Wyniki badań skuteczności masek w USA

Maseczki, maseczki… gorący temat. Co drugi znajomy uważa, że zna się lepiej od naukowców na dynamice rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych. Oni wiedzą, że maski nie działają, pewnie czerpią wiedzę z tego samego źródła, z którego wyciągają info, że piwo jest zdrowe. Lubią sobie wypić, więc musi być zdrowe. Maseczek nie lubią, więc na pewno nie działają.

USA jest o tyle dobrym przykładem, że poszczególne hrabstwa mają tam dużą niezależność. W tym samym stanie może być zakaz wychodzenia z domu, a w sąsiednim mieście całkowity brak restrykcji.

To jest wspaniałe pole do analizy skuteczności różnych metod przeciwdziałania pandemii. Mamy mniej więcej te same warunki, a różnica jest tylko w podejściu szeryfa do maseczek. W Europie nie dałoby się przeprowadzić tego typu badań, bo jak porównać Polskę i Szwecję? Różnimy się wszystkim, tam człowiek z gorączką nie pójdzie do pracy, u nas pójdzie nawet jak trzeba go będzie zawieźć bo sam nie dojdzie. Tam zazwyczaj mieszka się w jednoosobowym mieszkaniu, u nas potrafi się po 8 osób gnieździć. W USA to wszystko jest mniej więcej równo, owszem, stany różnią się niekiedy dość znacznie, ale hrabstwa już nie.

Mamy kilka analiz:

https://www.cdc.gov/mmwr/volumes/70/wr/mm7010e3.htm

https://www.healthaffairs.org/doi/10.1377/hlthaff.2020.00818

https://www.medrxiv.org/content/10.1101/2020.05.22.20109231v5

Wyniki wszystkich są zbliżone – maseczki zmniejszają dzienny przyrost nowych przypadków o 2 punkty procentowe. I nie jest to – wbrew temu, co można gdzieniegdzie przeczytać – 2% mniej przypadków. Widziałem gdzieniegdzie krzykliwe tytuły, że maseczki mają skuteczność 2% powołujące się na powyższe badania, to dość smutne, że najgłośniej krzyczą największe głąby, które nie wiedzą nawet, czym jest punkt procentowy. Jeśli dzienny przyrost przypadków wynosi 4%, to obniżenie go o 2 punkty procentowe będzie oznaczać, że udało się spowolnić rozwój pandemii o połowę.

Jak to się przekłada na infekcje? Naukowcy obliczyli, ile byłoby przypadków w USA, gdyby tempo rozwoju w hrabstwach z obowiązkowymi maseczkami było takie, jak w tych, gdzie obowiązku nie wprowadzono. To pozwoliło dość dokładnie policzyć, ilu przypadkom infekcji udało się uniknąć.

Do dnia 22 maja zeszłego roku w USA uniknięto między 230 000 a 450 000 infekcji, tylko dzięki temu, że w części hrabstw nakazano noszenie maseczek. Biorąc pod uwagę, że tylko 15 z 50 stanów wprowadziło obowiązek na poziomie całego stanu, a także to, że suma infekcji 22 maja wynosiła około 1,5 miliona, widać, że efekt maseczek jest naprawdę bardzo duży.

Co to oznacza w praktyce? Gdyby WSZYSCY nosili maseczki, gdyby robili to tak, jak trzeba, a nie z nosem na wierzchu (czyli w praktyce jakby w ogóle ich nie mieli), gdyby to były maseczki dobrej jakości, to obeszłoby się bez lockdownu. Przyrost infekcji byłby na tyle spowolniony, że nie doszłoby do zapchania się szpitali. Gdyby w powszechnym użyciu były maseczki chirurgiczne, to COVID byłby chorobą o której wspominają w telewizji, ale nikt nie zna nikogo, kto zachorował.

Dowodem na skuteczność są kraje azjatyckie, gdzie każdy nosi maseczkę jeśli źle się czuje, a gdy pojawią się nowe przypadki w danym regionie – w ogóle każdy. Azjatycka mentalność, która każe najpierw myśleć o tym, co można dobrego zrobić dla innych, a potem dopiero o czubku własnego nosa.

Efekt?

W Chinach całkowicie niemal pozbyli się wirusa. W Japonii mają 10 razy mniej zgonów, pomimo 4 razy większej populacji, czyli w praktyce 40 razy mniejszą śmiertelność. W Japonii, kraju o ekstremalnie dużej gęstości zaludnienia i najwyższym na świecie odsetku ludzi starych! Korea południowa poradziła sobie jeszcze lepiej, pomimo tego, że miała ogniska rozsiane po całym terenie, zanim u nas pojawił się pierwszy przypadek.

U nas niestety nigdy nie uda się zrealizować takiego scenariusza. Jesteśmy społeczeństwem egoistów.

Comments

comments

Dodaj komentarz