COVID – kłamstwa i manipulacje w internecie

Trzeba sprostować kilka bzdur, krążących w internecie.

Bzdura nr 1.

„W Szwecji nic nie robią, a nie mają zachorowań!”.

To w zasadzie dwie bzdury.

Po pierwsze – robią. Szwedzi są dość zdyscyplinowanym narodem i robią to, o co zostaną poproszeni, nie trzeba stać nad nimi z batem.

Za wikipedią

https://en.wikipedia.org/wiki/COVID-19_pandemic_in_Sweden#Recommendations

Ilość podróży ze Sztokholmu zmniejszyła się o 80-90%. Podróże turystyczne zmniejszyły się o ponad 90%. Ilość pieszych w Sztokholmie zmniejszyła się o 70%. Wpływy z kin spadły o 90%. Zamknięto wiele szkół, w pozostałych wprowadzono ścisłe obostrzenia. Kto może, pracuje zdalnie.

Tak, wystarczyło ich poprosić, żeby 3 razy mniej Szwedów wyszło z domu, a 10 razy mniej wyjechało na urlop czy poszło do kina.

Trzeba też uwzględnić specyfikę Szwedów jako społeczności – są dość zdystansowani. Nie ma zwyczaju całowania się na przywitanie, nie ma zwyczaju odwiedzania starych rodziców, rzadko się spotykają, o wiele częściej mieszkają samotnie.

Połączenie tych dwóch czynników może sprawiać, że – pomimo braku ścisłych przepisów izolacji – mają nawet większy dystans społeczny, niż kraje gdzie takie coś wprowadzono.

Po drugie – mają zachorowania. Mają ich bardzo dużo. Tyle że po prostu… nie badają. W chwili obecnej mają około 2770 zgonów, a więc 3,8 razy więcej niż my, przy 3,7 razy mniejszej populacji. To daje 14 razy więcej zgonów / milion mieszkańców. Siłą rzeczy. muszą mieć też 14 razy więcej zachorowań, czyli przy naszych 14 740 powinni mieć ponad 200 000, wykryli jedynie 22 000, niemal 10 razy mniej. W związku z tym wszelkie dywagacje o tym, jak u nich rozwija się epidemia są zwykłym gdybaniem, nikt tego nie wie, bo Szwedzi nie podają prawdziwych informacji. Prawdziwe są tylko zgony, bo tego nie można za bardzo ukryć – ale znowu za wikipedią, mają o 640 więcej zgonów, niż powinni, co oznacza, że sporo osób zmarłych na COVID najzwyczajniej nie jest zgłaszana jako takie. Dla porównania, w Polsce mamy nawet mniej zgonów niż powinno być o tej porze roku.

Podsumowując – w Szwecji ludzie sami z siebie zrobili dość ścisły lockdown, są też znacznie bardziej izolowani od innych narodów ze względu na zwyczaje obowiązujące w tym kraju. Pomimo tego, mają przynajmniej 14 razy więcej zgonów niż Polska. Bardzo możliwe, że i w Polsce taki scenariusz mógłby się udać – ale pod tym warunkiem, że wszyscy Polacy zaczęliby się nagle zachowywać jak Szwedzi i jakimś cudem nagle zaczęli samotnie mieszkać w kawalerkach.

O wiele bardziej prawdopodobne jest, że stosując model szwedzki, mielibyśmy powiedzmy 2 razy więcej zgonów niż oni – co oznacza, że mielibyśmy do tej pory 23 000 zgonów z powodu koronawirusa.

Druga bzdura – śmiertelność. Jakiś kretyn zrobił badania w Nowym Jorku, gdzie w internecie ogłosił, że będą robione testy, w związku z tym zgłosiły się osoby, które podejrzewały u siebie wirusa. Jak każdy chociaż odrobinę inteligentny człowiek mógłby zgadnąć – gigantyczny odsetek był seropozytywny, bo zgłaszali się głównie chorzy. Niestety, autorzy (i dziennikarze) nie mieli nawet tej śladowej inteligencji i ogłosili, że… już nie pamiętam, 30% mieszkańców Nowego Jorku już chorowało?

Z tego wyciągnęli dalsze wnioski, że choroba jest łagodna i zabija w mniej niż 0,1% przypadków. Podobnie twierdził jakiś idiota ze Szwecji w popularnym niedawno wywiadzie.

Co jakiś czas są też publikowane badania, gdzie testami przeciwciał określa się odsetek „chorujących w przeszłości” na kilka procent – problem w tym, że te testy dają właśnie kilka procent fałszywie dodatnich wyników. Kilka dni temu w jednym z krajów tymi „tanimi” testami zbadano kozę i papaję (tak, taki owoc), wyniki wyszły pozytywne.

Faktem jest, że nie znamy dokładnej śmiertelności – nie możemy znać, bo nie mamy testu pozwalającego określić, jaki odsetek populacji przechodził bezobjawowo. Testy przeciwciał jeszcze długo będą na tyle niedoskonałe, że ich wyniki są porównywalne do rzutu monetą. Testy genetyczne są drogie kłopotliwe w wykonaniu, nie dadzą też dodatniego wyniku u osoby, która chorowała i wyzdrowiała.

Na szczęście możemy określić minimalną śmiertelność, bo mamy jeden przypadek z próbą na tyle dużą, że wyklucza błąd statystyczny. Region Bergamo we Włoszech.

Tam epidemia wybuchła z wyjątkową siłą – zainfekowała bardzo duży odsetek populacji. Nie wiemy dokładnie, jaki, ale za to wiemy, ile osób zmarło.

0,6%. To jest absolutne minimum śmiertelności, jaką miałby wirus we Włoszech, bo właśnie taki odsetek zabił w Bergamo. Biorąc pod uwagę, że tam jest dwa razy więcej osób po 80 roku życia, można uznać, że w Europie śmiertelność wynosiłaby 0,3%. Jeśli kiedyś w przyszłości uda się przeprowadzić badania przeciwciał w Bergamo, to te kilka procent fałszywie dodatnich wyników nie powinno aż tak wpłynąć na rezultaty. Jeśli okaże się, że zainfekowanych było 100% populacji, to rzeczywista śmiertelność w populacji Polski będzie wynosić 0,3%, jeśli okaże się, że 10%, to 3%.

Ale jest fizyczną niemożliwością, żeby śmiertelność była niższa niż 0,3% – bo właśnie 0,3% zmarło w najsilniej dotkniętym regionie, po uwzględnieniu ich wyższej średniej wieku.

Są co prawda hipotetyczne możliwości, np Włosi mogą być genetycznie znacznie wrażliwsi, mogli mieć zjadliwszą wersję wirusa, może się okazać, że szczepionka przeciw gruźlicy chroni przed COVID (tam nie szczepiono przeciw niej osób obecnie starszych), ale to wszystko jest gdybanie. Równie dobrze można gdybać, że u nas śmiertelność byłaby dużo wyższa, bo mamy więcej palaczy, wyższy poziom smogu czy gorszą dietę.

Na koniec trzecia bzdura.

„Przecież nawet jakby umarło kilkadziesiąt tysięcy osób, tak jak w Szwecji, to przecież to niewielka cena za ratowanie gospodarki”.

(skąd kilkadziesiąt tysięcy? Ano stąd, że trzeba uwzględniać ilość zgonów na milion mieszkańców, a nie ilość zgonów w ogóle)

Głównym zagrożeniem ze strony wirusa NIE jest te kilkadziesiąt tysięcy zgonów z powodu infekcji płuc. Zasadniczym problemem jest to, że wywołałoby to totalny paraliż systemu opieki zdrowotnej.

Załóżmy, że jesteśmy tak mądrzy jak Szwedzi, ale z naszymi szpitalami gdzie można gdzieniegdzie zobaczyć grzyby rosnące na ścianach i gdzie brakuje połowy personelu, a ten personel który jest, powinien w dużej części już dawno być na emeryturze.

Chorzy oczywiście masowo trafiają do szpitali, no bo gdzie indziej. Oczywiście masowo wywołują infekcje szpitalne, bo tego nie można uniknąć, nawet mając sprzęt ochronny – można tylko zmniejszyć ryzyko, ale przy setkach tysięcy chorych w kraju, którzy będą skoncentrowani w szpitalach, to zmniejszanie ryzyka dużo nie da.

I nagle okazuje się, że połowa lekarzy i pielęgniarek leci na L4 z chorobą, która potrafi trwać ponad miesiąc, a rekonwalescencja po niej nawet ponad rok. Druga połowa ląduje na kwarantannie. Tych kilku, którzy zostali, musi obsłużyć dziesiątki tysięcy umierających z powodu korony.

Zwolennik modelu szwedzkiego dostaje ataku wyrostka. I umiera, bo w całym województwie nie ma nawet jednego wolnego lekarza.

Sam tylko wyrostek robaczkowy wymaga w Polsce około 30 000 interwencji medycznych rocznie, gdyby nie istniał system opieki zdrowotnej, to byłoby to 30 000 trupów. A gdzie cała reszta, chociażby nowotwory? Jak podać pacjentowi onkologicznemu chemię, skoro niemal na pewno dostanie w bonusie wirusa, który zabije organizm osłabiony leczeniem?

Albo może jeszcze inaczej. Wyobraźmy sobie, że całkowicie luzujemy obostrzenia, przez rok zarazi się 1 osoba na 2, a z zarażonych – 1 na 30 trafia do szpitala na 3 tygodnie.

Daje to 19 milionów zarażonych, z których 540 000 trafia do szpitala na 3 tygodnie. W Polsce mamy 90 000 łóżek szpitalnych, co oznacza, że przez 126 dni w roku w szpitalach będzie miejsce TYLKO na chorych na COVID. Albo też że przez cały rok 1/3 wszystkich łóżek szpitalnych będzie zajęta wyłącznie osobami próbującymi wypluć własne płuca. Do tego większość lekarzy będzie zajęta swoimi płucami, a każdy pacjent który jednak trafi na leczenie, w bonusie dostanie infekcję wirusem zabijającym właśnie osoby które są na tyle chore, że trafiają do szpitala z powodu innych chorób.

Jest fizyczną niemożliwością, żeby nawet kraj kilka razy bogatszy od Polski był w stanie sobie w takiej sytuacji poradzić – i przedsmak tego mieli we Włoszech, gdzie już po zarażeniu zaledwie kilku miast zaczęli masowo umierać ludzie chorzy na inne choroby, których po prostu nie miał kto ani gdzie leczyć.

A jako że jeden obraz ponoć więcej mówi niż tysiąc słów, a już na pewno w internecie, wrzucam zdjęcie ulic Sztokholmu i Londynu. W jednym z tych krajów jest wprowadzony lockdown, ale wszyscy mają go gdzieś i na ulicy są tłumy. W drugim nie ma, za to mieszkańcy są odpowiedzialni i na ulicy pustki.

I to chyba ostatecznie kończy bajeczkę o „nic nie robiącej Szwecji” i „Wprowadzającej zaostrzenia Wielkiej Brytanii”.

Comments

comments

Leave a Comment