Co stałoby się bez lockdownu?

Ostatnio sporo słyszy się o tym, że powinniśmy po prostu otworzyć wszystko, nie robić lockdownu, nie szczepić, niech ludzie przechorują. Przyjrzyjmy się magii dużych liczb.
Nie ma jakiejś szczególnie dużej śmiertelności, „zaledwie” 20-50 razy wyższa niż przy grypie, 0,3%. Puszczamy wszystko, jak leci, niczemu nie przeciwdziałamy, zaraża się 70% kraju, 26,6 miliona. Umiera z tego niecałe 100 000 osób. Niewiele, prawda?

A teraz zajrzyjmy trochę głębiej.

Po pierwsze, automatycznie zapychamy wszystkie szpitale jeszcze mocniej, niż teraz. Nie tylko nikt już kompletnie nie dostanie pomocy w przypadku np ataku wyrostka czy udaru, ale też te osoby, które mogłyby z covid przeżyć gdyby były wolne łóżka, nie przeżyją. Śmiertelność bez leczenia jest dwa razy wyższa. Nagle zamiast 100 000 trupów, mamy co najmniej 200 – 300 tysięcy.

Ale skupmy się na tych pierwotnych 100 000, bo na ich podstawie wyliczono… no właśnie, ryzyko powikłań. I to jest najgorsze.

Na każdą osobę, która umiera, przypada:

  • 19 osób, które muszą trafić do szpitala
  • 18 osób, które już do końca życia będą mieć poważne problemy z sercem, utrudniające normalne życie
  • 10 osób z nieodwracalnymi zmianami płuc, utrudniającymi normalne życie
  • 3 osoby z udarem, którego konsekwencją będzie śmierć lub brak możliwości normalnego funkcjonowania
  • 2 osoby z neurologicznym zespołem przewlekłego zmęczenia, co w praktyce uniemożliwia pracę
  • 2 osoby z zaburzeniami neurologicznymi, które uniemożliwiają normalne funkcjonowanie

To są wyłącznie znane powikłania, a jeszcze nie wiemy, jakie będą dalsze, które wyjdą w praniu za 5, 10 lat. Choroby autoimmunologiczne? Ryzyko udaru? Zawału? Nowotwory? Nowe, nieznane jeszcze choroby? A co z ryzykiem, że wirus zmutuje w formę, na którą przechorowanie nie daje odporności i będzie powtórka z rozrywki?

Póki co konsekwencją braku jakichkolwiek działań będzie nie tylko kilkaset tysięcy zgonów, ale 2 miliony osób, które są inwalidami z powodu uszkodzenia serca, milion osób będących inwalidami z powodu trwałego uszkodzenia płuc, 300 000 osób które przejdą udar i może przeżyją, ale raczej już nie będą pracować i będą na utrzymaniu podatników, 400 000 osób z zaburzeniami neurologicznymi utrudniającymi a niekiedy uniemożliwiającymi pracę. Część tych osób to obecni emeryci, ale tylko część. Tracimy co najmniej kilkaset tysięcy osób zdolnych do pracy, zyskujemy kilkaset tysięcy wymagających utrzymania przez pracujących.

A do tego ryzyko, że za kilka lat liczba osób, które nie mogą pracować, będzie wielokrotnie wyższa z powodu nieznanych jeszcze konsekwencji choroby, oraz ryzyko, że mutacja doprowadzi do powtórki scenariusza, albo do scenariusza dużo gorszego.

Comments

comments

Dodaj komentarz