Lex szarlatan

Z głębokim niepokojem przyglądam się pracom nad ustawą, która ma w zamyśle zapobiegać oszukiwaniu ludzi. Idea może i szczytna, ale wykonanie…

Przede wszystkim chciałem przypomnieć, że żyjemy w kraju, w którym jedną z najczęstszych przyczyn osadzania w więzieniu było prowadzenie roweru poboczem, idąc obok niego, pod wpływem alkoholu. Wszystko przez to, że w języku polskim taka czynność nazywa się „prowadzeniem” pojazdu, a w ustawie prowadzenie pojazdu mechanicznego pod wpływem alkoholu zagrożone jest więzieniem. To nie były pojedyncze przypadki, sądy w całym kraju masowo stosowały tę idiotyczną interpretację przepisu. Starczy ten paragraf przetłumaczyć na angielski, gdzie inne słowo określa aktywną jazdę pojazdem, a inne prowadzenie go idąc obok, wtedy jak na dłoni widać, że całe nieporozumienie wynika z tego, że w naszym języku obie te – całkowicie różne – czynności określa się takim samym słowem, tu nawet nie trzeba wykształcenia prawniczego, wystarczy absolutne minimum rozsądku. Tego jednak zabrakło.

Dlatego właśnie wszelkie przepisy powinny być tak ułożone, by wykluczały możliwość skazania ludzi, którzy nie byli ich celem. Pod tym kątem projekt ustawy jest po prostu katastrofalny.

Najważniejsze pytanie – jaki jest cel tej ustawy? Autorzy deklarują, że ona chronić pacjenta, ale w obecnej formie nie dość, że nie spełnia tej roli, to na dodatek będzie działać na jego szkodę.

W treści projektu przewija się sformułowanie „wiedza medyczna”, jest ono skrajnie nieścisłe i nie powinno znajdować się w przepisach prawa. W medycynie jest bardzo wiele twierdzeń, w przypadku których zdania naukowców są podzielone, a niemal nic nie jest absolutnym pewnikiem. Obowiązujące procedury medyczne dotyczą tylko drobnego wycinku nauki zwanej medycyną.

Myślę, że dla jasności można podzielić działania medyczne na kilka grup i w tym kierunku próbować budować przepisy.

Pierwsza grupa to inwazyjne procedury medyczne, czyli wszystkie zabiegi chirurgiczne, leki przepisywane na receptę i ogólnie to, co zostało udowodnione wieloma metaanalizami. Dostęp do nich mamy zagwarantowany w konstytucji, a ich wykonywanie jest regulowane odrębnymi przepisami. Ustawa w ogóle nie powinna ich dotyczyć, jako że jest to regulowane w innych miejscach.

Druga, to procedury które nie dość, że nie mają prawa działać, to na dodatek przez samo swoje działanie są szkodliwe dla zdrowia. Przykładem może być próba leczenia stwardnienia rozsianego antybiotykami. Tego typu działania powinna w pierwszej kolejności zwalczać ustawa.

Kolejna to procedury, które nie są szkodliwe, ale też nie mają prawa działać, bądź nie istnieją żadne przesłanki sugerujące, że działają. Przykładem jest modlitwa, homeopatia czy wszelkiego rodzaju terapie bioenergetyczne. W zasadzie jedyna szkodliwość społeczna tego typu procedur wynika z wmawiania ludziom, że są skuteczne i tylko takie wmawianie powinno być zabronione. W ostateczności można zakazać sprzedaży tego typu produktów i usług, pozwalając na swobodne ich propagowanie, znowu ewentualnie z zastrzeżeniem nie wprowadzania w błąd przez podawanie nieprawdziwych informacji (np że istnieją badania, które dowodzą działania tych metod, podczas gdy w rzeczywistości albo badań nie ma, albo ich treść jest zupełnie inna, albo że wyleczono jakąś osobę, która w rzeczywistości nie istnieje).

Jest to jednak bardzo drażliwy temat, ponieważ w tej grupie są wszystkie czynności, których wolność powinna być gwarantowana konstytucją i zwykłymi zasadami współżycia społecznego, takie jak modlitwy.

Kolejna to czynności lecznicze nie będące procedurami medycznymi w ścisłym tego słowa znaczeniu, nie ukierunkowane na trwałe wyleczenie poważnej choroby, z wyjątkiem tych wynikających z trybu życia. Uprawianie sportu, zażywanie witamin, picie naparów ziołowych, ale też przewracanie obłożnie chorej matki, by nie dostała odleżyn. Chyba jedyna regulacja, jaka ma sens, to zakaz wmawiania ludziom, że wykonując tego typu czynność można zrezygnować z oficjalnego leczenia, a i w tym wypadku zakaz powinien obejmować jedynie stany poważnego zagrożenia zdrowia lub życia. Jeśli ktoś schudnie, to może przerwać leczenie nadciśnienia, bo nadciśnienie zniknie. Jeśli ktoś zmieni dietę, może odstawić tabletki przeciw cholesterolowi, bo i bez nich będzie miał prawidłowy poziom. Tu nawet próba regulowania usług odpłatnych powinna być bardzo mocno przemyślana, każda opiekunka osoby starszej, każdy instruktor na siłowni, a nawet każdy sprzedawca żywności wykonuje odpłatnie czynności, które można określić jako lecznicze, jeśli przyjmie się odpowiednio szeroką definicję.

Ostatnia grupa, najważniejsza, to te procedury, co do których są wyraźne przesłanki sugerujące ich działanie, ale nie znalazły się wśród polecanych procedur, zazwyczaj z powodu braku środków finansowych na ich dogłębne zbadanie. Tu jest największy problem z odpowiedzią na pytanie „czy są one zgodne z wiedzą medyczną”. Badań jest za dużo, by powiedzieć „to nie działa”, ale za mało, by powiedzieć „to działa na pewno”. Oba te twierdzenia byłyby medyczną dezinformacją.

Tu będą wszystkie specjalistyczne diety, terapie ziołami ukierunkowane na konkretne jednostki chorobowe, suplementy nie będące witaminami. Część tego typu terapii jest inwazyjna, na przykład eksperymentalne terapie genetyczne przeciw nowotworom, ale część jest sposobami samoleczenia. Ustawa nie tylko nie powinna próbować zwalczać tego typu metod, ona wręcz powinna je chronić (np przed dezinformacją, twierdzeniami, że to na pewno nie działa), jeśli ma za zadanie dbać o zdrowie pacjenta. Pacjent nie jest własnością lekarza i ma pełne prawo do decydowania o swoim zdrowiu, a świadomą decyzję może podjąć jedynie na podstawie pełnej informacji. Jedyna regulacja powinna dotyczyć ochrony pacjenta przed kłamstwem, na przykład wmawianiem, że terapia działa na pewno, chociaż co do jej działania są jedynie silne przesłanki, albo że na pewno nie działa, chociaż badania dały pozytywne rezultaty.

Silnymi przesłankami mogłyby być opublikowane w prasie medycznej przypadki skutecznego wyleczenia, a szczególnie opublikowane badania kliniczne na całej grupie pacjentów.

Oddzielnym problemem jest niemalże nieograniczona władza rzecznika, pozwalająca mu zakazać działalności dowolnego podmiotu gospodarczego, a także dowolnej działalności publicystycznej. Jest to w obu przypadkach wprost niezgodne z konstytucją (artykuł 22 chroniący działalność gospodarczą, artykuł 54 chroniący wolność wypowiedzi i dostęp do informacji), a głęboki niepokój budzi fakt, że projekt próbuje dać taką władzę jednej tylko osobie, która nawet nie będzie musiała posiłkować się opiniami ekspertów. Połączenie tego z przepisami, które są tak ogólnikowe, że można pod nie podciągnąć niemal wszystko, jest skrajnie dużym zagrożeniem dla zasad funkcjonowania państwa prawa. Bez trudu można sobie wyobrazić sytuację, gdy stanowisko rzecznika będzie wykorzystywane do zwalczania konkurencji, albo do uciszania uzasadnionej krytyki szkodliwych produktów leczniczych, a próba przeforsowania przepisów w takiej właśnie, korupcjogennej formie nasuwa podejrzenia, że taki może być główny cel tej ustawy. W państwie prawa nie wystarczy obietnica „nie będziemy tego robić”, muszą istnieć mechanizmy zabezpieczające przed takimi działaniami.

Analiza samego projektu:

Popatrzmy na punkt 1.

Przez praktykę pseudomedyczną rozumie się podejmowanie działań służących zachowaniu, ratowaniu, przywracaniu lub poprawie zdrowia przez osobę niewykonującą zawodu medycznego.

Co robimy, by zachować zdrowie? Na przykład jemy śniadanie. Idziemy na spacer. Śpimy. Oddychamy. Niemal każda czynność, jaką wykonujemy by pozostać przy życiu, jest tutaj zdefiniowana jako „praktyka pseudomedyczna”.

Punkt ten w ogóle nie jest do niczego potrzebny, ale jeśli koniecznie chcemy zamieścić definicję, powinien zwierać kilka warunków.

Po pierwsze, powinien dotyczyć tylko czynności wykonywanych na drugiej osobie. To akurat rozumie się samo przez się.

Po drugie, powinien dotyczyć wyłącznie usług płatnych. Znakomita większość (w praktyce niemal wszystkie) darmowych czynności, jakie wykonują ludzie, by poprawić zdrowie, dotyczą rodziny. Dbanie o chore dziecko, zniedołężniałą matkę lub babcię. Nawet jeśli znajdą się jacyś „szarlatani”, za darmo wykonujący usługi paramedyczne, będą to pojedyncze przypadki w skali całego kraju i bez problemu można wyeliminować je kolejnymi przepisami, albo zignorować, gdyż będzie to działanie znacznie poniżej błędu statystycznego.

Po trzecie, powinien dotyczyć wyłącznie konkretnych jednostek chorobowych, mających swoje oznaczenie w bazie ICD-10, z wyłączeniem tych, które wynikają bezpośrednio z trybu życia.

Po czwarte wreszcie, powinien on obejmować wyłącznie czynności inwazyjne, niosące zagrożenie skutków ubocznych oraz nie będące częścią życia codziennego. Wszystkie trzy warunki jednocześnie. Dlaczego w ten sposób? Zwykłe ćwiczenia na siłowni są inwazyjne, a także niosą ze sobą ryzyko skutków ubocznych. Opłacona opiekunka starszej osoby może wykonywać wiele czynności leczniczych, które nie wymagają uprawnień, nawet zwykłe przewracanie z boku na bok, by nie było odleżyn, jest taką czynnością. Nawet zakładania maseczki na nos jest czynnością mającą chronić przed konkretną jednostką chorobową, więc przy definicji z projektu ustawy byłaby zakazana.

W dalszym ciągu będzie otwarta furtka do nadinterpretacji, ale przynajmniej oddychanie będzie legalne.

Przejdźmy dalej, punkt 2.

oferowanie metody niebędącej świadczeniem zdrowotnym, a której przypisuje się właściwości takiego świadczenia, w szczególności jako służącej zachowaniu, ratowaniu, przywracaniu lub poprawie zdrowia, lub w przypadku której jest deklarowane lub sugerowane takie działanie tej metody, w tym, że jej zastosowanie wyłącza potrzebę podjęcia, kontynuacji lub uzasadnia odstąpienie od zgodnej z aktualną wiedzą medyczną metody diagnostycznej lub leczniczej;

Brzmi dobrze, prawda? Widać, że ten punkt jest odrobinę bardziej przemyślany. Ale jedynie odrobinę. Podanie swojemu dziecku herbaty lipowej z sokiem malinowym, licząc na to, że przejdzie lekki stan podgorączkowy, stanie się nielegalne.

Rozumiem cel tego paragrafu. Ale jego brzmienie jest niedopuszczalne.

Pytanie, czy chcemy zdelegalizować wszystkie sposoby samoleczenia oraz wspomagania leczenia, takie jak na przykład ziołolecznictwo, medytacja, zmiana diety. Bo do tego doprowadzi takie brzmienie tego punktu.

Jego celem jest eliminacja przypadków, gdy ktoś zniechęca do podjęcia / kontynuacji normalnego leczenia bądź normalnej diagnostyki. To i tylko to powinno być nielegalne.

Nie powinno być nielegalne „uzasadnienie odstąpienia”, bo to dotyczyć będzie ogromnej grupy przypadków, gdy faktycznie odstąpienie jest uzasadnione. Znakomita większość terapii ziołami czy zmianą trybu życia jest powszechnie stosowana zamiast „zgodnej z aktualną wiedzą medyczną metody leczniczej”, nawet banalne przespanie się z lekkim przeziębieniem spełnia tę definicję. Ustawa wymusza wizytę u lekarza za każdym razem, gdy chcemy poradzić sobie z jakimkolwiek problemem, każda niestrawność, każdy katar, każdy stan zmęczenia, każdy problem z zaśnięciem…

Jest oczywiście jeden bardzo ważny wyjątek – gdy odstąpienie od leczenia bądź diagnostyki prowadzi do bezpośredniego narażenia życia lub narażenia na ciężki uszczerbek na zdrowiu. W takim wypadku nie tylko przekonywanie, by nie podejmować leczenia, ale nawet sugerowanie, że leczenie nie będzie konieczne, powinno być nielegalne.

Warto podkreślić, że punkt ten, w takim brzmieniu jakie ma obecnie, kryminalizuje wszelkie rady udzielane przez lekarza, które nie są świadczeniem zdrowotnym i nie są poparte wieloma metaanalizami, nawet zachęcanie do zmiany diety, nie mówiąc o ziołach czy witaminach.

Następny punkt, 3:

stosowanie metody, o której mowa w pkt 2, prowadzącej do pogorszenia zdrowia, niepodjęcia lub odstąpienia od zgodnej z aktualną wiedzą medyczną metody diagnostycznej lub leczniczej;

Tutaj nie ma jednego, bardzo ważnego szczegółu, w obecnym brzmieniu nielegalne jest samodzielne stosowanie jakichkolwiek metod na sobie.

Przy założeniu jednak, że dotyczy to usługi, mamy kilka problemów.

Po pierwsze, pogorszenie zdrowia jest często zjawiskiem losowym. Nawet dyplomowany lekarz, w 100% przestrzegający procedur, może trafić na pacjenta z alergią na lek. Rozumiem, że chodzi o wyeliminowanie stosowania metod bezpośrednio szkodliwych. Tak więc powinien brzmieć ten punkt, pogorszenie zdrowia wynikające z oczywistej szkodliwości metody.

Po drugie, brak podjęcia leczenia lub odstąpienie od niego jest decyzją pacjenta. Nie można obwiniać kogoś za decyzje innej osoby, to jest łamanie podstawowych zasad praworządności. Udowodnienie namawiania do rezygnacji z leczenia to zupełnie inny przypadek, ale on został uwzględniony w poprzednim punkcie.

Po trzecie wreszcie, jeśli metoda zadziała (znowu wracamy do dziecka ze stanem podgorączkowym, któremu podamy jakieś zioła, albo po prostu położymy je wcześniej spać), efektem będzie rezygnacja z leczenia. Punkt ten wymusza karanie za skuteczne wyleczenie choroby.

Punkt 4

wykonywanie działalności leczniczej bez uzyskaniu wpisu do rejestru, o którym mowa w art. 103 ustawy z dnia 15 kwietnia 2011 r. o działalności leczniczej;

Chyba jedyny, który nie budzi kontrowersji. Ale biorąc pod uwagę, jak dużo błędów i pola do nadinterpretacji było w poprzednich punktach, chciałbym uzyskać definicję „działalności leczniczej”. Jeśli będzie to „wykonywanie czynności służących utrzymaniu zdrowia”, jak w punkcie 1, muszę się szybko zarejestrować, zanim zacznę jeść kolację. Albo zrobię kolację chorej mamie, co jest już nie samoleczeniem, ale usługą.

Wreszcie punkt 5, zwalczanie dezinformacji.

Ma on zabezpieczenie, w postaci zaznaczenia, że dotyczy tylko osób czerpiących zyski finansowe lub korzyści osobiste, ale biorąc pod uwagę, że korzyść osobista według definicji prawnej to nawet zwykłe odczucie przyjemności, a korzyścią finansową jest zapłata dziennikarzowi za opublikowanie tekstu, w praktyce zabezpieczenie nie istnieje i blokuje on wszelkie formy wypowiedzi, które mają dotrzeć do szerszego odbiorcy.

„działanie wprowadzające w błąd polegające na publicznym rozpowszechnianiu lub promocji:

a) metody diagnostycznej lub leczniczej lub metody, w przypadku której jest sugerowane lub deklarowane, że posiada właściwości świadczenia zdrowotnego, niezgodnej z aktualną wiedzą medyczną, zagrażającej życiu lub zdrowiu, w szczególności przez podawanie nieprawdziwych informacji dotyczących zastosowania danej metody jako skutecznej i bezpiecznej w diagnozowaniu lub leczeniu, lub”

Z tym punktem można zgodzić się tylko w jednym wypadku. Gdy wszystkie wymienione warunki muszą być spełnione jednocześnie. Istotny jest punkt o zagrożeniu dla zdrowia i życia. Takie rzeczy faktycznie powinny być nielegalne. Warunkiem jest oczywiście bezpośrednie zagrożenie wynikające z danej metody, nie może być nim jedynie możliwość, że ktoś postanowi z własnej woli zrezygnować z klasycznego leczenia, ponieważ to znowu delegalizowałoby dosłownie każdy opis metody leczniczej, łącznie z jedzeniem czosnku przy zapaleniu gardła, ponieważ istnieje jakaś czysto teoretyczna możliwość, że jedząc czosnek zamiast brać antybiotyki, doprowadzi się do powikłań.

A co, jeśli wystarczy jeden z tych punktów? Swego czasu grupa polskich lekarzy – naukowców opublikowała wyniki badania klinicznego, w którym z dużymi sukcesami leczono wrzody żołądka za pomocą melatoniny. Po przeczytaniu, kupiłem melatoninę, zamiast iść do lekarza. Wszyscy tutaj złamali proponowane prawo, ja, bo zastosowałem metodę leczniczą, co doprowadziło do rezygnacji z diagnostyki i leczenia, naukowcy i lekarze, bo opublikowali metodę. Co więcej, ich metoda doprowadziła do tego, że ktoś zrezygnował z leczenia, co jest kryminalizowane w punkcie 3.

Powiedzmy to wprost, jeśli zabronione będzie jakiekolwiek rozpowszechnianie informacji o czymś, co według nas pomoże poprawić stan zdrowia, nielegalne stanie się wydawanie w Polsce prasy medycznej. A już na pewno znikną wszystkie podręczniki ziołolecznictwa, znikną nawet opisy samoleczenia z powieści przygodowych, bo też spełnią definicję ustawy. Może nawet trzeba będzie zmienić listę lektur szkolnych.

Co oznacza punkt „niezgodne z aktualną wiedzą medyczną”? Czy naukowcy, którzy opublikowali wyniki swojego badania, łamaliby w przyszłości prawo? W końcu opublikowali tylko jedno badanie kliniczne. Czy w takim razie można rozpowszechniać informacje, że jakaś metoda może działać, na podstawie jednego tylko badania klinicznego? Czy to wystarczy, by mówić, że jest to zgodne z wiedzą medyczną?

To prawdziwa puszka Pandory.

Mamy też podpunkt b punktu 5

b) szkodliwości lub nieskuteczności stosowania metody diagnostycznej lub leczniczej odpowiadającej aktualnej wiedzy medycznej, w szczególności przez podawanie nieprawdziwych informacji na temat tej metody lub zniekształcenie informacji o niej, lub takie ich przedstawienie, które może wywołać wrażenie u pacjenta o szkodliwości lub nieskuteczności tych metod

On jest bardzo groźny. Dosłownie zakazuje jakiejkolwiek krytyki czegokolwiek, nawet wymieniania skutków ubocznych leku, ponieważ po pierwsze, nie dotyczy on tylko informacji nieprawdziwych, nielegalne będzie mówienie prawdy, po drugie, użyto w nim sformułowania „może wywołać wrażenie”. Dosłownie każda negatywna opinia na temat jakiejkolwiek procedury leczniczej lub diagnostycznej może u pacjenta wywołać wrażenie, że ta procedura szkodzi.

Jest to o tyle groźne, że w dobrze funkcjonującym państwie każdy powinien mieć konstytucyjne prawo krytyki tego, na co płaci swoje podatki. Prawo to może zostać odebrane.

Co więcej, znowu użyto sformułowania „aktualna wiedza medyczna”. To, co jest prawdą medyczną w jednym kraju, jest fałszem w innym. Medyczna marihuana? Czy wolno się o tym negatywnie wypowiadać? Co zrobimy, gdy sąsiedni kraj wprowadzi zwykłą marihuanę jako substancję leczniczą? Policja aresztująca dilera będzie łamać prawo?

Co z metodami leczniczymi, które są potwierdzone tylko pojedynczymi badaniami, jak te opublikowane przez polskich naukowców, gdzie wrzody żołądka leczono melatoniną? Czy ich również nie wolno krytykować? Gdzie zaczyna się, gdzie kończy wiedza medyczna?

Pewnym rozwiązaniem jest modyfikacja zastrzeżenia do całego punktu, w obecnym brzmieniu dotyczy on każdego, kto czerpie korzyści osobiste lub finansowe. W domyśle miało to ukrócić działalność ludzi, którzy oferują różnego rodzaju terapie, sugerując pozytywne działanie tych swoich, a brak działania tych oficjalnych. Wystarczy zmienić brzmienie zastrzeżenia tak, że dotyczyć będzie ludzi czerpiących zyski ze sprzedaży produktów lub świadczeń (para)medycznych.

Nie powinno jednak być zakazane dziennikarstwo, w tym prawo do pisania książek czy nawet robienia publicznych, płatnych wystąpień. To są absolutne filary wolności obywatelskiej.

Uważam, że rozsądne byłoby rozbicie tego punktu na dwa oddzielne. Jeden, z łagodniejszymi przepisami, mógłby dotyczyć osób sprzedających produkty lub wykonujących świadczenia, a także ludzi, którym te osoby płacą (na przykład zlecenie napisania artykułu na blogu). Ale nawet w tym wypadku granicę powinno się postawić na podawaniu informacji w oczywisty sposób nieprawdziwych (podkreślam, w oczywisty sposób), tak odnośnie promocji swoich metod, jak i krytykowania metod oficjalnych. Tu nawet nie jest potrzebna oddzielna ustawa, to jest regulowane przez przepisy dotyczące handlu i usług, podawanie fałszywych informacji jest wprowadzaniem klienta w błąd, dodatkowo zarówno podawanie nieprawdziwych informacji o skuteczności metody leczniczej, jak i zachęcanie do rezygnacji z normalnego leczenia, jest ujęte w art 160 kodeksu karnego, narażenie człowieka na niebezpieczeństwo.

Ostrzejsze przepisy mogłyby dotyczyć każdego, tu również warunkiem byłaby oczywista fałszywość podawanych informacji, ale dodatkowo w przypadku terapii leczniczych nielegalne byłoby rozpowszechnianie tych wprost szkodliwych dla zdrowia, w przypadku zaś krytyki metod leczniczych i diagnostycznych, wprost zachęcanie do nie podjęcia leczenia bądź rezygnacji z prowadzonego, o ile prowadzi to do bezpośredniego poważnego zagrożenia zdrowia i życia. Istotne jest sformułowanie „poważne zagrożenie zdrowia”, ponieważ czysto teoretyczna możliwość pogorszenia stanu zdrowia istnieje zawsze, lekko boli nas głowa, weźmiemy tabletkę, a okaże się, że to był pierwszy objaw udaru.