O czym jest ten blog?

Niedawno przeczytałem coś, co zmieniło moje postrzeganie świata. Autor zastanawiał się, jakie są najsilniejsze popędy, kierujące człowiekiem. Doszedł do wniosku, że jeden z najsilniejszych, a już na pewno najtrudniejszych do zaspokojenia, to potrzeba bycia kimś ważnym.

Przy pisaniu o tak trudnym zagadnieniu, jakim jest altmed, widać tę zasadę na każdym kroku. Jeśli internetowy szaman powie, że witamina C leczy raka, to ludzie wierzą mu nie dlatego, że boją się nowotworów, ale przede wszystkim przez chęć przynależności do grupy, która jest „oświecona”. Po obejrzeniu filmu na youtube taka osoba ma przekonanie, że jest mądrzejsza od naukowców, którzy kilkadziesiąt lat swojego życia poświęcili na studiowanie zagadnienia. Czuje też, że przynależy do grupy walczącej o lepsze jutro.

Ale jako że rzeczywistość nie jest czarno-biała, jest też druga strona barykady, racjonaliści. I ona też nie jest bez winy. Bez mrugnięcia okiem uwierzą we wszystko, co tylko pozwoli im poczuć się lepszym od „altmedowców”, nawet jeśli będzie to sprzeczne z samymi podstawami medycyny czy metody naukowej. Widać to w dyskusjach o nowotworach, gdzie odrzuca się jedyne badanie dotyczące metody Gersona, stosując dokładnie te same argumenty, które ma altmed przeciw badaniom dowodzącym bezpieczeństwu szczepień („bo badanie prowadzili ludzie stosujący te metody!”). Jednym tchem krzyczy o tym, że nie wolno wyciągać absolutnie żadnych wniosków z pojedynczych przypadków, oraz podaje się przykład Steve’a Jobsa.

Bardzo ładnie było to widać podczas niedawnej afery z wodą utlenioną, według internetowych guru mającą być doskonałym lekiem przeciw covid. Świat internetu podzielił się wtedy na dwie grupy, z których jedna pisała, że ukrywa się przed nami cudowny lek, druga zaś, pozornie składająca się z osób inteligentnych, że to potworna trucizna i kogoś, kto to w ogóle proponuje, powinno się natychmiast zamknąć do więzienia. Grupy te dzieliło niemal wszystko, ale łączyła jedna rzecz – ignorancja.

Jak się okazuje, terapia dożylną wodą utlenioną jest normalnie stosowana w medycynie i badana pod kątem przeróżnych schorzeń. Pokrzykiwania o jej toksyczności były właśnie tym, krzykactwem. Ale też pokrzykiwanie o jej cudownych właściwościach zostało po prostu wymyślone – nigdy nie testowano jej nie tylko przeciw covid, ale też przeciw żadnym innym infekcjom wirusowym, a jej działanie przeciw infekcjom bakteryjnym było co prawda wykrywalne, ale bardzo słabe. Jest jakaś niewielka szansa, że terapia zadziała, gdyż faktycznie to woda utleniona jest na pewnym etapie wykorzystywana przez nasz system obronny do walki z infekcjami wirusowymi, ale po pierwsze jej rola nie jest zbyt wielka, po drugie, terapia dożylna wcale nie musi zwiększać stężenia w tkance, gdzie nasze komórki odpornościowe z niej korzystają.

Taki własnie jest cel tego bloga – próba znalezienia prawdy, bez pieniactwa i populizmu. Z jednej strony punktuję szkodliwe bądź nieuzasadnione niczym terapie altmedowe, a stanowią one grubo ponad 90% tego, co określa się mianem medycyny alternatywnej, z drugiej zaś, jeśli jakaś terapia ma sens, otwarcie to piszę.

Świat nie jest czarno-biały. Nie ma ogólnoświatowego spisku koncernów farmaceutycznych, ale tez nie jest prawdą, że jedynym ich celem jest dbanie o nasze zdrowie. Jeśli na danej terapii nie można zarobić, to się jej nie bada, z prostego, zrozumiałego nawet dla dziecka prawa ekonomii. Nikt nie wyłoży milionów na badanie czegoś, co nie przyniesie mu zysków.

Trzynaście lat mija od opublikowania badań, gdzie pod kontrolą placebo testowano olej z ogórecznika i udowodniono, że cofa on objawy stwardnienia rozsianego, dosłownie leczy chorobę. Czternaście lat od podobnej próby klinicznej, gdzie choroba cofała się po specyficznej mieszance suplementów mających regulować cykl metylacji w kontekście żelaza. Wyniki leżą w szafie i się kurzą. Gdyby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości, to już te dwie próby kliniczne, prowadzone pod kontrolą placebo, powinny je rozwiać. Dwie terapie, które były skuteczne w nieuleczalnej chorobie. Obie zignorowane.

https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/16729250/

https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/17922959/

Uważam, że pacjenci mają prawo usłyszeć o takich badaniach. Nieetyczne jest mówienie, że trzeba czekać, aż wszystko zostanie do końca przebadane, bo tego się po prostu nie bada. Ktoś, kto od lekarza usłyszał, że ma przed sobą 3 miesiące życia, nie będzie czekał 30 lat, aż jakiś ośrodek badawczy łaskawie zgodzi się sprawdzić wpływ witaminy D3 na przebieg czerniaka (wstępne badania wykazały bardzo silną korelację niedoboru z przebiegiem choroby). Ba, uważam, że wręcz powinien zaryzykować. Co najgorszego może się stać? Umrze od tego bardziej?

Ale pacjenci musza też usłyszeć, że takie pojedyncze próby kliniczne bardzo często są najzwyczajniej w świecie fałszowane przez naukowców, którzy szukają rozgłosu. Nie wolno mówić „lekarze kłamią, są dowody na to, że to i to leczy choroby”. Nie, takich dowodów nie ma. Są przesłanki, na których można oprzeć decyzję o ryzyku terapii, ale z pełną świadomością, że efekty mogą być zerowe. Swego czasu sensacją była witamina K2, która miała doskonale zapobiegać złamaniom kości, a także nowotworom wątroby. Wyniki badań były wręcz oszałamiające. Co się jednak okazało? Badania nad stanem kości zostały po prostu zmyślone:

https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/15664003/

Zaś te nad rakiem wątroby kilkukrotnie powtórzono, za każdym razem uzyskując zerowy efekt terapeutyczny.

Takiego podejścia brakuje w polskim internecie. Pacjenci szukający informacji o metodach alternatywnych albo są okłamywani przez jedną ze stron sporu, piszącą, że wszystko alternatywne doskonale działa, lekarze kłamią, a oficjalna medycyna tylko szkodzi, na drugiej zaś stronie barykady piętrzą się kłamstwa powtarzane przez „racjonalistów”, twierdzących, że metody alternatywne na pewno nie działają, a gdyby mogły działać, już dawno byłyby przebadane.

Metody alternatywne MOGĄ działać – bo w końcu wszystko, co obecnie jest uznaną medycyną, kiedyś było nie przebadane i z definicji było własnie alt-medem. Podobnie to, co obecnie jest uznawane za dobrą praktykę lekarską, za jakiś czas może być traktowane jak czarna karta w historii medycyny, tak jak teraz widzimy lobotomię. Pacjent ma prawo do wiedzy opartej na wynikach badań naukowych, ale też musi mieć świadomość, że wnioski z pojedynczych badań są palcem na wodzie pisane i takie terapie mogą co najwyżej służyć jako uzupełnienie metod oficjalnych.

Comments

comments

Dodaj komentarz