpływ składników odżywczych na nasze zdrowie, często można natknąć się na prawdziwe zagadki.  Na przykład, dlaczego ciało ludzkie potrafi wytwarzać witaminę K2 (na co dowodem jest jej synteza w czasie ciąży i karmienia dziecka), ale z jakiegoś powodu nie robi tego – i opiera się na źródłach dietetycznych? Czemu nie wytwarzamy odpowiedniej ilości EPA i DHA? Jedną z takich zagadek jest kwas oleopalmitynowy, mieszczący się w grupie omega 7.

Jest to związek chemiczny niemal nie występujący w pożywieniu. Można go znaleźć w oleju z rokitnika i z orzeszków makadamii, a także w kilku innych, równie egzotycznych roślinach. Śladowe ilości są w produktach odzwierzęcych. Całkiem sporo w owadach (może tu tkwi rozwiązanie zagadki?) A poza tym – nie ma go. Przyglądając się tej tabelce widać, że interesująca nas substancja (oznaczona tam jako 16:1) znajduje się w dużej ilości w mleku matki. Można powiedzieć, że w bardzo dużej – jest jej ponad 10 razy więcej, niż aktywnych kwasów omega 3, które cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem.

Pytanie, jaką funkcję pełni ten kwas w organizmie dziecka? Czy jest on niezbędny do życia i zdrowia? A może po prostu w mleku matki odgrywa banalną rolę przeciwbakteryjną? Czy powinien się znajdować w naszej diecie, czy też nie?

Niektórych powinna zainteresować tabelka, w której wypisano stężenie odpowiednich kwasów tłuszczowych w zależności od diety – wszystkożercy vs wegetarianie vs weganie. Co prawda nie można takim badaniom do końca ufać, gdyż widziałem już podobne tabele z zupełnie innymi wartościami, ale nic innego nie mamy. Możliwe, że błędy biorą się z faktu przeprowadzania tych badań w USA, gdzie – jak wyszło w jednej z ankiet – weganie „jedzą mięso najwyżej raz w tygodniu”.

sea-buckthorn-440793_1280
Rokitnik – jedno z najbogatszych źródeł kwasu oleopalmitynowego

Z tabeli wynika, że statystyczny weganin ma ponad dwa razy mniej kwasu oleopalmitynowego w organizmie, niż statystyczny wszystkojad, mając jednocześnie w zasadzie równe stężenie kwasu palmitynowego, z którego jest on syntetyzowany w organizmie, co sugeruje, że nasze ciało go nie wytwarza i dieta jest głównym źródłem. Ale z kolei osoby cierpiące na marskość wątroby mają go o wiele więcej we krwi z uwagi na zmniejszoną zdolność oczyszczania – co oznacza, że organizm bez problemu potrafi go wytworzyć. Może, ale tego nie robi.

Mamy więc z jednej strony jego obecność w naszym najbardziej naturalnym pokarmie – mleku matki, z drugiej – brak w praktycznie wszystkich pokarmach wieku dorosłego. Mamy o wiele niższe stężenie we krwi osób, które w ogóle go nie spożywają, a także bardzo dużą zdolność naturalnej syntezy. Jak na razie wszystko wskazuje na to, że jest on niepotrzebny. Ale tu pojawiają się dwa nowe fakty – po pierwsze, rośliny które go zawierają od lat znane są jako zioła lecznicze, po drugie zaś – próby kliniczne wykazały bardzo silne działanie prozdrowotne, przynajmniej u ludzi cierpiących na niektóre schorzenia.

Przyjrzyjmy się tej próbie klinicznej. Niewielkie (odpowiadające 1 ml oleju z rokitnika dziennie) ilości kwasu oleopalmitynowego podano osobom cierpiącym na zaburzenie poziomu cholesterolu oraz ogólne stany zapalne – są to dwa największe czynniki ryzyka chorób serca. Identyczna grupa otrzymała placebo. Po zaledwie miesiącu poziom CRP spadł niemal o połowę, trójglicerydy o 15%, „zły” cholesterol LDL o 8%, zaś „dobry” HDL skoczył o 5%. Gdyby wierzyć cyferkom, jest to efekt o wiele silniejszy, niż oferowany przez mające setki skutków ubocznych „pastylki na cholesterol” przepisywane przez lekarzy. One co prawda równie mocno redukują poziom trójglicerydów, ale w niewielkim stopniu wpływają na CRP. Wygląda na to, że „zespół X”, czyli inaczej „zespół metaboliczny” to w dużej mierze po prostu niedobór tej jednej, jedynej substancji.

Niestety, nie prowadzono dalszych prób klinicznych pod kontrolą placebo, więc ciężko tu o solidną bazę wiedzy, na której można się oprzeć.Jedno z badań epidemiologicznych wykazało, że osoby z najwyższym spożyciem tej substancji mają o 48% niższe ryzyko cukrzycy, niż te z najwyższym, ale jak wiadomo – tego typu badania są znacznie mniej wiarygodne, gdyż osoby spożywające dużo kwasu oleopalmitynowego mają jednocześnie inny sposób odżywiania niż ci, którzy mają go niewiele.

Znane są minusy – chociaż również jest to w dużej mierze teoria. Analizując skład łoju osób z trądzikiem oraz bez niego, można zauważyć, że choroba wiąże się z podwyższonym stężeniem kwasu sapienowego (nie jestem pewien, czy to właściwy polski odpowiednik – sapienic acid), który jest wytwarzany z kwasu oleopalmitynowego. Można podejrzewać, że suplementacja pogorszy sytuację, ale teoretycznie możliwe też jest, że to podwyższenie jest skutkiem, a nie przyczyną – kwas oleopalmitynowy ma bardzo silne działanie przeciwbakteryjne i możliwe, że jest wytwarzany w nadmiarze aby chronić skórę. Przy okazji warto zauważyć, że występuje w sporej ilości w błonie śluzowej jamy ustnej, gdzie ma za zadanie chronić organizm przed drobnymi infekcjami. Być może – ale jest to już czyste teoretyzowanie z mojej strony – suplementacja pomogłaby przy zapaleniach dziąseł.

Kwas oleopalmitynowy pozostaje zagadką. Bez wątpienia suplementacja ratuje zdrowie albo i życie sporej ilości osób, regulując metabolizm – ale czy to oznacza, że jest on niezbędny każdemu? Chemioterapia też ratuje życie pewnemu procentowi ludzi, nie oznacza to jednak, że jest ona zdrowa. Gdyby zespół metaboliczny był wywołany jego niedoborem, cierpieliby na niego weganie, u których stężenie jest bardzo niskie – tymczasem ich stan zdrowia świadczy o czymś wprost przeciwnym. Być może chroni on przed konsekwencjami „zachodniej” diety, nie dając wyraźnych korzyści osobom zdrowo się odżywiającym. Możliwe też, że pomógłby każdemu.

Osoby chcące przetestować na sobie jego działanie powinny kupić olej z orzeszków makadamii albo z owoców (nie z nasion!) rokitnika. W opisanej powyżej próbie klinicznej wystarczyła ilość odpowiadająca 1 ml dziennie, ja jednak sugerowałbym wyższe dawki, 5 do 10 ml dziennie.

Comments

comments

Leave a Comment